Reklama

Patronat medialny Tygodnik Płocki - Anna Maria Jopek w Płocku

22/05/2003 14:52
Na czwartkowym koncercie Anny Marii Jopek, otoczonej wybornym gronem instrumentalistów, można się było przekonać, że dobra muzyka w dobrych rękach za nic sobie ma granice stylów i gatunków. Potrafi być niemal jednocześnie swingującym jazzem, melodyjnym popem i liryczną piosenką poetycką.Popadać w chłodną europejską dekadencję, by za moment otrząsać się z niej w gorących afrykańskich rytmach. Upajać się sama sobą, własnym brzmieniem, melodią, lecz nigdy nie być do końca nasycona. Rewelacyjny skład towarzyszących wokalistce muzyków oraz imponujące bogactwo stylistyczne śpiewanych przez nią utworów sprawiły, że koncert w płockim Teatrze Dramatycznym stał się prawdziwym wydarzeniem i przyciągnął komplet publiczności. Każdy mógł tu znaleźć coś dla siebie: zarówno wyrafinowani koneserzy jazzu, folku czy muzyki etno, jak i zwykli zjadacze muzycznego chleba, wrażliwi na wypieszczone brzmienie i wpadające w ucho refreny. I ani jedni, ani drudzy się nie zawiedli, bo proporcje zostały dobrane idealnie, a wrażenie wzmacniała świetna realizacja dźwięku i efektowna oprawa świetlna. Chyba nikt na widowni nie miał wątpliwości, że uczestniczy w czymś naprawdę wyjątkowym. Kiedy o 19.00 zgasły światła i z półmroku i ciszy zaczęli po kolei wyłaniać się poszczególni muzycy, wnet okazało się, że całość występu została pomyślana jako swoisty muzyczno-wizualny spektakl, w którym czysto rzemieślniczy profesjonalizm nie wykluczał na szczęście momentów spontanicznego, improwizowanego luzu i szaleństwa. Po rozbudowanym fortepianowym wstępie Leszka Możdżera, reflektor wyłowił siedząca na wysokim stołeczku jasnowłosą wokalistkę, śpiewającą na początek tradycyjną piosenkę “Cichy zapada zmrok”. Później całość stopniowo zaczęła nabierać tempa, a wędrujące po scenie teatru snopy światła odnajdywały kolejnych muzyków: gitarzystę Marka Napiórkowskiego (który równie dobrze wypadał z akustycznym instrumentem jako skromny akompaniator i jako przesterowany gitarowy “wymiatacz”), basistę Roberta Kubiszyna (z taką samą swobodą władający poręczną gitarą basowa, co pokaźnych rozmiarów kontrabasem), obsługującego całą baterię elektronicznych instrumentów klawiszowych Pawła “Bzima” Zareckiego (generującego ze swoich komputerów i samplerów oniryczne brzmieniowe tło), perkusistę Cezarego Konrada (jazzmana o prawdziwie rockowym temperamencie), saksofonistę Henryka Miśkiewicza (jedną z legend polskiego jazzu, w którego solówkach, nawet w prostych popowych utworach, ani jedna nuta nie ośmielała się zabrzmieć banalnie) oraz prawdziwą gwiazdę wieczoru, ciemnoskórego perkusistę Mino Cinelu (który ma na artystycznym koncie współpracę m.in. z Milesem Davisem, Johnem Scofieldem i grupą Weather Report). Wokalnie Annę Marię Jopek wspierali w chórkach Dorota Miśkiewicz (utalentowana córka utytułowanego ojca) i Piotr Nazar (chwilami sięgający także po drewniany flet). Wszyscy razem składali się na imponujący aparat wakonawczy, w zasadzie niewielką kameralną orkiestrę. Tym bardziej mogło więc imponować zgranie całego zespołu. Główną bohaterką pozostawała oczywiście siedząca, stojąca lub przechadzająca się z wdziękiem pośrodku sceny wokalistka, swobodnie mieszająca nastroje, przechodząca od pogodnych, melodyjnych przebojów (“Ale jestem”) do smutnych, zamyślonych piosenek (“Czarne słowa”), i z powrotem, od skupionych jazzujących ballad (“Upojenie”) do utworów wręcz rozkołysanych rytmem (“Nienasycenie”), ale każdy z muzyków miał swoje pięć minut, czas i miejsce na solo, nagradzane zwykle spontanicznymi oklaskami. Moje zmęczone, wybredne serce drgnęło naprawdę mocno w dwóch momentach: raz, kiedy Mino Cinelu pokazał, co to znaczy być perkusistą, grając niesamowitą, podnoszącą ciśnienie solówkę na poczciwym, wydawać by się mogło, trójkącie, który każdy zna z lekcji rytmiki w przedszkolu, a za drugim razem, kiedy Leszek Możdżer w fortepianowej improwizacji w jednym z utworów zapędził się tak daleko i wędrował tak krętymi ścieżkami, że potem musiał długo, długo wracać, by dołączyć do pozostałych. Na koniec były długo i rzęsiście wyklaskiwane bisy, z których uwagę i rozbawienie publiczności zwrócił szczególnie “Cichy wielbiciel”, bezpretensjonalna, swingująca piosenka, zagrana przez większość muzyków nie na przypisanych im instrumentach, ale w zasadzie na tym, co kto miał pod ręką. Wokalistka poprzedziła ją krótkim, lecz wyjaśniającym wszystko wstępem: Proszę Państwa, Henryk Miśkiewicz, wybitny instrumentalista, zagra teraz dla Państwa na pudełku tic taców. Tylko dwie kalorie! I rzeczywiście plastikowe opakowanie okazało się pełnowartościowym instrumentem perkusyjnym, który utrzymał w rytmicznych ryzach cały utwór. Na czwartkowym koncercie Anny Marii Jopek tak właśnie można się było przekonać, że muzyki nie tworzą, nie grają i nie śpiewają instrumenty, tylko ludzie. Na własne oczy i uszy można było zobaczyć i usłyszeć, jak to się dzieje. Organizatorem koncertu Anny Marii Jopek w Płocku był sklep muzyczny Music Top. Maciej Woźniak Fot. Dariusz Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości