Współczesny bohater u Różewicza położył się do łóżka i kontestował, bo mu się nic nie chciało. W Spowiedzi masochisty Romana Sikory Panu M. się chce, więc pracuje na kilka ćwierć etatów i umowy zlecenia, za które płacą coraz mniej. On chce mieć z tego życiowe minimum, ale okazuje się, że nie można. I nie da się. Do niczego. Zupełnie do niczego. Rozumiecie, że takie życie, takie życie jest okropne – mówi.
Napisać sztukę współczesną o pracowniku, korporacji, banku, markecie – czyli wszystkim tym, o czym dziś można przeczytać w gazetach – byłoby może wtórne i nieciekawe. Więc autor dodaje bohaterowi przewrotną otoczkę członka klubu BDSM (w wolnym tłumaczeniu – bardzo dużo sado-maso). Jest to pewna metafora, nie rzecz najważniejsza. W ogóle dziwny to bohater – zwycięża konkurs w Singapurze na największego pracoholika świata i nie chce nagrody. Szuka pracy w banku – zatrudniają go, choć nie ma żadnych kwalifikacji, bo zgadza się zarabiać najmniej. Minimalną płacę dostaje też jako pracownik marketu Siedmiokropka (to jeden z polskich akcentów w tekście, drugi – lokalny zauważymy, gdy przyjrzymy się, jakie afisze noszą pracownicy).
Oprócz harowania na kilku stanowiskach – interesuje się protestowaniem. Próbuje przyłączyć się do antyglobalistów i do skinheadów, ale oba „stowarzyszenia” szybko go rozczarowują. Nie udaje mu się zostać bezdomnym, bo policjanci wypróbowują na nim różne narzędzia do zadawania bólu. Ale buntuje się, wyraża sprzeciw: wobec niskich pensji, życia za minimum, poniżania pracowników. Na spotkaniu przed premierą czeski dramatopisarz Roman Sikora stwierdził, że jego sztuka powstała ze złości, z niezgody na kapitalizm, na odchodzenie od standardów socjalnych, niezgody na to, że Europa Wschodnia stała się rynkiem taniej siły roboczej dla bogatego Zachodu, że politykom nie przeszkadzają niskie płace i wygórowane ceny produktów. I jest to rodzaj takiego protest-songu, zresztą piosenki w stylu Brechta pojawiają się na scenie kilkakrotnie.
Reżyserka Anna Turowiec, która przyznaje, że w teatrze najbardziej lubi pustą scenę, sprawnie odczytała w tekście dramatu wszystkie smaczki. Ale sztuce pomogli aktorzy i dobra scenografia (Joanna Walisiak-Jankowska). Scena kameralna przez długi czas pozostaje pusta. Zaludniają ją aktorzy w różnych rolach. Potem – kartonowe pudła, które stają się przedmiotami i elementami miejsc. Scenografka postawiła też na kostiumy, każąc aktorom przebierać się po kilka razy. Dzięki temu wykonując wiele ról, zmieniają się. Gdyby zrezygnowała z wlokącego się nieco początku, spektakl nabrałby tempa, tak jak to się dzieje dopiero w drugiej części.
Główny bohater – Pan M. grany przez Mariusza Pogonowskiego – używając przenośni pasującej do spektaklu – na scenie haruje jak wół (koń) i dobrze radzi sobie i z tekstem i z kolejnymi zadaniami aktorskimi. Czasem wspomaga go narrator, głos z offu – Marek Walczak, który ładnie wykonuje swój rockowy song i przekonuje również w pozostałych rolach. Inne role grają: Katarzyna Anzorge, Sebastian Ryś, Bogumił Karbowski i Piotr Bała. W swoich scenach wypadają dobrze, zwłaszcza Bała jako szef i Anzorge w wielu wcieleniach.
Nasz momentami romantyczny bohater szarpie się w lejcach, (dosłownie) próbuje wyrwać, uwolnić od swojego życia, ale nie może. Mimo wszystko jest tak pracowity, że zwycięża nawet z Chińczykiem. Okazuje się, że to on, pan M. pracował najwięcej na świecie. O ironio! Czy ten świat banków, supermarketów i korporacji można naprawić?
Lena Szatkowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze