Reklama

Najpierw tratwą, teraz pontonem

29/09/2005 10:45
Po trzydziestu pięciu latach Stanisław Dudek, postanowił powtórzyć swoją przygodę z młodości i ponownie przepłynąć Wisłę. Poprzednio w samotny rejs wybrał się na własnoręcznie zbudowanej tratwie. Wystarczyło czterdzieści pięć dni. Tym razem postanowił pokonać Wisłę pontonem. Ma nadzieję, że uda się tego dokonać w krótszym czasie.
Pomysł na kilkudziesięciodniową wyprawę zrodził się zupełnie niedawno, bo kilka miesięcy temu. Na podjęcie ostatecznej decyzji i spakowanie niezbędnego ekwipunku wystarczyło kilka dni. – Przyznaję, że chciałem sprawdzić samego siebie i ponownie przeżyć wspaniałą przygodę. Zobaczyć miejsca, które miałem okazję widzieć kilkadziesiąt lat temu i zmierzyć się raz jeszcze z wodnym żywiołem. Póki co, mam za sobą sześćset sześćdziesiąt kilometrów i nadal chcę płynąć dalej. Czyli nie jest źle – powiedział Stanisław Dudek, z miejscowości Czaniec, położonej czterdzieści kilometrów od ujścia Wisły, kiedy rozmawialiśmy z nim podczas krótkiego postoju na przystani w Borowiczkach.
Z rodzinnego Czańca wypłynął pierwszego września. Cała trasa liczy tysiąc piętnaście kilometrów. Do mety pozostało jeszcze czterysta kilometrów. Średnio dziennie udaje się przepłynąć około trzydziestu – czterdziestu kilometrów. – Wszystko zależy od pogody, wiatrów. Ponton jest bardzo podatny na wiatr. Wystarczy, że troszeczkę dmuchnie i już go cofa. Tu na szczęście woda jest spokojniejsza i płynie się lżej. Pierwsze kilometry Wisły wymagały jednak sporego wysiłku. Trzeba było walczyć z silniejszymi wiatrami i bardziej wartkim nurtem. Ręce miałem tak zmęczone, że nie byłem w stanie unieść ich z wiosłem powyżej ramion – mówił Stanisław Dudek.

Najtrudniejsze chwile były na odcinku Oświęcim – Kraków, gdzie pobudowanych jest sześć zapór. – Momentami było naprawdę kryzysowo. Tylko odpuściłem na trochę, to zaraz cofało ponton. Tam bardziej ponton nadawał się do tego, żeby zrobić z niego latawiec, a nie płynąć. Ale za to ponton jest świetny na wiry, bo po wierzchu przeleci się po głębiznach, zakolach. Na wiatry jest fatalny. Trzeba mieć niesamowite wyczucie, aby płynąć z nurtem. Teraz mam przed sobą równie trudny odcinek do Włocławka, gdzie też jest spore spiętrzenie wody, ale trzeba będzie jakoś je pokonać – powiedział Stanisław Dudek.
Ważne jest, aby wiedzieć jak woda niesie, umieć poradzić sobie z nurtem, mielizną, chować się przed wiatrem za brzegiem. Żeglarz ma nadzieję, że na pozostałych kilometrach będzie już spokojniej. Tu Wisła jest rozlana, mniej dzika. Nie ukrywa, że pontonem płynie się inaczej, jest bardziej sterowny. Ale za to tratwa była wygodniejsza. – To jest kilkadziesiąt dni samotnika. Walki z samym sobą, naturą, czas na rozmyślania. Kiedyś, gdy płynąłem do Gdańska na końcu wyprawy myślałem, co ja teraz będę robił. Teraz znowu mam cel. Każdego dnia trzeba pokonać kilkadziesiąt kilometrów, coś się dzieje, trzeba się zmobilizować – mówił Stanisław Dudek.
Przez miesiąc ponton jest jego domem. Chociaż wieczorami i rano jest trochę zimno, to można wytrzymać. A wrażenia? – Nie da się ich opowiedzieć, to trzeba po prostu samemu przeżyć. A naprawdę warto – mówił na zakończenie rozmowy z Tygodnikiem Płockim.
Powrotną drogę do Czańca pokona pociągiem, z pontonem już w plecaku.
Tekst i fot. rad

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości