Na 15 lat pozbawienia wolności skazał płocki Sąd Okręgowy 56-letnią Zofię L. Według sądu kobieta otruła swojego męża Bohdana i zamurowała jego zwłoki w kuchennej niszy. Motywem zabójstwa były najprawdopodobniej pieniądze pochodzące ze sprzedaży ziemi w kwocie 85 tysięcy złotych. Mężczyzna miał się z tych pieniędzy rozliczyć ze swoim rodzeństwem jednak nigdy do tego nie doszło a Bohdan L. zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach. Żona tłumaczyła, że zostawił ją, zabrał pieniądze i uciekł z inną kobietą. Wyrok nie jest prawomocny, obrona zapowiada apelację.
Wiadomość o zwłokach zamurowanych w kuchni jednego z mieszkań przy ulicy Padlewskiego obiegła miasto lotem błyskawicy, 6 marca ubiegłego roku. Po czterech latach poszukiwań policja uzyskała wreszcie nakaz wejścia do mieszkania. Po dokładnym przeszukaniu funkcjonariusze już chcieli wyjść i tylko przypadkiem zwrócili uwagę na betonową konstrukcję, która wzbudziła ich podejrzenia. Chwycili łomy i zaczęli rozbijać. Wewnątrz sarkofagu znaleziono częściowo zmumifikowane zwłoki, jak się okazało Bohdana L.
Proces przed płockim sądem był jednym z najtrudniejszych. Tak zawsze bywa z procesami poszlakowymi. Biegli stwierdzili, że w pobranych do badań organach jest substancja zwana ergotaminą. Nadal brakowało jednak dowodu głównego. Sąd musiał poddać dowody poboczne analizie logicznej, ale także opartej na doświadczeniu życiowym.
Były zwłoki. Policjanci i prokurator mieli też podejrzaną – żonę tragicznie zmarłego Bohdana – Zofię L. Kobieta jednak przyznawała się tylko do sfałszowania podpisów męża na wnioskach o wyrejestrowanie pojazdów.
Ślady ergotaminy w organizmie ofiary nie były jednak dowodem wskazującym bezpośrednio na zabójstwo. Przecież mogło nastąpić przyjęcie omyłkowe zbyt dużej dawki leku, mogło to też być samobójstwo. Sąd jednak wykluczył w postępowaniu te możliwości, w czym pomogły zeznania zarówno rodziny jak i znajomych.
Według biegłych, stężenie śmiertelne ergotaminy to 8 tabletek lub 120 – 140 kropel. Jest tylko pewien problem. Ergotamina rozpuszcza się tylko w alkoholu, barwiąc go na niebiesko i nadając gorzki smak. Więc Bohdan L., raczej unikający leków, nie mógł się pomylić, tym bardziej, że dawka terapeutyczna wykrytego środka to dwie krople (w tabletkach cztery sztuki na dobę).
Nie było też mowy, zdaniem sądu, o samobójstwie. Co prawda zmarły wspominał rodzinie o problemach małżeńskich, jednak miał też plany na przyszłość. Po długim, majowym weekendzie w roku 1999, przed którym był widziany ostatni raz, miał kupić nowy samochód. Oglądał katalogi, umówił się nawet w jednym z salonów na spotkanie, wymieniał uwagi o wybranej marce z pracownikiem sklepu, obok którego mieszkał.
Wykluczono także możliwość podania trucizny przez osobę obcą. Głównie ze względu na właściwości ergotaminy. Ponadto wybudowanie sarkofagu i ukrycie w nim zwłok wymagało czasu i w mieszkaniu mogła pojawić się żona.
Poza tym, gdyby popełnił samobójstwo nikt przecież nie dążyłby do ukrycia zwłok, tylko wezwał pogotowie i pochował zmarłego.
W końcu pozostała tylko jedna wersja. Sprawczynią jest żona. Kobieta od samego początku tłumaczyła, że mąż wyjechał nad morze, w góry, uciekł z inną kobietą. Te różne wersje okazały się obciążające w postępowaniu sądowym. Po długim, majowym weekendzie w 1999 roku kobieta przeprowadziła błyskawiczną wyprzedaż w sklepie odzieżowym, który małżonkowie prowadzili w tym samym lokalu, w którym mieli mieszkanie.
Potem kupiła sobie mieszkanie w innej części miasta, ale za lokal na Padlewskiego cały czas płaciła rachunki. Opłacała też stancję dla córki i jej rodziny. Kiedy policjanci chcieli wejść do lokalu przy Padlewskiego, mówiła, że mąż nie wyraża na to zgody. Twierdziła nawet, że przekazała mężowi klucze od tego mieszkania. Po czterech latach funkcjonariusze w końcu weszli do mieszkania i dokonali makabrycznego odkrycia.
Wersja z kochanką została obalona także na podstawie zeznań rodziny zmarłego i osób, które go znały. Ponadto, gdyby nawet odszedł z inną kobietą to zdaniem sądu nie zrywałby kontaktów ze swoim rodzeństwem. Nie przyjechał nawet na pogrzeb matki. Dziwne się też wydawało, że żona, którą miał zostawić, zajęła się uporządkowaniem spraw, którymi powinien się zająć on sam. Chodzi o wyrejestrowanie pojazdów, wyrejestrowanie z ZUS-u.
Zdaniem sądu, Zofia L. działając z premedytacją godziła w życie męża, który miał do niej zaufanie. Sąd nie miał wątpliwości, że kobieta działała z bezpośrednim zamiarem pozbawienia życia, a motywem były pieniądze. Małżeństwu dobrze się wiodło, dopóki żył Bohdan L. Zofia była pracownikiem urzędu wojewódzkiego i nie miała zbyt wysokiej pensji, a później jeszcze niższą emeryturę. Mimo to kupiła sobie kolejne mieszkanie, pomagała finansowo córce, z którą wcześniej nie miała raczej dobrego kontaktu i cały czas płaciła rachunki za mieszkanie przy Padlewskiego, gdzie spoczywały zwłoki męża.
(jac)
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze