Maciek ma 17 lat i jest uczniem III Liceum Ogólnokształcącego. Od swoich rówieśników różni się tylko tym, że od urodzenia jest niewidomy. Nie widział nigdy nieba, ziemi, morza, nie zna kolorów. Ale stara się normalnie żyć, ma kolegów, koleżanki, wyjeżdża na wakacje, a przed rokiem do swoich licznych pasji dodał jeszcze jedną. Pokochał morze i żeglowanie.
Dzieciństwo Maćka było podobne do dzieciństwa jego kolegów. Może bardziej pilnowali chłopaka rodzice, starając się pokazać mu świat i przygotować na wszelkie niespodzianki. Nie byli nadopiekuńczy, dzięki temu chłopak ma wielką szansę na niemal samodzielne życie. Pierwsze kroki w tym kierunku stawia codziennie.
Kiedy był dzieckiem, to od rówieśników różnił się przede wszystkim tym, że mniej oglądał bajek w telewizji, a więcej słuchał z kaset i płyt. Inaczej działała też jego wyobraźnia. Najczęściej „patrzył” rękami, musiał wszystkiego dotknąć, ogarnąć przestrzeń wokół, ułożyć sobie wszystko w głowie.
Inaczej też uczył się chodzić. Kiedy już stanął na nogi, to zaczęła mu towarzyszyć biała laska. To ona wskazywała wszelkie przeszkody, informowała o krawężnikach, dziurach w ziemi, schodach.
Dziś nie ma większego problemu z poruszaniem się po mieście. No chyba, że jest w zupełnie nowym miejscu. Wtedy nie wstydzi się poprosić o pomoc. – Czy może pani przyjść na przystanek na ul. Sienkiewicza przy Bielskiej? Wysiądę z autobusu i razem pójdziemy do redakcji na rozmowę. Zadzwonię, jak będę wsiadał do autobusu – zapowiedział i tak zrobił. Nie da się ukryć, że miałam większą tremę przed tym spotkaniem. Ale Maciek szybko przełamał lody i za chwilę gawędziliśmy sobie w redakcyjnym pokoju.
Porusza się zupełnie samodzielnie w domu, w szkole, wcześniej sam radził sobie w przedszkolu. – Zwykle nie potrzebuję pomocy, ale jak jestem w nowym dla mnie miejscu, to potrzebuję kilku wskazówek. Najtrudniej zorientować się na ulicy, jest duża przestrzeń. Bez pomocy innych trudno ją ogarnąć. Ale po dzisiejszej wizycie na Starym Rynku następnym razem już będę sobie radził znacznie lepiej – zapewnia.
W orientacji pewności dodaje mu biała laska, ręce, czyli główna część ciała pomagająca wyobraźni dotykowej oraz czasami – echolokacja. – Jak idę z laską koło wysokiego bloku, to „słyszę” gdzie budynek się kończy, gdzie są klatki schodowe. Gorzej jest przy zabudowie niskiej. Można też chodzić z aplikacją GPS, ale trudno znaleźć taką, która będzie dobrze prowadzić po mieście – tłumaczy niuanse. W szkole musi być „normalny”
Maciek po wakacjach będzie uczniem II klasy w III Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Dąbrowskiej w Płocku. Chodzi do normalnej klasy, nie ma tam klas integracyjnych i jest jedynym niewidomym w szkole. Uczestniczy praktycznie we wszystkich zajęciach, tak jak każdy pozostały uczeń, dla niego lekcje wyglądają identycznie jak dla kolegów.
Klasa jest humanistyczna z rozszerzonym językiem polskim, angielskim, historią i niemieckim. Najlepiej radzi sobie z przedmiotami, gdzie nie ma rysunków, tabelek, grafik. Bardzo dużo zapamiętuje, czasami nagrywa lekcję, a potem odtwarza. – Teraz nie ma większego problemu z podręcznikami, prawie wszystkie dostępne są w języku Braille’a – twierdzi.
Klasówki są tłumaczone
Skoro uczy się w normalnej klasie i jest traktowany jak każdy inny uczeń, to pisze także klasówki. – Mam specjalny komputer z linijką brajlowską. To, co piszę, wyświetla się na ekranie. Zwykle dostaję temat klasówki na pendrivach, czystym tekstem, wpisuję to do komputera, tak samo jak koledzy. Trudniej jest na matematyce, bo ciężko zapisać znaki matematyczne na zwykłej maszynie brajlowskiej. Najczęściej wygląda to tak, że nauczyciel daje pani pedagog z SP 3 temat klasówki, ona to tłumaczy na Braille’a, ja w tym samym języku piszę odpowiedzi. Potem pani pedagog znów to tłumaczy i za kilka dni otrzymuję ocenę mojej pracy – wyjaśnia krok po kroku.
Zapewnia, że jest w miarę dobrym uczniem, jego ulubione przedmioty to języki i historia. Prywatnie od 7 lat uczy się też hiszpańskiego, dlatego planuje studia lingwistyczne. – Najlepiej na Uniwersytecie Warszawskim, a jak tam się nie uda dostać, to koniecznie w innym, dużym mieście, poza domem. Chcę być samodzielny, prowadzić normalne studenckie życie, najlepiej w większej miejscowości – zdradza.
Jest kibicem piłki ręcznej
Przy okazji rozmowy o studiach przypomina mi się kolega z akademika. Studiował germanistykę, mieszkał sam w pokoju, ale po za tym żył tak ja my. Korzystał ze wspólnej kuchni, a kiedy oglądaliśmy mecze piłki nożnej, głównie łódzkiego Widzewa, kłócąc się o miejsca najbliżej telewizora, on stawał z tyłu i słuchał naszych komentarzy. Twierdził, że dzięki nam „widział” mecz.
– Też bardzo przeżywam sportowe wydarzenia. Chętnie chodzę na mecze piłki ręcznej, bardzo lubię atmosferę Orlen Areny. Niestety zwykle tylko słyszę kibiców, raz jeden „oglądaliśmy” mecz z audio deskrypcją i wtedy to była prawdziwa uczta. Nas jest niewielu, może dlatego tak mało pojawia się takich możliwości. Może lepiej się nie przyznawać, ale meczów Orlen Wisła – Vive Kielce, także tych rozgrywanych w Płocku, słucham w Radio Kielce – powiedział i ucieszył się, że od nowego sezonu wszystkie mecze będą relacjonowane na antenie radiomixx. pl.
Maciek przyznał się też, że nigdy nie był na stadionie na meczu piłki nożnej. – Nie mam kolegów, którzy interesowaliby się rozgrywkami. A pójść tylko po to, żeby posłuchać kibiców, to za mało. Chciałbym więcej informacji – twierdzi. Obiecałam Maćkowi, że zabiorę go na mecz piłki nożnej i zapewnię informacje z pierwszej ręki. Umówiliśmy się wstępnie na mecz z Jagiellonią Białystok.
Nie tylko meczów piłki nożnej Maciek nie oglądał na żywo. Nie chodzi także na koncerty. Jak twierdzi, sam nie pójdzie, za duży tłum i nie słyszy ludzi wokół siebie, a wtedy nie czuje się komfortowo.
Uwielbia rower, narty, rolki
Maciek jest niewidomy, ale dzięki rodzicom nie czuje się niepełnosprawny. Nie pilnowali go przesadnie, pozwalali na sporo samodzielności. Wymagali wielu takich rzeczy, które niby są zarezerwowane tylko dla tych całkiem sprawnych.
Na przeszkodzie zawsze stał fakt, że takich jak on, niewidomych, w Płocku jest niewielu. Nie ma żadnego rówieśnika, jest kilka starszych od niego dziewcząt i kilku młodszych chłopców. Z konieczności wszelkie wspólne uprawianie sportu spadło na barki taty.
– Jestem wdzięczny rodzicom, że pozwalają mi na sporą samodzielność i godzą się na moje różne pomysły. Jeżdżę na rowerze, na tandemie oczywiście, z przewodnikiem z przodu, ale to wystarczy, by się cieszyć z jazdy. Tata nauczył mnie jeździć na nartach. Co prawda rzadko sam, bo taka radość jest możliwa tylko na pustym stoku, przy pewności, że nikt tam nie wjedzie, ale i tam mam ogromną frajdę. Normalnie jedziemy tak, że tata zjeżdża tyłem i patrzy jak ja jadę. Razem też biegamy, trzymając się za rękę. Znajomi nauczyli mnie jeździć na rolkach. Staram się być samodzielny i „normalny”, ale bywa, że niektórzy boją się, żeby mi się nie stała krzywda, kiedy jestem z nimi – mówi.
I dodaje, żeby koledzy się nie bali, że on wcale nie jest taki „trudny w obsłudze”. – Nie mam zbyt wielkich potrzeb, nie trzeba się mną opiekować. Poza tym, że nie widzę, nie ma ze mną żadnych innych problemów – twierdzi.
Maciek zostaje żeglarzem
Nigdy nawet nie marzył, że może zostać żeglarzem. W 2009 roku razem z tatą był w Warszawie na targach elektronicznych. Tam poznał Romana Roczenia, pracownika jednej z firm, jak się później okazało, wiceprezesa Fundacji „Zobaczyć morze”.
Fundacja organizuje rejsy dla osób niewidomych od 2006 roku. – Kiedy się spotkaliśmy z Romanem, miałem 8 lat, wtedy nie było takiej możliwości, żebym popłynął. Szybko zapomniałem o tym spotkaniu, ale mój tata pamiętał. W marcu 2017 roku rodzice przypomnieli mi, że jest taka szansa, że mogę wziąć udział w rejsie. Akurat planowana była przygoda w Chorwacji. Choć nie wierzyłem, że mogę się dostać do ekipy, to spróbowałem i wysłałem zgłoszenie. Jestem nieletni, ale tata wcześniej żeglował. Organizatorzy potrzebowali widzących opiekunów, więc się zakwalifikowaliśmy i popłynęliśmy – opowiada.
Wcześniej uczestnicy rejsów żeglowali na Zawiszy Czarnym. Jednocześnie płynęło 40 do 50 osób, w tym większość niewidomych. Ponieważ chętnych było coraz więcej, w Fundacji doszli do wniosku, że lepiej żeglować na kilku małych jachtach. W Chorwacji było to 7 jednostek, na każdej pływało między wyspami 11 osób.
– Najbardziej podobało mi się to, że byliśmy traktowani zupełnie normalnie. Przed rejsem byłem bardzo sceptyczny, czy będę w stanie sobie poradzić, ale na pokładzie okazało się, że nie ma problemu. Wcześniej kapitan wszystko nam opowiedział i pokazał. Każdy z nas miał swoje obowiązki, nawet mogliśmy posterować, trzymaliśmy liny, pracowaliśmy też w kuchni. Mnie przypadło, jak zwykle, mycie naczyń. Schodziliśmy też na ląd, robiliśmy zakupy, uzupełnialiśmy zapasy. A co najważniejsze, poznałem wspaniałych ludzi, z którymi do dziś się przyjaźnię – wspomina.
Oczywiście, Maciek połknął bakcyla i jak tylko trafiła się możliwość żeglowania w czerwcu po Zalewie Solińskim, już bez taty, to zgodził się bez wahania. Od 17 do 23 września czeka Maćka trzeci rejs, tym razem po Bałtyku, żaglowcem Kapitan Borchardt.
– Na pierwszy rejs jechałem zestresowany, wróciłem wypoczęty. Na drugim nauczyłem się, że nie zawsze wszystko jest takie jak lubię – bywam przewrażliwiony na swoim punkcie, a i tak można cudownie żyć. Teraz czekam, jak to będzie na Bałtyku. Na Adriatyku było bardzo spokojnie, bez fal i wiatru. Zastanawiam się, jak sobie poradzę z przystosowaniem się do nowej sytuacji i nowych obowiązków. Wstyd się przyznać, ale w domu często brakuje mi motywacji do robienia porządków, wiem że i tak ktoś za mnie to zrobi. Na łodzi mam obowiązki i koniec, trzeba je wykonać – tłumaczy.
Zapewnia też, że oczekuje nowych doznań. – Miałem niewielki niedosyt po żeglowaniu w Chorwacji, bo było zbyt spokojnie, nie było bujania. Na Solinie już mocniej czułem, że jestem na jachcie, od Bałtyku oczekiwać będę jeszcze więcej. Nigdy nie widziałem kolorów, więc na słowo wierzę, że morze jest niebieskie, czuję, że wieje wiatr. Na razie bardziej mam takie skojarzenie, że jestem na jeziorze ze słoną wodą.
Najwięcej czasu, poza domem oczywiście, spędza z tatą. Twierdzi, że świetnie się dogadują, także dlatego, że nie są tak szczelnie połączeni. – Tata wie, na co mnie stać i pozwala mi na sporo samodzielności, której się domagam. Mam 17 lat, coraz więcej przyjaciół, z którymi lubię spędzać czas i na szczęście mogę to robić, nikt mnie nie ogranicza.
Fundacja
„Zobaczyć morze”
Głównym celem Fundacji jest trwający od 2006 roku żeglarski projekt „Zobaczyć Morze”, który dał jej nazwę, wyklarował decyzję o jej powstaniu i pozwolił zebrać wokół projektu wspaniałą grupę wyjątkowych ludzi.
Najważniejszym celem Fundacji jest przeniesienie doświadczeń zdobywanych na morzu na zwykłe, lądowe życie. I dotyczy to wszystkich. Widzących i niewidomych. Ludzi z dowolną niepełnosprawnością, jak i tak zwanych zdrowych. Morze uczy mądrego równouprawnienia, uczy, że warto zrobić krok więcej, niż wydaje się, że można zrobić, uczy, że często sędzia i nagradzany to ten sam człowiek.
„Chcemy pokazywać to wszystkim. Ograniczenie jest tylko jedno. Każdy z uczestników naszych projektów musi, bezwzględnie i niedyskutowalnie musi chcieć” – czytamy na stronie Fundacji.
Zainteresowanych informujemy, że zwykle pod koniec roku kalendarzowego ukazuje się informacja z terminami rejsów na rok następny, zasady organizacji i naboru uczestników. Wszelkie potrzebne dane można znaleźć na stronie zobaczycmorze. pl lub wysłać zapytanie na adres fundacja@zobaczycmorze.pl czy zadzwonić pod nr +48 601 32 36 30.
Siedzibą Fundacji jest Gdynia. Jola Marciniak
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze