Od razu uprzedzam, że nie chodzi mi o boks, choć powołam się na walkę Gołota - Tyson.A dokładnie na konferencję prasową przed walką. Różnie się mówi o inteligencji bokserów, ale można zaryzykować tezę, że nie jest ona wyższa od tzw. średniej krajowej. To samo można pewnie powiedzieć o zdolnościach językowych. Tymczasem bokser Gołota swobodnie rozmawia z dziennikarzami w jakimś obcym języku. Nie mówiąc już o bokserze Michalczewskim, który słowa wyrzuca z szybkością karabinu maszynowego. Oczywiście po niemiecku! Do czego zmierzam? Ano do tego, że w Polsce każdy obywatel przez wiele lat uczył się (albo nadal czy) w szkole języków obcych (no, przynajmniej jednego). Kiedyś był to język nie bardzo obcy. Można nawet powiedzieć, że całkiem swój. Wydaje się zatem, że każdy, nawet mniej inteligentny od boksera G. Polak powinien władać nim co najmniej poprawnie (a większość biegle). Tymczasem w ankietach prawie wszyscy w rubryce "znajomość języków obcych" wpisujemy: rosyjski - słabo! I rzeczywiście, wystarczy posłuchać, jak rodacy dyskutują na rynku z handlarzami ze wschodu. Albo wygrzebują z pamięci pojedyncze słowa, albo sami je tworzą na zasadzie polski temat - rosyjska końcówka, np. motor popsułsja. Sam przeszedłem wieloletnią edukację z trzech języków obcych i też w rubryce "znajomość języków" nie mam za bardzo czym się chwalić. Ale pora na wnioski. Bezproduktywnie marnujemy mnóstwo czasu - mam na myśli oczywiście szkolne lekcje języków, od przedszkola po uniwersytet. Błąd tkwi w metodzie. Jak to zmienić? Nie wiem. Proszę nie sądzić, iż przykład bokserów przywołałem, by zasugerować, że tą metodą jest walenie uczniów po głowie. Mogę się też powołać np. na piłkarza. Kiedy Jan Tomaszewski został bramkarzem Herculesa Alicante, to po kilku miesiącach udzielał w telewizorze wywiadu w takim tempie, że nawet Hiszpanie nie nadążali z rozumieniem. Oczywiście po hiszpańsku! W szkole się tego nie nauczymy, bo tam się nie mówi, tylko odpytuje i pisze klasówki. Ale, szczerze mówiąc, nie chodzi mi tutaj o kwestię edukacji językowej. Problem jest szerszy. W Polsce można było (i można nadal) pobierać wynagrodzenie za pracę kompletnie bezproduktywną. Czyli za działalność, która de facto nie jest pracą, a raczej formą spędzania czasu. Przykłady zapewne każdy z Czytelników znajdzie sobie sam. Nie brakuje ich w różnych dziedzinach. Na przykład w sporcie. Można brać duże pieniądze za kierowanie klubem sportowym i latami budować potęgę, która już, już zawojuje całą Europę. Ba, cały świat! Ale to potem, bo tymczasem ma pewne, przejściowe rzecz jasna, trudności z podbojem krajowej, pożal się Boże, ekstraklasy! Skąd my to znamy? Tak, mieliśmy już w historii okres, który wypełniony był walką z przejściowymi trudnościami: sznurek do snopowiązałek, papier toaletowy... Powiedzą czytelnicy, żem maniak. Mają bezwzględnie rację! Ale na takim pięknym stadionie chciałoby się oglądać takie mecze, że... Ech!...
Jerzy Ogonowski
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze