Moje dzieci uczęszczają do Szkoły Podstawowej Nr 22 na Podolszycach w Płocku. Tam, dwa razy w tygodniu mają obowiązkowe zajęcia WF.Lekcje te odbywają się na pływalni, która była zbudowana między innymi dla użytku dzieci z tej szkoły. Nie rozumiem, w takim razie, dlaczego za obowiązkowe lekcje WF każde dziecko za każdym razem we własnej szkole musi przedtem zapłacić 1,50 zł. Dlaczego jesteśmy zmuszeni - poza różnymi niebagatelnymi szkolnymi obowiązkowymi opłatami - dodatkowo obciążać rodzinny budżet. Ja tygodniowo tracę 12 zł. A co zrobić, jeśli kogoś nie stać, albo dziecko wstydzi się, że rodziców nie stać - ma tracić lekcje WF i czekać pod pływalnią? Czy za wszystko muszą płacić rodzice, czy szkoła nie ma żadnych dotacji na ten cel - na obowiązkowe lekcje WF. Zwracaliśmy się kiedyś do Dyrekcji szkoły, ale pani dyrektor nie podejmuje dyskusji - tak ma być i koniec! Czy to słuszne? Od redakcji: Przyznajemy, że ten telefon od naszej czytelniczki bardzo mocno nas zaniepokoił. Jeśli naprawdę odpowiada on stanowi faktycznemu, to sprawą powinien zainteresować się ktoś z decydentów oświatowych - pobieranie pieniędzy za obowiązkowe lekcje jest niezgodne z prawem. Czekamy na wyjaśnienia Szkoły Podstawowej Nr 22. Martwa dusza? Na przełomie sierpnia i września dostałam z banku PKO BP S.A. bardzo ciekawe pismo. Poinformowano mnie, że "w trosce o wygodę naszych klientów, zatem zapewne i moją, oraz dążąc do zapewnienia dostępu do rozszerzającej się oferty produktów i usług banku, PKO wprowadza w swoich placówkach zamiany organizacyjne i technologicznie". Następnie w piśmie adresowanym na moje nazwisko przeczytałam, na czym mają polegać te zmiany. No i w porządku. Nikt nikomu nie zabrania przeprowadzania zmian. Po co jednak wydawać pieniądze na przesyłkę pocztową do osoby, która nie ma już z tym bankiem żadnej styczności. Konto rozwiązałam na początku sierpnia, a na koniec miesiąca otrzymuję informację. W tym momencie nie jest mi ona już potrzebna. Chyba że bank lubi wysyłać pisma do różnych martwych dusz. Nie taki Q-matic straszny... Tyle złego mówiło się na temat automatycznego systemu obsługi klientów Q-matic, który ma w Płocku zastosowanie między innymi w Urzędzie Pocztowym przy ulicy Bielskiej, że sam omijałem z daleka te placówki, w których system funkcjonuje. Naczytałem się w prasie, także w "Tygodniku Płockim" opinii różnych ludzi, którzy na ten system narzekali, nie chciałem więc tego złego działania praktykować na sobie. I teraz posypuję głowę popiołem. Jestem młodym człowiekiem, a dałem się nabrać na tak niewiarygodne pogłoski. Otóż wpadłem ostatnio na pocztę przy ulicy Bielskiej i jestem bardzo mile zaskoczony jakością obsługi. Pobieram odpowiedni kwitek, a potem czekam na swoją kolej wygodnie rozparty na krzesełku. Słyszę sygnał, wyświetla się mój numer i podchodzę do okienka, przy którym nie ma nikogo. Nie muszę się tłoczyć, stać w kolejkach, być narażonym na nieświeże oddechy niektórych interesantów. Już wiem, komu przeszkadza system Q-matic: tym, którzy w komunie przyzwyczaili li się do stania w kolejkach, bo w tym czasie mogli się zająć wymienianiem plotek. Ja jednak wybieram nowoczesność. Dwa PKS-y? Ostatnio byliśmy z żoną na wczasach w Zakopanem. Jesteśmy zauroczeni pobytem. Góry w drugiej połowie września to coś wspaniałego. Szczególnie, że i ruch nie jest zbyt wielki, co dla nas - ludzi na emeryturze - ma swoje znaczenie. Ale nie o tym chciałem porozmawiać. Chciałbym redakcję zainteresować sprawą komunikacji. Nie mamy własnego samochodu, poruszamy się więc środkami komunikacji publicznej. I tu ciekawostka. Bilet autobusem PKS z Krakowa do Zakopanego (odległość około 100 km) kosztuje tylko 8 zł. A przecież koszty utrzymania takiego autobusu są bardzo duże; drogi w górach nie są tak płaskie i proste jak na nizinach. Tymczasem za przejazd PKS-em (tzw. non-stop) z Płocka do Warszawy (odległość 110 km) trzeba zapłacić, tu uwaga, 20 zł. Jak to jest, że niby to samo przedsiębiorstwo, a dwie różne ceny. Gorsza, trudniejsza droga, a bilet 2,5 razu tańszy. Czy ktoś tu w Płocku nie przesadza? Chodnik na Zielonym Jarze Ostatnio na Zielonym Jarze pojawił się chodnik prowadzący przez łakę do Szkoły Podstawowej Nr 23. Ma to być chyba rekompensatą za zlikwidowanie poprzedniego; na tym terenie Mazowiecka Spółdzielnia Mieszkaniowa buduje właśnie nowy blok. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jeden szczegół. Inicjatywa pobudowania nowego chodnika być może cenna, jednak kompletnie chybiona, jeśli chodzi o jego usytuowanie. Mogą z niego bowiem praktycznie korzystać dzieci tylko z okolic ulic Monte Casino i Andersa. Tymczasem znakomita większość dzieci, uczęszczających z Zielonego Jaru do szkoły na Podolszycach Północnych, zamieszkuje olbrzymie osiedle w rejonie ulic Batalionu "Parasol" i Batalionu "Zośka". Także ich rodzice co niedzielę chodzą do kościoła Św. Krzyża, położonego na łące między osiedlami. I dzieci, i ich rodzice nie mają żadnego pożytku z postawionego obecnie chodnika. W dalszym ciągu chodzą wzdłuż bloku przy ulicy Sikorskiego 3 i dalej przez łąkę do kościoła i do szkoły. Droga nie jest wcale taka zła. Brakuje w zasadzie tylko 100 metrów utwardzonej powierzchni od wymienionego bloku do kościoła. Gdyby jakiś inwestor położył 100 metrów chodnika, mieszkańcy Zielonego Jaru byliby wdzięczni. Czy jakiś płocki radny mógłby się tym tematem zainteresować? Tylko jak radni mają rozumieć problemy Zielonego Jaru, skoro żaden z nich na tym osiedlu nie mieszka....
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze