Kto by pomyślał, że w dobie mailów, Facebooka, smsów, ktoś jeszcze będzie chciał tworzyć listy w butelce… Jednak dreszczyk emocji związany zarówno z pozostawieniem, jak i znalezieniem takiego listu do tej pory jest dla niektórych bardzo atrakcyjny. Jeden z naszych czytelników miał przyjemność znaleźć taki list. Wspólnie z nim od jakiegoś czasu próbujemy znaleźć nadawcę, ale ten skrzętnie się ukrywa…
Listy w butelce to tzw. poczta Neptuna. Nazwane zostały tak dlatego, że przed wiekami, kiedy nieznana była jeszcze łączność radiowa, wymyślili je marynarze. W nich przekazywali dramatyczne wieści z pokładów tonących jednostek. Zapisana kartka, w zabezpieczonej butelce, trafiała do morza lub oceanu i wraz z falami niesiona była w nieznane. Szansa, że ktoś odnajdzie list była niewielka. W końcu taka butelka może znajdować się w wodzie przez wiele lat. Znana jest na przykład historia listu stworzonego przez marynarza statku „Brethren of Coast”. Zawarł on w nim pożegnanie dla swojej rodziny, kiedy wiedział, że zginie na pokładzie, który płonął na środku Atlantyku. Przez lata losy statku nie były znane, wszystko wyjaśniło się dopiero, gdy ktoś odnalazł list zamknięty w butelce…
Później treści listów stawały się coraz bardziej różnorodne. Zawierały tajemnice, wyznania miłosne i inne przekazy. Z czasem nabrały też charakteru zabawy. W takich listach można znaleźć czas i miejsce jego powstania, krótką historię, pytanie, opis sytuacji historyczno-politycznej czy prośbę o odpowiedź. Znalezienie takiej butelki to niebywałe szczęście, może się też ona stać cenną historyczną pamiątką.
Czy i teraz sporządzamy listy w butelkach? Okazuje się, że tak. Sama pamiętam, kiedy jako studentka wraz ze znajomymi stworzyłam taki list i wrzuciłam w butelce do Wisły w Toruniu. Czy ktoś go odnalazł? Chyba jeszcze nie… Może kiedyś się dowiemy.
Obecnie takie listy często powstają w przełomowych momentach życia i tworzą je najczęściej młodzi ludzie. Przed studentami w końcu jeszcze całe życie, które nie wiadomo, jak się potoczy. Tak samo jak przed osobami kończącymi szkołę średnią. A tak było najprawdopodobniej w przypadku autorów listu, który odnalazł nasz czytelnik.
Zapisali swoje młodzieńcze marzenia…
List co prawda nie przypłynął z prądem Wisły, ale przez kilka lat był dobrze schowany. – Było to w czasie, kiedy wakacje dobiegały końca. Wybraliśmy się nad wodę – płocką Sobótkę. Ja popływać, a mój syn poszukać zwierząt - tych najmniejszych, robaczki, ślimaki i inne były zawsze na celowniku. Kiedy siedzieliśmy na plaży, syn zaczął szukać w ziemi ciekawych okazów. Natrafił na dno butelki, którą zaczął odkopywać. Namawiałem go kilka razy, żeby ją zostawił. Po dłuższym czasie widząc, że sprawa jest „poważna”, ruszyłem z pomocą – opowiada nasz czytelnik.
Okazało się, że butelkę obrosły korzenie pobliskiego drzewa i jej „uwolnienie” nie było łatwe. Zajęło odkrywcom około 30 minut. – Obaj byliśmy zdumieni, bo na butelce znajdowała się ciekawa sekwencja, ledwo do odczytania (nie pamiętam już co było napisane), a butelka była zakorkowana. W środku umieszczona została poskładana kartka. Nie mogąc wydobyć zawartości i nie mając świadomości, jak ważne jest to, co jest w środku, użyliśmy metody brutalnej, ale skutecznej - stłukliśmy butelkę. Tak dostaliśmy się do kartki – opisuje dalej znalazca listu.
Szok i niedowierzanie połączony był u odkrywców z niesamowitą ciekawością. Szybko połączyli fakty - list musiał być prawdziwy. – Odjechaliśmy z zamiarem zwrotu listu, niestety codzienność i inne sprawy przysłoniły na dobre dwa lata tę sprawę. Teraz wracam do niej, wierząc, że na wszystko jest odpowiedni czas i miejsce – tłumaczy nasz czytelnik.
Jak wskazuje data zamieszczona na liście, jego nadawcy najprawdopodobniej w 2011 roku kończyli liceum i wyjeżdżali na studia. W liście wymienili swoje marzenia i plany na przyszłość. Przykładowo Michał Ch. – jak można zobaczyć na zdjęciu listu – chciał wydać własną płytę i znaleźć prawdziwą miłość. Ciekawe, czy teraz, po ponad 10 latach, przyznałby, że to mu się udało… Nie wiadomo też, czy imiona i nazwiska znajdujące się na liście są prawdziwe, czy to jedynie pseudonimy.
Sprawa jest bardzo interesująca. Nadawców szukaliśmy na naszej stronie na Facebooku, ale bezskutecznie. Być może przeczytają ten artykuł i postanowią się ujawnić, aby opowiedzieć o okolicznościach powstania listu i czy ich młodzieńcze marzenia zostały zrealizowane… Z pewnością byłaby to ciekawa opowieść! Przemku, Moniko, Michale – jeśli tak macie na imię – chętnie ją od was usłyszymy. Piszcie na adres j.biala@tp.com.pl.
Joanna Biała
Fot. Archiwum czytelnika
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze