W jednej z ankiet, które zamieściła w 1980 r. „Solidarność Ziemi Płockiej”, znalazło się pytanie o najbardziej popularnych działaczy organizacji regionu płockiego. Aż 74 % ankietowanych wskazało przewodniczącego – Wojciecha Wiścickiego. Znacznie niżej znalazł się Wiesław Łęczycki. Po kilkanaście procent uzyskali: Hubert Lorenowicz, Jan Chmielewski, Jan Brodzki, Urszula Ambroziewicz. 23 sierpnia 2005 r. radni płoccy zdecydowali o nadaniu małej uliczce przy kościele św. Stanisława Kostki imienia Wojciecha Wiścickiego. Kościół ten był miejscem spotkań członków Solidarności i solidarnościowej opozycji w stanie wojennym.Wojciech Wiścicki przyjechał do Płocka w 1978 roku ze Szczecina. Przed podjęciem pracy w MKZ był zatrudniony w dziale głównego automatyka MZRiP jako specjalista elektronik koordynator, do chwili wyboru do władz regionalnych, w styczniu 1981 roku. Był też członkiem Krajowej Komisji. Jego podpis widnieje pod dokumentem rejestrującym NSZZ „Solidarność”. Był przewodniczącym komitetu zakładowego w MZRiP, następnie przewodniczącym płockiego MKZ, w okresie formowania się Solidarności w regionie płockim. Na walnym zebraniu delegatów, w styczniu, został wybrany przewodniczącym Organizacji Regionu Płockiego NSZZ „Solidarność”. Był delegatem na I Krajowy zjazd NSZZ „Solidarność” w Gdańsku. Zmarł w Australii 15 lutego 1985 r.
– Nie spotkałem ani przedtem ani potem tak powszechnie uzdolnionego elektronika – napisał Hubert Lorenowicz we wspomnieniu o Wojtku Wiścickim, zamieszczonym w „Solidarności Ziemi Płockiej” w marcu 1985 roku. – Był istną kopalnią pomysłów. Myślał bardzo szybko. Przeskakiwał całe obszary spraw marginalnych, aby niemal bezbłędnie wyciągać prawidłowe wnioski i trafić w sedno technicznego problemu. (...) Interesowała go fotografika. Umiał pływać. Miał uprawnienia sternika na jednostkach słodkowodnych. (...) Lubił dobrą muzykę. Sam trochę grał. Konstruował też dla relaksu organy elektroniczne. (...) Był człowiekiem głęboko wierzącym. Nie żywił nigdy i do nikogo nienawiści. Podłość innych martwiła go, a nie wywoływała odwetu czy pogardy. Pamiętam, że podczas jakiejś uroczystości wznoszono toast na pohybel – odmówił spełnienia uzasadniając – już mój dziadek mawiał, że takich toastów wznosić nie należy.
– Był zrównoważony, spokojny, mądry. Tak go odbierałem – wspomina Wojciech Krawczyński, członek Organizacji Regionalnej NSZZ „Solidarność” w Płocku. Zawsze można z nim było porozmawiać. Zawsze uważnie słuchał. Na Komisji Krajowej nie stał się działaczem ogólnie znanym, bo miał za dużo pracy w Regionie i Petrochemii. To był wielki patriota, człowiek, który dobrze znał prawdziwą historię. Nie umiał oszukać, wykręcić. W negocjacjach z ówczesnymi cwaniakami był za uczciwy. Człowiek uczciwy się odkrywa. Może to Mu utrudniało pracę. Pamiętam Go z jak najlepszej strony. Zawsze twierdził, że trzeba mówić prawdę, bronił pokrzywdzonych, rozważał każdą sytuację. Obawiał się, żeby nie stracić tego, co się już osiągnęło. Nie szedł przebojem.
Razem nas wywieźli do Mielęcina, siedzieliśmy w jednej celi. Nigdy się nie zachwiał. Denerwował się tak samo, jak my wszyscy, ale starał się być przywódcą nawet w więzieniu. I tak go traktowaliśmy. „Solidarność” więziona była na parterze i na pierwszym piętrze bloku w Mielęcinie. W rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, każdego 13, otwieraliśmy okna i Wojtek wygłaszał przemówienie – patriotyczne, wzniosłe, podnoszące na duchu. Później były deklamowane wiersze, które pisał Zbyszek Wirski z Kutna. Gdy zaczęliśmy głodówkę protestacyjną, Wojtek do niej nie przystąpił. Myślę teraz, że to był dobry wybór. On musiał mieć trzeźwy umysł. Mimo wszystko był oficjalnym przewodniczącym w więzieniu, a przecież dowódca w wojsku nie musi kopać rowów, tylko dowodzi. Po dwóch tygodniach głodowania miałem troszeczkę zamazaną ocenę sytuacji. Wiem poza tym, jak strasznie ten fakt przeżywały nasze rodziny.
Dla radcy prawnego Regionu mecenas Marii Żołtowskiej Wojtek Wiścicki był bezpośrednim przełożonym:
– Jego radykalizm nie miał charakteru brawury. To nie był rodzaj dyktatora, ani człowiek, którego nie można było do niczego przekonać. Z tego powodu miał kłopoty. Bardziej radykalne skrzydło, włącznie z KPN miało mu to za złe. To nie mieściło się w strategii, którą przyjął Wiścicki, lojalny wobec Komisji Krajowej. KPN wywieszała jakieś humorystyczne obrazki w gablocie, w Regionie, Wiścicki polecił je zdejmować. Z tego powodu zyskiwał miano kogoś, kto jest zachowawczy i powolny władzom, co nie było prawdą, bo to była bardzo silna osobowość. Doprowadził Region do końca, do dramatycznej nocy stanu wojennego. Przyszedł taki moment, gdy nastąpił kryzys zaufania. W każdym próbowało się widzieć esbeka i to była tragedia. Nie wiem, czy wielu ludziom nie stała się krzywda przez takie posądzanie. Wielu wartościowych zostało wyeliminowanych, a Wiścicki tego nie chciał.
Zbigniew Wirski, kutnowski działacz opozycyjny także spotkał Wiścickiego w Mielęcinie, w więziennej celi: – Przed oczyma staje mi Wojtka twarz z sumiastym wąsem. Lekko pochylona sylwetka, w kurtce z czarną opaską na rękawie (ta po zamordowanych w kopalni „Wujek”), czapce z daszkiem i wysokich butach, przemierzająca szybkim krokiem kilkadziesiąt metrów więziennego spacerniaka. Z Wojtkiem Wiścickim zetknął mnie los w mielęcińskim „internacie”, gdy przeniesiono go wraz z Jankiem Chmielewskim z sąsiedniej celi 39 do mojej 40. Przedtem utrzymywaliśmy stały kontakt przez sporą dziurę w ścianie, przez którą wymienialiśmy korespondencję i wymienialiśmy rozmowy. Zapamiętałem Wojtka jako człowieka o niezwykłej inteligencji i erudycji, recytatora moich więziennych wierszy. Fascynowała mnie jego ogromna wiedza w wielu dziedzinach, moralność i oddanie sprawie Solidarności. Wilniuk. W Biblii nosił wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej. Miniaturowy odbiornik radiowy, który skonstruował w więzieniu po jego wyjeździe na emigrację został u Kuby Chmielewskiego – napisał Wirski w „Gońcu Obywatelskim nr 6 1990 r.)
W wywiadzie udzielonym Milenie Gurdzie („Goniec Obywatelski” nr 5) Jakub Chmielewski również przypomniał areszt w Mielęcinie.
– W wigilię 81 podjęliśmy z Wojtkiem Wiścickim inicjatywę podzielenia się opłatkiem z pilnującymi nas funkcjonariuszami SB. Najpierw była konsternacja. Potem oni płakali jak bobry i do ucha szeptali nam życzenia odwagi i wytrwałości. Nie wiem, jak zachowały się inne cele. My tak postąpiliśmy. Edward Widuta zapamiętał, jak na dziedzińcu komendy otoczony przez kordon milicjantów przed wywózką do Mielęcina Wiścicki powiedział: To już koniec komuny.
Ksiądz Tadeusz Łebkowski zachował pamięć o głębokim człowieku, który umiał słuchać. Człowieku na swoim miejscu, bardzo oddanym sprawie. Trochę poranionym z racji przeszłości. Bardzo troszczył się o swoją córkę Joannę, która przyjechała z nim do Płocka i chciał jej stworzyć bezpieczną przestrzeń czułości.
W wywiadzie „Bez niedomówień”, którego udzielił Krystynie Rychlińskiej i Zbigniewowi Buraczyńskiemu (Tygodnik Płocki 1981), Wojciech Wiścicki wytłumaczył powody, dlaczego w pewnym momencie nie chciał kandydować na przewodniczącego: – I ja i moja rodzina mieliśmy tego wszystkiego dosyć. To jest tak ciężka praca, że pomimo całego poczucia odpowiedzialności chciałem zrezygnować (...) Ze względu na silny nacisk dużej części delegatów, którzy są wyrazicielami wszystkich członków Solidarności w naszym regionie, musiałem się zgodzić. Uznałem, że skoro istnieje taka potrzeba, nie mam prawa odmawiać.
13 grudnia został internowany. Do listopada 1982 roku przebywał w więzieniu w Mielęcinie i Kwidzynie. Zły stan zdrowia i represje spowodowały, że podjął decyzję o wyjeździe z kraju wraz z żoną i dwójką dzieci. Zmarł w Australii. 3 marca 1985 roku o godzinie 12 w płockiej Bazylice Katedralnej, z inicjatywy członków „Solidarności” została odprawiona msza żałobna za duszę Wojciecha Wiścickiego, w której uczestniczyło kilka tysięcy osób.
Lena Szatkowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze