Reklama

Nie zapomnisz o letniej przygodzie

13/07/2005 15:31
Dla większości uczestników I Mazowieckiego Spływu Kajakowego Wodami Skrwy Prawej rzeka była jedną wielką niewiadomą. Owszem, zdawali sobie sprawę, że jest przyrodniczym ewenementem na nizinach mazowieckich, bo ma charakter górski, ale kto był w stanie przewidzieć, że Skrwa okaże się tak pełna niespodzianek? Zwaliska drzew i gałęzi, mielizny, ukryte w głębinach kamienie, nieoczekiwane meandry i mnóstwo innych pułapek. A mimo to dzielnie walczyliśmy o przepłynięcie kolejnego kilometra nieprzewidywalnej rzeki. Redakcję „Tygodnika Płockiego”, organizatora imprezy wspólnie z gminą Brudzeń i Ośrodkiem Jeździeckim w Cierszewie, reprezentowała silna grupa pod wezwaniem redaktora naczelnego Tomasza Szatkowskiego, Już na pierwszym odcinku spływu – od Janoszyc do mostu w Parzeniu wszyscy kajakowicze przeszli chrzest bojowy. Odcinek był wyjątkowo trudny, ze względu na leżące w wodzie drzewa i gałęzie. Rządząca się surowymi prawami natura jakby była niezadowolona z tego, że ktoś ośmiela się naruszać jej spokój. Było dziko i niebezpiecznie. Pechowcom topiły się kajaki.
Gdzieś na 2 kilometrze rzeki, w Parzeniu-Janówku, pojawiła się pierwsza poważna przeszkoda, której mimo wysiłków i najszczerszych chęci nie można było pokonać kajakiem: rodzaj kamienistego progu, po którym spływała wzburzona i spieniona woda. Eugeniusz Adamski z Urzędu Gminy w Brudzeniu, uczestnik spływu, widział, jak w tym miejscu, przy bardzo silnym prądzie wodnym, jeden z kajaków się złamał, inny został poważnie uszkodzony, jeszcze inny nabrał wody. Nie było rady: wszyscy wysiadaliśmy i przenosiliśmy kajaki z pomocą pracowników Urzędu Gminy w Brudzeniu i wójta Henryka Kisielewskiego. Po 4 km walki z górskim żywiołem z ulgą witaliśmy most w Parzeniu, na którym z kolei witali nas mieszkańcy tej pięknej miejscowości.
Po pokonaniu mostu w Parzeniu sytuacja na Skrwie uspokoiła się. Ale do czasu – przed Sikorzem kajakarze znów natrafili na zwałowisko różnorakiego drewna, pozostałości po lutowym wezbraniu meandrującej rzeki. Sprytni pokonali tę przeszkodę z lewej strony pozostali musieli jednak kajaki przenieść.
W okolicach Sikorza (już gdzieś na 10 kilometrze trasy) rozpoczął się kolejny tor przeszkód na rzece. Zainicjowało go niezbędne i ogólne przenoszenie kajaków w miejscu, gdzie kiedyś stał młyn. Pozostałością po nim jest grobla, której nijak nie da się przepłynąć. Można za to zobaczyć ruiny zapory i tzw. młynarzówkę.
Na 18 kilometrze Skrwy ponownie zostaliśmy zmuszeni do trudnej przeprawy. Przy młynie w Radotkach odbyła się próba sił z żywiołem górskiej rzeki. Trzeba było przeciągnąć kajak przez dwa wodne progi, po kamienistym dnie. Co sprytniejszym udawało się przepłynąć z lewej strony, aczkolwiek ryzykantów nie znalazło się wielu.
Po drodze nikt nie liczył głazów w wodzie, ani zapór drzewnych. Niektóre to wynik pracy bobrów (okolica jest wszak ekologiczna), inne zimowej powodzi. Przepłynięcie pod nimi często graniczyło z cudem i groziło... utratą głowy. Na szczęście wszystkie głowy zostały na swoim miejscu, za to we włosach zamiast kwiatów kajakarki dowiozły do Cierszewa kawałki kory drzewnej i strzępy mchów.
Po opisanych perypetiach z ulgą i w kajaku udało się pokonać groblę w Lasotkach (pozostałość po młynie, są jeszcze betonowe przyczółki z obu stron), przypominające mini wodospad. Dalej były już tylko spokojne, szerokie wody rzeki, dość leniwie sunącej w kierunku Wisły. Na odcinku do Cierszewa wreszcie można było uspokoić skołatane serce i pomedytować nad pięknem natury. Ale, ku naszemu zaskoczeniu, nie wszystkim ten błogi spokój odpowiadał! Padały opinie, że ostatni odcinek jest najnudniejszy...
Z satysfakcją w 7 do 8 godzin pokonaliśmy 26 km miejscami rwącej, górskiej, pełnej kaskad i grobli rzeki Skrwy. Nasz fotoreporter Dariusz Ossowski, który wraz z ratownikiem wypłynął w pierwszym kajaku spływu, pioniersko przecierał szlak swoim następcom. Dwukrotnie przyszło mu stać w wodzie pośrodku głębokiej rzeki i pomagać przy przepychaniu kajaków pod przeszkodami. Redaktor naczelny Tygodnika Płockiego siłą rozpędu tyłem wpłynął do około 100-metrowego korytarza otoczonego zewsząd zatopionymi drzewami. Razem z córką Kają pokonał go dzielnie, a na końcu zgubił w rzece swoje przeciwsłoneczne okulary. Znak, że jeszcze tam wróci.
W obliczu kłopotów można było liczyć na solidarną pomoc innych uczestników spływu, przygody kwitowano śmiechem. To nic, że wielu się skąpało i wielu musiało wylewać wodę z kajaków. Na medal spisali się ratownicy WOPR.
Mazowiecką Skrwę odkryli warszawscy Skamandryci: Tuwim z Wierzyńskim. Przyjeżdżali do zaprzyjaźnionego majątku w Sikorzu. I kto wie, można zaryzykować stwierdzenie, że Julian Tuwim, spacerując nad malowniczą rzeką, tu właśnie układał wiersz o sitowiu, w którym pachniała też wonna mięta. Dziś, ani sitowia, ani mięty. Brzegi są niedostępne, porosły drzewami, ale szkoda, że liczne w Płocku plenery malarskie i literackie omijają tę rzekę. Naprawdę czeka ponownie na swój powrót do literatury i malarstwa. Gdyby dziennikarki Tygodnika Płockiego musiały trochę mniej machać wiosłami i nawet kąpać się w mętnej wodzie, zamiast prozy powstałby wiersz o urokliwych konarach. Wyglądały tak pięknie, lecz z trudem dawały się sforsować.
Malownicza Skrwa w okolicach Sikorza trafiła również do filmu. To właśnie tutaj kręcili zdjęcia autorzy międzywojennej adaptacji słynnego „Znachora”. Szkoda, że po młynie ani śladu.
– Skrwa to nie dewizowa Krutynia, po której płyniesz latem z opalającą się dziewczyną. Tu nie wystarczą jedynie okulary przeciwsłoneczne – żartowali doświadczeni wodniacy. Radzą, by bagaż, który zabieramy na wyprawę kajakową szczelnie owinąć w nieprzemakalną folię. Włożyć tam dodatkowe spodnie i bluzę, kanapki oraz wodę. Mapka rzecz jasna też nie może się rozpuścić w wodzie, o czym przekonało się wielu spływowiczów. Najlepiej, jeśli przynajmniej jedna osoba w kajaku jest już „opływana”. Pamiętajmy też, że każde bąbelki na spokojnej wodzie mogą sygnalizować konary czy kamienie, niekoniecznie łagodne trawy.
Wiele się działo na naszej wyprawie Skrwą, ale finał był pomyślny. Siniaki szybko się goją. Pozostanie wspomnienie o emocjonującej przygodzie. Mamy ich jeszcze trochę dla czytelników Tygodnika Płockiego.

Elżbieta Grzybowska,
(lesz)
Fot. D. Ossowski
(masz)
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości