Reklama

Niezgoda na zgodę

24/02/2015 10:57
Współczesny bohater u Różewicza położył się do łóżka i kontestował, bo mu się nic nie chciało. W Spowiedzi masochisty Romana Sikory Panu M. się chce, więc pracuje na kilka ćwierć etatów i umowy zlecenia, za które płacą coraz mniej. On chce mieć z tego życiowe minimum, ale okazuje się, że nie można. I nie da się. Do niczego. Zupełnie do niczego. Rozumiecie, że takie życie, takie życie jest okropne – mówi.
Napisać sztukę współczesną o pracowniku, korporacji, banku, markecie – czyli wszystkim tym, o czym dziś można przeczytać w gazetach – byłoby może wtórne i nieciekawe. Więc autor dodaje bohaterowi przewrotną otoczkę członka klubu BDSM (w wolnym tłumaczeniu – bardzo dużo sado-maso). Jest to pewna metafora, nie rzecz najważniejsza. W ogóle dziwny to bohater – zwycięża konkurs w Singapurze na największego pracoholika świata i nie chce nagrody. Szuka pracy w banku – zatrudniają go, choć nie ma żadnych kwalifikacji, bo zgadza się zarabiać najmniej. Minimalną płacę dostaje też jako pracownik marketu Siedmiokropka (to jeden z polskich akcentów w tekście, drugi – lokalny zauważymy, gdy przyjrzymy się, jakie afisze noszą pracownicy).
Oprócz harowania na kilku stanowiskach – interesuje się protestowaniem. Próbuje przyłączyć się do antyglobalistów i do skinheadów, ale oba „stowarzyszenia” szybko go rozczarowują. Nie udaje mu się zostać bezdomnym, bo policjanci wypróbowują na nim różne narzędzia do zadawania bólu. Ale buntuje się, wyraża sprzeciw: wobec niskich pensji, życia za minimum, poniżania pracowników. Na spotkaniu przed premierą czeski dramatopisarz Roman Sikora stwierdził, że jego sztuka powstała ze złości, z niezgody na kapitalizm, na odchodzenie od standardów socjalnych, niezgody na to, że Europa Wschodnia stała się rynkiem taniej siły roboczej dla bogatego Zachodu, że politykom nie przeszkadzają niskie płace i wygórowane ceny produktów. I jest to rodzaj takiego protest-songu, zresztą piosenki w stylu Brechta pojawiają się na scenie kilkakrotnie.
Reżyserka Anna Turowiec, która przyznaje, że w teatrze najbardziej lubi pustą scenę, sprawnie odczytała w tekście dramatu wszystkie smaczki. Ale sztuce pomogli aktorzy i dobra scenografia (Joanna Walisiak-Jankowska). Scena kameralna przez długi czas pozostaje pusta. Zaludniają ją aktorzy w różnych rolach. Potem – kartonowe pudła, które stają się przedmiotami i elementami miejsc. Scenografka postawiła też na kostiumy, każąc aktorom przebierać się po kilka razy. Dzięki temu wykonując wiele ról, zmieniają się. Gdyby zrezygnowała z wlokącego się nieco początku, spektakl nabrałby tempa, tak jak to się dzieje dopiero w drugiej części.
Główny bohater – Pan M. grany przez Mariusza Pogonowskiego – używając przenośni pasującej do spektaklu – na scenie haruje jak wół (koń) i dobrze radzi sobie i z tekstem i z kolejnymi zadaniami aktorskimi. Czasem wspomaga go narrator, głos z offu – Marek Walczak, który ładnie wykonuje swój rockowy song i przekonuje również w pozostałych rolach. Inne role grają: Katarzyna Anzorge, Sebastian Ryś, Bogumił Karbowski i Piotr Bała. W swoich scenach wypadają dobrze, zwłaszcza Bała jako szef i Anzorge w wielu wcieleniach.
Nasz momentami romantyczny bohater szarpie się w lejcach, (dosłownie) próbuje wyrwać, uwolnić od swojego życia, ale nie może. Mimo wszystko jest tak pracowity, że zwycięża nawet z Chińczykiem. Okazuje się, że to on, pan M. pracował najwięcej na świecie. O ironio! Czy ten świat banków, supermarketów i korporacji można naprawić?
Lena Szatkowska
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości