Reklama

Nie tylko o teatrze

05/02/2014 08:26
List to nie będzie zwyczajny. Proszę zwrócić uwagę – pisany 11.12.2013. Następna taka data za dziewięćdziesiąt lat.
W czasach głęboko komunistycznych, bo wtedy chodziłem do szkoły teatralnej, minister kultury, niejaki, nomen omen, Motyka powiedział do wielkiej aktorki będącej już w poważnym wieku, ale ciągle twórczo aktywnej, że starzy aktorzy nie są potrzebni, bo mamy, wicie, znakomite materiały do charakteryzacji. Historia zatoczyła wielkie koło, a najbardziej rozmnożyły się, jak Pani myśli, no co? Motyki. Aż wstyd ubliżać tym porównaniem szlachetnemu, choć archaicznemu narzędziu.
Pani Leno, nie mogę udzielić Pani wywiadu, bo ja nie mam nic do powiedzenia. Na niczym się nie znam, a najmniej na teatralnym zawodzie. Czasami tylko przypadkiem wywoływałem jakieś incydenty, zajścia nie zawsze świadomie. Na przykład w Karierze Artura Ui, tym przedstawieniu z Łomnickim i innymi wspaniałymi gwiazdami, grałem lekarza. Przygotowywałem truciznę. Widownia to obserwowała, a ja miałem tę zabójczą miksturę wlać do ust skazańca (Tadeusz Fijewski). Scena trwałą dłuższą chwilę. Na sali napięcie, cisza. Kiedy gwałtownie przechylałem do tyłu głowę siedzącemu panu Tadeuszowi, rozległ się straszny krzyk, właściwie wrzask siedzącej w drugim rzędzie pani: „morderca” Dyrektor Axer powiedział później, że to była Czajka Stachowicz. To była chyba pierwsza moja recenzja. Zetknąłem się z pisarstwem tej autorki jakoś przypadkowo. Zapamiętałem nazwisko, głównie z powodu tego ptaka. W ogóle dużo czytałem i, ciekawe, jakoś był na to czas, a zajęć szkolnych nie mieliśmy mniej niż obecni licealiści. Mnóstwo lektur, w moim wypadku jeszcze obowiązkowe dwa języki obce, też na maturze. A jednak był czas i na ganianie za piłką, i zabawę w teatr.
Polonistka wystawiała sztukę o Koperniku. Tytułu ani autora nie pamiętam. Przecież to było ponad sześćdziesiąt lat temu. Grałem czarny charakter, jakiegoś zakonnika. Po przedstawieniu dowiedziałem się, że byłem bardzo przekonujący i prawdziwy. Usłyszałem także, że powinienem iść do szkoły teatralnej. W domu była bieda. Pewnie większą niż teraz nazywa się niedostatkiem. Byliśmy ciągle jeszcze zahartowani przez okupację. Zacząłem myśleć, jak choć odrobinę odciążyć finansowo rodziców.

Warszawski debiut

Z pomocą Andrzeja Burzyńskiego – kuzyna pani Zimińskiej, dziś znakomitego malarza mieszkającego w Paryżu (nie szukać w Wikipedii, raczej w knajpach Montmartru) zacząłem statystować w Teatrze Polskim. Pierwsze przedstawienie to Lorenzaccio w reżyserii pana Edmunda Wiercińskiego i scenografii genialnej Teresy Roszkowskiej. Pani Teresa – znakomity temat, ale na zupełnie już inną opowieść. A kogoż ja tam oglądałem – z gębulą otwartą z zachwytu: Elżbietę Barszczewską, której duże zdjęcie w zakładzie Franciszka Myszkowskiego przy Nowym Świecie kosztowało moje dzienne honorarium, ale głód zakochanemu bałwanowi nie straszny! Kogo tam jeszcze mogłem podziwiać: Władysława Hańczę, Czesława Wołłejkę, Jana Kreczmara, Wojciecha Brydzińskiego i wiele innych znakomitości. Drobne epizody grali późniejsi dyrektorzy i reżyserzy: August Kowalczyk, Zbigniew Bogdański, Adam Hanuszkiewicz, Mariusz Dmochowski. Było się komu i czemu przyglądać i chyba też trochę uczyć. Brałem jeszcze udział w Maskaradzie Lermontowa i w Dziadach, w którym to przedstawieniu debiutował Ignacy Gogolewski. I to jak! Mój Boże… Spotkaliśmy się pół wieku później w Narodowym w Na czworakach. W scenie odznaczania mieliśmy brawa. Pamiętam jak powiedział, że to były brawa dla mnie – za to czołganie się na wznak z orderem w rękach. Nie będę taił, że łatwo dałem się przekonać (a dlaczego to nie miałbym opowiadać o sukcesach?). Pewna Żmudzinka Maria Surwiłło zwykła mawiać „Jak się sam nie pochwalisz chodzisz jak opluty”. Wyżej wspomniana jest jednostką bardzo interesującą. Takie osoby nazywa się z życzliwą pobłażliwością i w pozytywnym znaczeniu – oryginałami.

Twarz Zelwerowicza

Miałem i chyba mam szczęście spotykać ludzi ciekawych. Miało to również wpływ na moje życie. Otóż zbliżała się matura. Poszedłem do poradni w PWST. Nie spodobałem się dwu czy nawet trzem osobom. I to z jakiego powodu?! „Za młody, jeszcze dziecko. Nie, nie, nie”. Miałem pretensję do siebie za ten szczenięcy wygląd i niedorosłość. Jeszcze po kilku latach pod koniec nauki w PWST, kiedy zaangażowano mnie do jednej z głównych ról – osiemnastolatka w zamku w Szwecji, charakteryzatorki postarzały mnie. Ale wracajmy do poradni. Kiedy więc siedzący naprzeciwko pan Zelwerowicz zapytał: „A czy masz chłopcze maturę?”, odpowiedziałem, a właściwie zełgałem, że za rok. „Przyjdź za rok koniecznie”. A w stronę części komisji, jakby ją strofując, dodał: „Będą z niego ludzie”. Po wielu latach, siedząc naprzeciw autoportretu starego Rembrandta w londyńskiej National Gallery, zobaczyłem starość namalowaną tylko w oczach. Przypomniała mi się twarz pana Zelwerowicza: te oczy zielono-żółte, galaretowate, patrzące jakby zza światów i wzrok przenikający na wylot i widzący. Co? Może przyszłość. Późniejszy patron szkoły dawno umarł, ale mogę powiedzieć, że rozmawiałem z samym „Zelwerem”.
Po maturze zatrudniłem się przy światowym festiwalu młodzieży. Pracowaliśmy razem z przyjacielem Wojtkiem Leszczycem i tu wreszcie dochodzę do Płocka, chociaż już wcześniej była mowa o pociotku pani Miry. Wojtek urodził się w Płocku. Jego ojciec Tadeusz był reżyserem. Ze Lwowa rzuciło go aż na skarpę. Tu w dwudziestoleciu międzywojennym wystawiał m.in. Witkacego. Po roku 1945 zajmował się sprawami kultury w magistracie, a pani Maria (jego żona), robiła pierwsze przedstawienia, składanki poetyckie w kinoteatrze Przedwiośnie. Pan Tadeusz został w Płocku już in secula seculorum, a pani Maria z Wojtkiem wyjechali do Warszawy. Ich mieszkanie, Marszałkowska 16, to był prawdziwy dom otwarty. Ciekawszy niż ten upamiętniony przez Bałuckiego. Jacyż ludzie tam bywali! Na przykład dwaj późniejsi rektorzy SGPiS, późniejszy rektor filmówki, studenci tejże, bo i Wojtek był studentem… Miałem tam życzliwą ksywę „Demokrata”, a to z powodu nieprzejednanego stosunku do Sowietów. Trudno, abym miał inne zdanie, chociażby przez doświadczenia ojca, który służył w KOP-ie w Wołożynie koło Oszmiany na ówczesnej sowieckiej granicy. Już wówczas dla mnie data 17 września 1939 nie była tajemnicą, chociaż jest nią do dziś dla wielu Polaków.
A przy okazji, jak TVP realizuje swoją misję edukacyjną? Czy w ogóle coś robi w tej dziedzinie? I tak najlepsze są kabarety i już! Między innymi słynne „noce płockie”! Nie wiem, czy akurat z tych nocek gród na Tumach powinien być dumny. Wiem natomiast, co o tych produkcjach myślą wybitni znawcy przedmiotu, na przykład Młynarski, Pietrzak, Wolski. Dlaczego wymieniam tych? Bo to są moi znajomi. Z pierwszym z nich byliśmy, może zabawne, w wojsku – piechota zmechanizowana w Wałczu. Z następnymi dwoma pracowałem w radiu. Ale wracając do ad remu, jak mawiała jedna artystka w Krakowie – nie wiem, czy to słowo znajduje się w Wikipedii, ale zamiast niego można stosować wymiennie revenons á nos moutons… Tu przyznam się, iż jestem tak próżny, że aby zaimponować tu i ówdzie, nauczyłem się pojedynczych słów lub nawet całych zwrotów powiedzeń przysłów w kilkunastu językach. Czasami zdarzają się pomyłki. Twierdzę, że jakieś słowo jest portugalskie, a potem okazuje się, że szwedzkie albo węgierskie. Trzeba się tłumaczyć, a należało być zwyczajnie ostrożniejszym, mamy coraz lepiej wykształcone społeczeństwo, również lingwistycznie. W każdym bowiem powiecie są przecież uniwersytety, w niektórych po kilka. Zasób wiedzy absolwentów tych uczelni jest natomiast coraz bardziej nikczemny – to określenie nie moje, to Makuszyński. Parę lat temu świętej pamięci Krystyna Michel, świetna aktorka słysząc wyznania młodego kolegi: „Kiedy byłem studentem”, powiedziała do mnie, a właściwie do zebranych: „Czy myśmy, Henryku, byli studentami? Myśmy chodzili do szkoły, teatralnej”.

W Płocku

Płock poznałem dzięki Marii Leszczycowej. Była to osoba o ruchliwym usposobieniu. Gnało ją zwyczajnie z miejsca na miejsce, w miejsca młodości, również do Płocka, bo tu spędziła lata pierwszej dojrzałości. Jakakolwiek młodość by była, na starość wspomina się ją z rozrzewnieniem. Tu miała przyjaciół, których musiała odwiedzać. Musiała! Twierdziła bowiem, że w świętej księdze jest przykazanie: przyjaciół i potrzebujących nawiedzać. Poznałem więc Danusię i Bernarda Skoniecznych mieszkających przy Kolegialnej. Teraz zapalam im czasami lampkę przy Alejach Kobylińskiego. Ze spotkania z biskupem Feldmanem pamiętam tylko fascynującą, filozoficzną dysputę w przepięknych wówczas ogrodach mariawickich. W wilii jej przyjaciół przy Kredytowej (nie pamiętam ani adresu, ani nazwiska) spotkaliśmy lekarza przypadkiem odwiedzającego gospodarzy. Przyjechał zdaje się z Płońska. Emocjonująca to była rozmowa o nieznanym wówczas pojęciu chorób cywilizacyjnych, a także o okupacji na Wileńszczyźnie, działalności tamtejszej Armii Krajowej. O tym nie mówiło się wówczas, to były tematy tabu. Po wielu latach spotkałem doktora, to był pan Tadeusz Garlej, znakomity humanista, zasłużony bardzo w walkach o czystą wodę i powietrze dla Płocka i okolic.
W połowie lat osiemdziesiątych zaproponowano mi program estradowy dla starszych klas szkół podstawowych: Jak mówić wiersze. Tytuł może niezbyt chwytliwy czy atrakcyjny, ale sprawdził się. Po zaliczeniu stolicy i przedmieść impresario załatwił objazd Płocka i okolic. Dość istotnym punktem programu były recytatorskie popisy dzieci odwiedzanej szkoły. Nie zostało to ustalone z ciałem pedagogicznym. Otóż przeżyliśmy prawdziwy szok o pozytywnym wydźwięku. W szkole w Słupnie, w trudnych warunkach lokalowych, w dawnym dworze dzieci zasypały nas propozycjami i jakim repertuarem! Z takim bogactwem oświatowym nie spotkaliśmy się w Warszawie i okolicach. Do dziś a kończy się 2013, widuję się z wieloletnim, ówczesnym kierownikiem szkoły, dziś na emeryturze, panem Jaworskim. Gwoli prawdy i dla pełności obrazu trzeba dodać – świetnym pedagogiem i równie znakomitym wytwórcą nalewek i garmażerki. To też postać z obrazu pod tytułem Płock.
Zanotowała Lena Szatkowska
Fot. Marek Konarski

Fragment książki „Zza kulis i z widowni“, która ukaże się nakładem Książnicy Płockiej
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości