- Ta podróż do Polski nauczyła mnie, że na pierwszym miejscu muszą być ludzkie stosunki, a potem wszystko materialne. Bo kiedy przyjeżdżasz absolutnie bez niczego, wtedy się sprawdza miłosierdzie, współczucie, solidarność. Polacy nas ubrali, dali jedzenie i schronienie – podkreśla Wiktoria Zubarewa. Po rosyjskiej agresji na Ukrainę opuściła Żytomierz. Razem z siostrą Natalią i siostrzenicą Anitą zamieszkały w Płocku.
Wiktoria była nauczycielką. W Żytomierzu, gdzie mieszka największa ukraińska Polonia, uczyła matematyki i języka polskiego. Przy Żytomierskim Obwodowym Związku Polaków założyła Polski Dziecięcy Teatr Lalek „ModernPol”, który, gdyby nie wojna, obchodziłby swoje dziesięciolecie. - Woziłam dzieci i rodziców na wymiany, żeby ta polskość nie była tylko w klasie. Ludzie tu żyją, mają dokumenty polskie, ale tej polskości nie doznali. Dzięki Polsce miałam podręczniki, urządziłam bibliotekę. Z Polski przywoziłam nie kiełbasę, ale książki. Dla mnie język polski to język święty. Pamiętam o swojej prababci Annie Zając, która mnie uczyła pisać po polsku. Jeżeli spadnie bomba, moja biblioteka pójdzie z dymem. A ja to zbierałam przez 15 lat.
Kobiety uciekają przed wojną
Tego poranka Wiktoria nie zapomni: - 24 lutego mnie i mamę obudziły wybuchy. Do tej pory brzmią w moich uszach. W piżamie podbiegłam do okna. Inni ludzie z różnych mieszkań też. Wszyscy stali przy otwartych oknach. Mama przeczytała, że zbombardowali lotnisko wojskowe Ozerne pod Żytomierzem. Niedługo potem zadzwoniła wicedyrektor mojej szkoły, że wszystkie zajęcia odwołane. Każdy musi sam zadbać o bezpieczeństwo. Mieć zapas jedzenia, a na wypadek ostrzału rakietowego poszukać schronu. Moi uczniowie pisali do mnie SMS-y: „niech pani ucieka na wieś”. Ale my tam nikogo nie mamy. Później dowiedziałam się, że tego dnia na lotnisku zabito ojca mojej uczennicy.
Parę minut po ataku na straż graniczną ogłoszono stan wojenny i powszechną mobilizację. Mężczyźni 18-40 lat zostają. Kobiety i dzieci mogą się ratować. Mama postanowiła – „bierz siostrę, Anitkę i uciekajcie do Polski”. A ja myślę: jakżeż to? Mam szkołę jedną, drugą, trzecią, zespół. Co zabrać? Wzięłam walizkę dokumentów, nawet stare papiery ojca, bo jeśli spłoną, nie odnowię ich – mówi Wiktoria.
Mama i dziadkowie odprowadzili dziewczyny na Plac Zwycięstwa. Szare niebo, smutne ptaki, w powietrzu wielki żal. Płakali ci, co odjeżdżali, i ci, co zostawali. Podstawiono trzy autobusy. Kierowca, z którym Wiktoria wcześniej jeździła do Polski na wymiany i konkursy, poinformował, że więcej transportu nie będzie. - Z dokumentami i jedzeniem wsiadłyśmy do środka. Dali nam informację, że trzy doby trzeba stać na granicy. W autobusie cisza. Telefony musieliśmy wyłączyć, żeby nas nie namierzyli. Kiedy dojechaliśmy do granicy, przyszedł pan i powiedział, że wszyscy mężczyźni powinni pozostać, niepełnosprawni też. Wtedy zaczął się lament... To była najdłuższa droga mojego życia – opowiada Wiktoria.
Jej siostra, Natalia (młodsza o rok i siedem miesięcy), dodaje: - Jechaliśmy na ślepo. Byle usiąść, uciec od wojny do Polski. W Warszawie odebrał nas Albert Dyna z Fundacji Przystanek Rodzina i przywiózł do Płocka.
Zamieszkały najpierw w Domu Darmstadt, potem we „Wcześniaku”. (...)
Lena Szatkowska
Fot. Waldemar Lawendowski / Archiwum
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze