Reklama

Pamiętając o Sierpniu

17/08/2005 10:33
Z Barbarą Rutkowską, szefem biura Regionu NSZZ “Solidarność”
w latach 1980 – 1981 rozmawia Lena Szatkowska.Jak to się zaczęło? Kim pani była przed przystąpieniem do „Solidarności”?
– Osoby, które zgłosiły się do pracy w „Solidarności” wychowywały się w trochę innych domach. Nie chodziło o przysłowiową „michę”, tylko o prawdę, wolność, oddech całą piersią. Miałam 26 lat, byłam zbuntowana, nie zgadzałam się z oficjalnym kursem, z tą całą nieprawdą. Prawdziwej historii uczył mnie ojciec. Gdy przyjeżdżali jego bracia, rozmowom o Katyniu i o powstaniach nie było końca.
Do Coteksu, gdzie pracowałam w przygotowaniu produkcji, dochodziły informacje o strajku, o porozumieniach sierpniowych i tworzeniu się wolnych związków, ale niewiele się działo. Na produkcji same kobiety, biuro trochę z boku. Tajemniczym szeptem otrzymałam wiadomość, że jednak ktoś robi jakąś tajną listę. Dlaczego tajną, jeśli to jest już prawem dozwolone i nie ma żadnej tajemnicy. Któregoś dnia znalazłam się nawet u dyrektora – czego pani szuka, co pani wyprawia – mówił. Jak to co? Chcę się zapisać do „Solidarności”. I wtedy dyrektor mnie zaskoczył. Powiedział, że w takim razie oddaje w moje ręce te listy i proszę zakładać związek. Byłam trochę przerażona, bo dbałam o to, by nie należeć do żadnej organizacji, nie byłam nawet w harcerstwie. Żadnych wczasów zorganizowanych. Po prostu plecak i w góry, albo na Mazury.
Czekała pani na swoje pięć minut.
– Zazdrościłam braciom, którzy studiowali w ‘68 roku i protestowali w marcu. W ‘76 w czerwcu, znalazłam się jak zwykle w górach, dowiaduję się, że w Płocku był protest robotników, wsiadłam w pierwszy pociąg, ale było już po wszystkim. Wszystko co ważne, mnie omijało. W latach 80 wpadł mi w ręce „Robotnik”. Wydawało mi się wtedy, że jeśli z grupą przyjaciół pojedziemy na Mazury i tam w cieniu namiotu zaśpiewamy „Nie chcemy komuny”, to będzie wielkie wydarzenie i że w ten sposób zamanifestujemy swoją niechęć do systemu. A tu czytam, że jest mnóstwo ludzi, którzy robią dużo więcej.
Kiedy zaangażowałam się w ten ruch, a później nawet zostałam wybrana delegatem Coteksu na I Zjazd, zadbałam o to, by nie być przewodniczącą. Szefową została wtedy Lucyna Pniewska, a zastępcą Ryszard Makowski.
Zanim doszło do walnego zebrania „Solidarności” w Domu Technika, spotkała się tam grupa inicjatywna, w której się znalazłam. Atmosfera była niesamowita, ponieważ Wojtek Wiścicki i Janek Chmielewski wrócili z Gdańska, zaraz po podpisaniu porozumień. Wszyscy byli naładowani emocjami, a mnie ciarki przechodziły po krzyżu. Wtedy wstał Andrzej Pacałowski. Ostudził nasze emocje i wolno, konkretnie wyjaśniając punkt po punkcie, wszystko nam w głowach poukładał.
W Coteksie każdy wydział miał swojego przewodniczącego, biuro też i to byłam ja. Po informację chodziło się na ul. Krótką, tam w bloku mieścił się początkowo Międzyzakładowy Komitet Założycielski. Otrzymaliśmy później budynek po CRZZ, ale uznaliśmy że to za luksusowe, oddaliśmy więc Domowi Dziecka, a nam została Stanisławówka. Na Krótkiej zawsze było ciasno, mnóstwo ludzi, jeszcze więcej papierów. Spotkałam tam socjologa Mariana Sołtysa. Słuchaj, powiedział, nad tym wszystkim trzeba zapanować, potrzebny jest jakiś szef biura, żeby te papiery poukładać, przyjdź do nas.
Czy myślała pani o konsekwencjach, o tym że przechodząc na etat do Regionu, straci pracę w Coteksie, że coś może być nie tak z realizacją porozumień.
– Wierzyłam, że musi się udać. Moje zapały studził ojciec i byłam trochę rozczarowana. Jak to, stary AK-owiec nie zaraził się tym ruchem, nie cieszy się, tylko przestrzega, że jeżeli Moskwa się zgodziła, to znaczy, że już ma klucz, żeby wszystko stłamsić. Ojciec, mądry doświadczeniem, bał się o mnie, choć wiedział, że mnie nie uchroni. Jeśli tak postanowiłam, na pewno muszę tam być.
W sprawie pracy w regionie rozmowę ze mną prowadził Hubert Lorenowicz. Przyszłam pełna obaw, rozwiał je stwierdzeniem, że w stosunku do mnie nie ma żadnych wątpliwości, ponieważ zostałam zweryfikowana przez środowisko, które mnie wybrało na delegata. Byłam uskrzydlona. Wierzyłam, że jak zwalimy beton, wypłynie tylko dobro, i każdy zacznie inaczej myśleć i pracować, nawet w tym systemie.
Co należało do pani obowiązków w Regionie?
– Jako szef biura odpowiadałam za jego sprawne funkcjonowanie. Nie obowiązywało odtąd dotąd – osiem godzin. Każdy z nas musiał umieć obsłużyć dalekopis i prymitywny powielacz. Wojtek Wiścicki był w różnych miejscach, a my musieliśmy sami decydować, czy puszczać ulotki. Niejednokrotnie trzeba było je pisać na maszynie, żeby ludzie otrzymali bieżące informacje. Tłumy ludzi i kolejki spraw. Wierzyliśmy we wszystko, co mówili i pomagaliśmy.
Kiedy później zobaczyłam czołówkę Teleexpresu, z pukającym dalekopisem w tle, miałam we wspomnieniach wciąż klimat naszych sal w Regionie. Gdańsk nadawał do czterech punktów, one z kolei do siedmiu innych, błyskawicznie to szło, i cała Polska wiedziała o wydarzeniach, bez cenzury.
Jak zapamiętała pani Wojciecha Wiścickiego.
– Był idealnym przewodniczącym na tamte czasy. Chmielewski i jego zwolennicy zarzucali, że zbyt ugodowym. To nieprawda. Na pierwszy rzut oka był może mało wyrazisty. Bardzo dużo słuchał, obserwował. Pochylona sylwetka, chodził z fajką, milczał. Jak był zadowolony, to było widać – ciepły wzrok i krótkie – róbcie tak dalej. Nie włączał się, nie mędrkował, ani przeszkadzał, tylko wzrokiem wyrażał aprobatę. Jeśli mu się coś nie podobało z wielkim taktem, delikatnie prosił o ewentualną zmianę. Kiedy Chmielewski, razem z Tadeuszem Zielińskim zadeklarowali się jako KPN, Wojtek podziękował Zielińskiemu za pracę, bo jedno z drugim kolidowało. Ich roszczenia były wtedy nierealną utopią, a Wojtek chciał przede wszystkim realizować 21 punktów porozumień.
Ciepłe słowo powiem o głównej księgowej pani Basi Trojanowskiej. Wiścicki upraszczał procedury, a pani Basia mówiła – nie ma uproszczeń w księgowości. Panie szefie – argumentowała – wszystko trzeba opisywać, to musi być formalnie i merytorycznie w porządku. I dlatego, choć wszystkie dokumenty zostały przeczesane, nie było pretekstu, by posądzać region płocki o nadużycia. Pani Basia uchroniła Wojtka od zarzutu niegospodarności, co w czasie jego internowania można było bardzo łatwo zrobić.
W marcu wybuchła sprawa Rulewskiego i Bydgoszczy. Przychodzę do pracy i konsternacja. Otwieram kluczem pokój, a tu nie ma segregatorów, w biurze cisza, nie ma też członków prezydium, ani Uli Ambroziewicz, ani Lorenowicza ani Pacałowskiego. Co robić? Przyjeżdża wreszcie kierowca z Mazowieckich i mówi, że prezydium w nocy spakowało biuro, jest na terenie Petrochemii, a ja, Marian Sołtys i Włodzimierz Owczarski mamy się tam schronić. Pojechaliśmy tam, bo Wiścicki się obawiał, że zostaniemy aresztowani. Wiścicki zadzwonił do Huberta Lorenowicza, który był w Gdańsku. Ten przyjechał z Brodzkim, w nocy, spakowali segregatory, maszyny do pisania, dokumenty. Tylko Chmielewski nie posłuchał. Mógł tak zrobić, bo był urzędującym członkiem prezydium i pozostał na miejscu. W Mazowieckich w siedzibie Straży Pożarnej zorganizowano dla nas biuro i byliśmy tam około tygodnia. Drukowaliśmy materiały i rozwoziliśmy je do komisji zakładowych.
Czy było to coś w rodzaju stanu wyjątkowego, na który byliście przygotowywani?

– Takie instrukcje zostały opracowane dopiero w czasie kryzysu bydgoskiego. Jak Wojtek wrócił z „krajówki”, sytuacja była napięta, wejdą, nie wejdą. Zdarzały się też zabawne sytuacje. Pamiętam, jedyna spoza prezydium protokołowałam zebranie. Nie miałam pojęcia, że Janek Brodzki już porozdawał krótkofalówki. Siedzimy przy stoliku, wypieki na twarzy, dobrze że jesteśmy za murami. I w takim dramatycznym momencie Brodzki wyjmuje krótkofalówkę i krzyczy: „Tu Grota, tu Grota, Zamek, słyszysz mnie? Ogarnął mnie niepohamowany śmiech. Pani Barbaro, powiedział taktowny Wiścicki, teraz będą tylko rzeczy dla członków prezydium, może pani wyjść. To mnie uratowało, wybiegłam na zewnątrz i odreagowałam wszystko atakami śmiechu.
Dalekopisy były za solidnymi drzwiami i Hubert żartował, że możemy nadawać cały czas, bo tych drzwi nie sforsują. W zasadzie byliśmy przygotowani na wojnę. Ocena Wałęsy nie była wtedy jednoznaczna. Wielu zgadzało się z przewodniczącym, ale część ogromnie się rozczarowała. Wtedy po raz pierwszy Marian wymyślił ankietę. Przekonał Wiścickiego, że warto wiedzieć, czy ludzie chcą strajku generalnego. Jeździliśmy więc we trójkę: Owczarski, Sołtys i ja po zakładach pracy i rozdawaliśmy ankiety. Później ludzie się rozczarowali, że do niego nie doszło, że Wałęsa uległ. Ja też miałam pretensje. Wydawało mi się, że związek bardzo wówczas mocny, pokazał że jest słaby. Z perspektywy sądzę, że dobrze się stało. Już wtedy było przygotowane internowanie i stan wojenny, później datę przerobiono na grudniową. W marcu 81 ludzie byli bardzo bojowi i mogłoby dojść do tragedii.
Czy w czasie pracy w regionie nigdy nie miała pani ochoty zmienić jej na inną, spokojniejszą?
– Nie, ale zaczynałam być zmęczona. Myślałam, czy pracując dalej, jesteśmy w stanie zrealizować swoje marzenia, marzenia o wolności, czy to będzie szło w dobrym kierunku. 13 grudnia, większość osób robiła obsługę zjazdu w sali kinowej Mazowieckich, a dyżury w regionie mieli pełnić ludzie wyznaczeni przez komisje zakładowe. Miałam dyżur do 22.00. Wtedy zmienił mnie Wojtek Krawczyński z Fabryki Maszyn Żniwnych. Wstałam przed szóstą na paluszkach, nie budząc rodziców. Wzięłam z lodówki, co tam miałam, bo pewnie chłopcy głodni. Idę na Jachowicza a tam niesamowita cisza. Żadnych samochodów, nawet pies naszego stróża gdzieś zginął. Na drzwiach widnieją pieczątki Komendy Wojewódzkiej. Ponieważ miałam zapasowe klucze, nie zrażając się tym wszystkim, otworzyłam. Patrzę, straszny kipisz, dywany zwinięte, telefony nie działają, milczy telefaks. Zamknęłam to wszystko z powrotem, klucze wrzuciłam do torebki. Po jakimś czasie przyjechał nasz konserwator i mówi, że wszystko zostało zabrane. Zaczęliśmy oboje jeździć po adresach, które miałam. Wszędzie zamknięte, nikogo nie ma, pojechaliśmy więc na Mazowieckie. Spotkałam jeszcze Michała Kubiaka, który nie zdążył wrócić do domu, do Gostynina, więc go tej nocy nie aresztowali. Później, jako jedyny członek urzędującego prezydium organizował strajk na Mazowieckich. Za bramę nie mogłam wejść, strażnik mnie ostrzegł. To wszystko co zdołałam wynieść z Regionu: małą włoską maszynę do pisania, małe magnetofony, które dostaliśmy od delegacji związkowców włoskich, pieczątki i dokumenty, zaniosłam do parafii św. Jana, do księdza Tadeusza Łebkowskiego.
Pani Basiu, czołgi na ulicach, stan wojenny a pani jedzie z maszynami jak gdyby nigdy nic. Nie czuła Pani strachu?
– Pierwszego dnia było dużo bałaganu. Mnie też w tym rozgardiaszu zabrakło wyobraźni. W trosce o biuro jeszcze raz wróciłam na Stanisławówkę. Razem z konserwatorem usiłowaliśmy naprawić zamki, bo drzwi już wtedy były wywalone. Nie byłam na liście internowanych, dopiero mnie zgarnęli przed 22. i w zasadzie na komendzie wojewódzkiej dopiero wysłuchałam przemówienia Jaruzelskiego. Strasznie tam wtedy pyskowałam. Wojskowy w randze pułkownika poinformował mnie, że są internowani a ja nie znałam nawet tego terminu. Przekonywałam go, że muszę w poniedziałek wejść do pracy, że przyjdą pracownicy księgowości, i co wtedy mam robić. I tak rzeczywiście było. Przyjechał komendant Mroczek, otworzyliśmy biuro a pani Trojanowska stwierdziła, jakby nigdy nic, że za te trzynaście dni trzeba zrobić wypłatę, bo nam nie zapłacą.
Ludzie, którzy pracowali w Regionie nie dostali kartek. Pracodawca aresztowany, poszłam do wojewody, odesłał mnie do prezydenta miasta. Pisałyśmy z panią księgową nazwiska, pobory jakie kto miał, to co pamiętałyśmy, na zasadzie oświadczeń. Konto „Solidarności” było zablokowane, a na podstawie tych list pracownicy otrzymali pieniądze i kartki. Kij ma jednak dwa końce. Jeśli odtworzyliśmy dokumenty płacowe, to „oni” mieli pretekst, żeby napisać wypowiedzenia. Dziewczyny z księgowości nie miały problemu ze znalezieniem pracy. Ja odwoływałam się do sądu.
Czy nie żałuje pani tamtych lat? Czy „Solidarność” panią zmieniła?
– Niczego nie żałuję. Cieszę się, że znalazłam się w tym miejscu i czasie. Wiem, że wiele jest goryczy wśród ludzi „Solidarności”, choć niektórym wcale nie żyje się gorzej jak za komuny. 25 lat temu było prościej. Mieliśmy za zadanie stawiać roszczenia, władza miała je realizować. Sytuacja się pogmatwała jak nasi poszli po mandaty do sejmu. Teraz nie angażuję się w życie polityczne, choć niektórych polityków lubię i będę ich popierała. Pozostałam przewodniczącą komisji w moim zakładzie.

Fot. Jan Waćkowski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości