W piątek, 30 września, około godziny 11.00 doszło do katastrofy budowlanej przy ul. Sienkiewicza 38. Ściana budynku przewróciła się na sąsiednią kamienicę. Najpierw był niesamowity huk, a potem mur się przewrócił, miażdżąc stojący obok samochód. Do mieszkań wleciał pył i gruz, wybijając okna. – W życiu się tak nie bałam – mówi jedna z mieszkanek, a druga osoba dodaje: – Wielkie kawały gruzu spadły na moje łóżko. Gdyby to była noc, już by mnie nie było wśród żywych. Bóg nad nami czuwał. Nigdy nie było łatwo mieszkać w kamienicy przy ul. Sienkiewicza 40. To nie jest bezpieczny adres. Budynek powstał w latach 50. i jest w złym stanie technicznym. – Mieszkam tu już 60 lat. W 1968 roku spaliło się moje mieszkanie. Były problemy z elektryką i musiałam się wyprowadzić, ale na krótko. W tym czasie przeprowadzono remont. Wróciłam w 1972. Mówili nam, że to tylko na 10 lat, bo zostały naruszone fundamenty. W jaki sposób? Nie, nie przez pożar. Ten budynek był kiedyś niższy, z jednej strony był strych. Ktoś wymyślił, że dach można wyrównać i dobudowali piętro. Wtedy właśnie okazało się, że fundament został naruszony i mamy tu mieszkać tylko do czasu, aż dostaniemy nowe przydziały. No i czekamy – tłumaczy lokatorka najdłużej mieszkająca przy Sienkiewicza 40. Pani K. potwierdza, że przez te wszystkie lata starała się o mieszkanie, składała dokumenty i choć wiadomo było, że tam nie można mieszkać, to decyzję o wyprowadzce lokatorów odkładano na później. – Mówili, że wszystko jest w porządku i zasłaniali się brakiem lokali, ale teraz nasza sytuacja bardzo się zmieniła – tłumaczy. Kilka dni przed katastrofą nasza rozmówczyni zobaczyła na ścianie rysę, budynek zaczął pękać od góry i wkrótce był niemal przecięty na pół, do samego dołu. Kobieta zawiadomiła urzędników. – I rzeczywiście ktoś przyszedł, zobaczył, potem powiedział, że wszystko zostanie naprawione, a my nie musimy się niczego obawiać. Okazało się, że ta naprawa to nałożenie w trzech miejscach drewnianych belek. Zdaniem fachowców było to oklamrowanie budynku, ale nas pusty śmiech ogarnął. Oni po prostu nabili trzy drewniane belki, niby spięli te rozchodzące się ściany. Takiego remontu nie zrobiłabym nawet w małej drewnianej szopie, a co dopiero mówić o wysokim, murowanym, na dodatek w kiepskim stanie technicznym budynku. W ich mniemaniu te trzy drewniane belki miały być naszą gwarancją bezpieczeństwa – dodaje. Miało być bezpiecznie – klamry miały powstrzymać pękanie budynku. A tymczasem w piątek rano najpierw huknęło, zatrzęsła się podłoga w mieszkaniach, a potem na dom przewróciło się pół sąsiedniego budynku. Na samą myśl o tym, co się wtedy stało, w oczach naszych rozmówców pojawiają się łzy. Nigdy więcej nie chcieliby przeżyć tego samego. Katastrofa miała miejsce w piątek przed południem. Pogoda była kiepska, więc dzieci, zwykle bawiące się na podwórku, właśnie w tym miejscu, gdzie ściana się przewróciła, były w innym miejscu. Dwa dni wcześniej było czuwanie przed pogrzebem jednego z lokatorów. Zgodnie z tradycją na podwórku zebrali się najbliżsi zmarłego, jego przyjaciele i znajomi. W sumie około setki osób. Gdyby wtedy ściana się zawaliła, na pewno byłoby więcej pogrzebów.
Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze