Zawsze myślałem, że ujawnianie w czasie wojny informacji o tym, że dozbrajamy jedną ze stron konfliktu, jest niedopuszczalne, bo grozi odwetem drugiej strony, szczególnie gdy ta ma w tym zakresie spore możliwości. Tymczasem ta wojna wymyka się wszelkim logicznym regułom. O przekazywaniu na Ukrainę przez naszą niezwyciężoną armię samolotów, a potem czołgów chlapią wszyscy dookoła, podobnie dużo mówi się o zaangażowaniu innych krajów europejskich, cicho tylko o Amerykanach. Nawet w pewnym momencie nasze nieskazitelne władze się zorientowały, że jawnie robi się z nich durnia na oczach całego świata i własnych obywateli, prowokując do tego, by stały się stroną w wojnie oligarchicznych gangów, a wraz z nimi my wszyscy. Być może nie brakuje w tym kraju herosów, którzy chcieliby, żeby nie ostał się nam nawet jeden nietrafiony dom czy blok, jak ma to miejsce w takim na przykład Charkowie na największym tamtejszym osiedlu mieszkaniowym (400 tysięcy ludzi, z których ostała się garstka), ja jednak wolałbym, aby nasza młodzież, która w tych dniach zdaje maturę, miała przed sobą lepszą przyszłość niż heroiczna śmierć za petrodolary Wujka Sama nad Dnieprem, Donem, Wisłą czy Odrą. Wiem, że mówienie tego nie jest poprawne, ale nie sposób milczeć, kiedy nasz Wielki Brat zza Oceanu wcale nie kryje swoich prowokacji.
Irytacji z tego powodu dał wyraz publicznie w minionym tygodniu również papież Franciszek, który przez to po raz kolejny bardzo stracił wizerunkowo, szczególnie w oczach swoich dotychczasowych lewackich popleczników. Słowa o „szczekaniu NATO pod drzwiami Rosji” oburzyły także naszych gierojów, którym marzy się, żeby i nasz kraj zamienić w poligon zmagań NATO z Rosją. No cóż, papież się poważył, ale widocznie ma lepsze rozeznanie w sytuacji niż gen. Skrzypczak, który wygrał tę wojnę już kilka razy, a mimo to ona wciąż trwa i wciąż giną niewinni ludzie. Papież chciałby też ratować tych nieszczęśliwców, którzy nie wyemigrowali, nie załapali się na PESEL, bo nie było ich na to stać. Wylewa się dziś w Europie hektolitry krokodylich łez nad ich nieszczęściem przy piecach ogrzewanych ruskim gazem (no, nie u nas, nam przynajmniej honorowo zakręcono kurki, na miarę tego, na co sobie zasłużyliśmy). Papież powiedział jeszcze jedną ciekawą rzecz. Bywa, że małe wojny poprzedzają wielkie wojny (dał przykład wojny domowej w Hiszpanii przed II wojną światową). Małe wojny toczy się po to, aby przetestować nowe rodzaje broni (przy okazji przewietrzyć magazyny), które wykorzysta się w wielkich wojnach.
To prorocze słowa. Czy nie celowo padły, aby ostrzec i naszych zapamiętałych mużyków, że sytuacja jest naprawdę niebezpieczna? Bo i wojna jest blisko, i prowokacje tak czytelne, i stawka wysoka (pozycja dolara to zawsze wysoka stawka), i doświadczenie w toczeniu wojen przez naszego protektora na cudzym terytorium ogromne. W słowach papieża jest zbyt wiele racji (chyba po raz pierwszy się z nim zgadzam), wyrażonej przy tym zbyt dosadnie, aby nasi zawodowi politrucy na usługach możnych pryncypałów świata nie mogli się poczuć zagrożeni (zdemaskowani), stąd takie ujadanie. Dziwię się nawet, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie wystąpiła jeszcze o ściganie Franciszka międzynarodowym listem gończym za chęć doprowadzenia do przedwczesnego zakończenia wojny i uratowania jak największej liczby zwykłych ludzi, których losem tak beztrosko i bezkarnie chcą zarządzać tzw. „politycy”, o ironio, przez tych zwykłych ludzi do tego zadania wybrani (ach, te uroki demokracji).
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze