Samochód terenowy przemierza nadwiślańskie wały. Strażnicy rybaccy i policjanci patrolują lewy brzeg królowej polskich rzek pomiędzy Płockiem a Troszynem. Korzystając z długiego weekendu, wiele osób postanowiło wybrać się na ryby.Niektórzy wędkarze nie mają nic przeciwko temu, że muszą pokazać karty wędkarskie i zezwolenia na połów ryb. Niestety, nie wszyscy. W kilku przypadkach kontrola kończy się pouczeniem, a nawet mandatem. Przyczyny sankcji nakładanych przez Państwową Straż Rybacką i policję są prozaiczne – brak stosownych dokumentów lub używanie do połowu większej ilości wędek niż jest to dopuszczalne. Tym razem nie udało się zatrzymać prawdziwych kłusowników, którzy odławiają ryby przy użyciu sieci czy prądu, nie wahających się sięgać na widok strażników czy policjantów po broń palną. - Zgodnie z przepisami, każdy wędkarz może wykorzystywać do połowu tylko dwie wędki – mówi Artur Koziński, komendant posterunku w Płocku Państwowej Straży Rybackiej w Warszawie. Jedziemy wzdłuż wiślanego brzegu docierając w okolice Jordanowa. Strażnicy i towarzyszący im sierżant sztabowy Zbigniew Śmigrodzki, dzielnicowy z Komendy Miejskiej Policji w Płocku legitymują kolejnych wędkarzy. Wszystko jest w porządku. Mają wymagane dokumenty uprawniające do połowu na Wiśle, której dzierżawcą na tym odcinku jest spółka Sum, która też wydaje stosowne pozwolenia. - Dobrze, że są takie kontrole. My jesteśmy za starzy wędkarze, żeby nie mieć dokumentów – mówi na widok policjanta i strażników starszy mężczyzna, który jak na razie nic jeszcze nie złapał, chociaż, jak dodaje, przyszedł od Dobrzykowa. Kolejne legitymowane osoby. Tym razem niestety jeden z wędkarzy nie posiada stosownych dokumentów. Kończy się to dla niego mandatem. Przy okazji dowiadujemy się, że ryby jakoś niespecjalnie chcą brać. - Jazgarz i jakaś drobnica – mówi jeden z wędkarzy i pakuje sprzęt do samochodu. Z tego, co pamiętam z dawnych wypraw na ryby, to z jazgarza nie ma żadnego pożytku, zaraz jednak jestem wyprowadzony z błędu. - Jazgarz? Dobry tylko na rosół. I na wrzody żołądka – wyjaśnia Artur Koziński. - Tylko trzeba go najpierw oskrobać – uśmiecha się drugi ze strażników. Jak widać strażnicy rybaccy, niezależnie od tego czy ze straży państwowej, czy społecznej, są zapalonymi wędkarzami. Ruszamy dalej. Po drodze jest czas, żeby porozmawiać o tym jak wygląda praca strażników rybackich i “łowy” na wodnych kłusowników. - Posterunek w Płocku ma pod opieką pięć powiatów: dwa płockie, gostyniński, sierpecki i sochaczewski. Za kilka tygodni z Funduszu Ochrony Środowiska powinniśmy otrzymać motorówkę, żeby jednak się o nią starać, trzeba było przygotować własny program ochrony środowiska. Najczęściej kłusowników spotyka się wtedy, kiedy są wysokie stany wody, czyli wiosną i na jesieni. W okresie letnim jest sporo turystów – mówi Artur Koziński. – Jednak nie tylko ludzie kłusują. Duże spustoszenie wśród ryb czynią kormorany, których populacje są bardzo liczne, a są to ptaki, które w poszukiwaniu ryby potrafią przelecieć nawet 40 – 50 kilometrów. Kiedyś sam widziałem, jak kormoran wyciągnął z wody ponad metrowego węgorza. Ponadto, jeśli w czasie posiłku ryba wypadnie kormoranowi, to już jej nie podniesie z ziemi tylko leci po następną. Zdarza się też, że ryba nie zostanie schwytana, jednak zostanie tak okaleczona przez ptaka, że po kilkunastu metrach wypływa na powierzchnię brzuchem do góry. Są rejony, gdzie ryby zniknęły całkowicie za sprawą kormoranów. Zawodowi rybacy, którzy zainwestowali pieniądze między innymi w wymagane przepisami opłaty ponoszą tylko straty – jak widać kormorany nie należą do ulubieńców wędkarzy, rybaków. Podobnie jest też z bobrami, których populacja rośnie, o czym pisaliśmy już na łamach Tygodnika Płockiego. Kolejna kontrola. Tym razem starszy mężczyzna na widok samochodu terenowego i mundurów wyciąga z wody jedną z trzech wędek. Kiedy podchodzimy wypiera się, że to zrobił. - Więcej tu nie przyjadę, stąd się bez ryb wraca – to najłagodniejsza część wypowiedzi pod adresem strażników i policjanta wędkarza, który ma wszystkie stosowne dokumenty uprawniające do połowu i niczego nie powinien się obawiać, gdyby nie ten trzeci kij, który przed chwilą wyciągnął z wody. Kończy się pouczeniem. Co do tego braku ryb też trochę wędkarz mija się ze stanem faktycznym. W siatce zanurzonej w wodzie ma już sześć całkiem dorodnych leszczy, a kolejnego wyciąga akurat, kiedy jest legitymowany. - Często jest tak,, że w czasie kontroli jest branie – uśmiecha się Artur Koziński. – Chyba jednak przynosimy ludziom szczęście. Oprócz pozwoleń na łapanie ryb w czasie wspólnych kontroli strażnicy i policjanci sprawdzają też inne rzeczy. Nie wolno między innymi używać jako przynęty tzw. “żywca” czyli małych rybek do łowienia ryb drapieżnych takich jak szczupak. Nie wolno też oczywiście łowić ryb, na które obowiązuje okres ochronny – w ubiegłym tygodniu przestawał właśnie obowiązywać na wspomnianego szczupaka. - A jak będzie “trupek” to mogę go na haczyku uczepić – dopytuje jeden z wędkarzy. Jak się jednak okazuje, o kłusownikach strażnicy i policjanci wiedzą dużo. Wiedzą, gdzie najczęściej są zastawiane sieci. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że sieć nieuzbrojoną może posiadać każdy, uzbrojoną tylko osoba uprawniona do zawodowego połowu ryb. - Sieć uzbrojona to taka, która ma korki, ciężarki i może być postawiona w wodzie – dodaje Artur Koziński. Blisko trzygodzinna przejażdżka kończy się szybko. Strażnicy jadą jednak dalej sprawdzać teren wokół jezior. - Drugi patrol jest teraz w okolicach Wyszogrodu. Skończymy około 18.00 – mówi Artur Koziński. Za kilka dni na Wisłę wyruszy policyjna motorówka, co da jeszcze większe możliwości. Strażnicy i policjanci będą mogli podpłynąć w dowolne miejsce, sprawdzać wiślane wyspy. Przy ładnej, słonecznej pogodzie, tak jak w ubiegłym tygodniu, to może nawet być całkiem przyjemna praca, przy okazji przynosząca wymierne efekty w postaci wykrytych i zniszczonych sieci postawionych przez kłusowników. Jacek Danieluk
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze