Reklama

Piosenki zaskakująco przyzwoite

10/12/2003 12:44
Obserwując solową karierę Anity Lipnickiej coraz bardziej się bałem, że wokalistka – nagrywając kolejne mdłe i nijakie albumy, na których rozmieniała swój talent na drobne – niebawem stanie się taką milutką i ładniutką estradową maskotką, kolejnym wcieleniem śpiewającej Barbi, bez śladu charakteru i gustu w doborze repertuaru. Na szczęście nowa płyta Lipnickiej i Johna Portera ucisza wszystkie te obawy.
Choć mam wrażenie, że naprawdę niewiele brakowało, aby piosenkarka – której wyraźnie zawrócił w głowie sukces osiągnięty z Varius Manx, sesja dla “Playboya” oraz wietrzący łatwy zysk menadżerowie – przepuściła cały kapitał talentu na dziewczyńskie mrzonki o zostaniu księżniczką estrad. Można się było obawiać, czy nie zostanie kimś w rodzaju Edyty Górniak, Kasi Kowalskiej albo Justyny Steczkowskiej, czyli jeszcze jedną wielką nadzieją polskiej piosenki, która zaczyna śpiewać kompromitujący repertuar, wdzięcząc się do kamer w stroju taniej striptizerki na coraz bardziej żenujących estradowych jubileuszach i galach.
Podobnie wyboistą drogą na spotkanie z Anitą Lipnicką – które okazało się spotkaniem dwojga talentów i serc – szedł mieszkający od dwudziestu paru lat w Polsce Brytyjczyk John Porter. I w jego przypadku zaczęło się od sukcesu, czyli utworzenia grupy Porter Band i nagrania z nią w 1979r. znakomitego, dziś już legendarnego albumu “Helicopters”. Później bywało różnie (rozpad Porter Band, kilka albumów solowych z muzyką o ambicjach co najwyżej klubowych, gościnny udział na płytach i koncertach gwiazd polskiego rocka, m.in. Voo Voo, Grzegorza Ciechowskiego i Kayah, oraz współpraca z Maciejem Zembatym przy nagraniu polskich wersji ballad Leonarda Cohena), ale brytyjski gitarzysta zachował renomę i wielki szacunek środowiska – za artystyczną bezkompromisowość, no i za wierność niepozornemu krajowi nad Wisłą, mimo zmiennych kolei losu i kariery.
Anita Lipnicka i John Porter dotarli zatem do miejsca i chwili spotkania z dwóch różnych kierunków, dwóch różnych stron muzycznego świata, niemal z dwóch różnych epok. Ale efekt tego spotkania – album “Nieprzyzwoite piosenki” – tylko na tym zyskał. Wszystko, co najlepsze zarówno u Lipnickiej (mocny, wysoki wokal o dużej sile wyrazu, ale i wyjątkowej precyzji w detalach), jak i u Portera (bezpretensjonalny sposób obchodzenia się z gitarą i własnym głosem, dający wrażenie surowej naturalności), udało się na płycie zestroić nadzwyczaj zgrabnie, a oszczędność akustycznych, folkrockowych aranżacji pozostawiła obojgu duże pole do popisu. Zwiastujący płytę w radiu utwór “Bones Of Love” - oparty na brzmieniu akustycznej gitary, lekki, przebojowy (z wpadającym w ucho szlagwortem: She´s sipping cappuccino), lecz daleki od popowej tandety – nie jest bynajmniej typową singlową podpuchą, a tylko przystawką pod nie mniej apetyczne danie główne.
Na albumie dominują nastrojowe ballady o jawnie folkowych korzeniach i prostych, lecz intrygujących aranżacjach, zaśpiewane na dwa świetnie zharmonizowane, choć przecież tak różne głosy (“Beggar´s Song”, “Rose”, “Learning How To Fall”, “Way Back To Love”). Przeplatają się one z melodyjnymi piosenkami utrzymanymi w pogodnej atmosferze lat 60-tych, (“Everything Flows”, gdzie pojawia się dylanowska partia harmonijki ustnej, a Lipnicka brzmi niczym jakaś Judy Collins, a przede wszystkim wieńczący płytę, porywający “Sweet Jesus”, przywołujący klimat “Desire” Boba Dylana). Wyraźnie lżejsze są kompozycje Lipnickiej, lecz ani śladu w nich miałkiego, przesłodzonego banału, który dominował na solowych płytach wokalistki, sporo za to miłych dla ucha zabiegów aranżacyjnych (gitara, fortepian i wiolonczela w “Heaven Knows Why”), sugestywnej atmosfery i znakomitych partii wokalnych (przejmujące “Cry”). Z utworów Portera spogląda więcej mroku i niepokoju, czasem to kwesta frapującego elektronicznego tła (“Begger´s Song”), czasem zaś niespiesznie, z pajęczym wdziękiem snutej melodii (“Way Back To Love”). Kilka z nich jako żywo przypomina kompozycje amerykańskiej grupy The Walkabouts, a jeszcze bardziej – ze względu na folkową surowość i zestawienie gładkiego, damskiego i szorstkiego, męskiego wokalu – wspólne piosenki dwojga wokalistów tej grupy, wydawane pod szyldem Chris And Carla. Duch tych dwojga unosi się nad nagraniami Lipnickiej i Portera, i wydaje się, że prowadzi je szczęśliwą drogą.
Sen z moich powiek spędza od paru tygodni ballada “Cruel Magic”, mistrzowsko stylizowana na dawną balladę, jakby pieśń trubadurów, w której głosy wokalistów przylegają do siebie niczym twarda kolczuga do miękkiego ciała, niczym żebraczy kostur do dłoni. Zaś krótka solówka na mandolinie w finale przenosi utwór - a wraz z nim całą płytę Johna Portera i Anity Lipnickiej – daleko poza czas, poza doraźny zamęt półek z nowościami w muzycznych sklepach i recenzji w czasopismach. Tak jak spotkanie tych dwojga artystów nie skończyło się w studiu, na sesji nagraniowej. Jakby życie było czasami tylko echem muzyki.

Maciej Woźniak
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości