Wśród biegów terenowych, najtrudniejszym, najbardziej wyczerpującym, tylko dla najlepszych, jest Bieg Katorżnika. W XII, XIII i XIV edycji biegu, najlepszym był płocczanin Przemysław Głoskowski. Najszybciej z ponad 1450 zawodników pokonał trasę 12 km. Potrzebował 2 godz 03 min i 07 sek, by w błocie, wodzie, na bagnach, w rowach, w smrodzie i stęchliźnie, atakowany przez pijawki i inne robactwo pokonać wszystkich rywali.
Dla strażaka z Płocka, XV Bieg Katorżnika był zupełnie inny niż te wszystkie wcześniejsze. - Trasa w tym roku była wyjątkowo wymagająca. Nie wiem jakim cudem organizatorzy to zrobili, że w niektórych miejscach bagno nie miało gruntu, a jeśli był, to bardzo niestabilny. Ja biegłem w ostatniej grupie, wszystko już było dokładnie przemieszane. Od początku wiedziałem, że muszę być na czele stawki, na pierwszym lub drugim miejscu, aż do trzeciego kilometra trasy i tak było. Potem zdecydowałem się odłączyć od grupy, poszedłem do przodu, wykorzystywałem miejsca między rowami melioracyjnymi a jeziorem, gdzie mogłem wypracować przewagę i to się udało.
Problemem też byli wolniejsi zawodnicy z grup, które wystartowały wcześniej. - Nie ma takiej możliwości, żeby wszyscy, niemal 1500 osób wystartowało w jednej grupie. Organizatorzy puszczali grupy 200-osobowe co godzinę, trzeba było sobie radzić z tymi, którzy potrzebowali więcej czasu na pokonanie trasy. Korzystałem z doświadczenia, po prostu widząc rywala 20 m przede mną krzyczałem, żeby zeszli na lewą stronę, bo ja biegnę na czas. Wyprzedzałem zawodników którzy startowali o godz. 13 i 14, ja dopiero na trasę wybiegłem o godz. 15.00 – zdradza szczegóły swojej taktyki.
Jol.
Archiwum P. Głoskowskiego
Cały artykuł w papierowym wydaniu 20 sierpnia
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze