Z Rafałem Wereszczaką, prezesem MLUKS Nadwiślanin Płock, rozmawia Jola Marciniak.
– W pierwszym sezonie w I lidze tenisa stołowego kobiet zespołu Nadwiślanina Płock zrealizował się najczarniejszy z możliwych scenariuszy. Płocka drużyna z dorobkiem zaledwie dwóch punktów zajęła ostatnie miejsce w grupie północnej i bezpośrednio spadła do II ligi. Warto było, panie prezesie?
– Warto, bo wciąż bardzo młode zawodniczki Nadwiślanina podniosły jakość swej gry, a to było głównym celem. Natomiast rozpatrując osiągnięty wynik, a raczej jego brak, trzeba wziąć pod uwagę, z kim dziewczęta musiały rywalizować. Grupa północna I ligi kobiet uważana jest za znacznie mocniejszą od grupy południowej. Grają w niej kluby z budżetami, o jakich Nadwiślanin, którego nie stać nawet na opłacanie trenera, może sobie tylko pomarzyć, choć w sumie to niewielkie kwoty. Bezpośrednią rywalizację o udział w barażach o pozostanie w lidze przegraliśmy minimalnie z rezerwami zespołu z ekstraklasy Polmlek Zamer Lidzbark Warmiński. Co ciekawe, w pierwszym zespole Lidzbarka obok córki prezesa klubu, Moniki Pietkiewicz (wicemistrzyni Polski sprzed roku), występuje Maja Krzewicka, dziewczyna spod Płocka, a zbieżność nazwisk z jednym z lokalnych płockich polityków nie jest przypadkowa.
– Ani pan, ani zarząd klubu nie wiedzieliście, że tak będzie? Że porywacie się z motyką na słońce…
– Nie zgodzę się z tym porównaniem. Wystarczyło przyjść choć na jeden mecz do sali Ekonomika, by stwierdzić, jak mała różnica dzieliła nasze dziewczęta od zawodniczek innych, ogranych w I lidze ekip. Żaden z naszych rywali nie pozwolił sobie na wystawienie przeciw nam rezerwowej zawodniczki. Przynajmniej do momentu, kiedy nie zapewnił sobie zwycięstwa. Nawet w meczach przegranych 0:10 nie brakowało pojedynków rozstrzygniętych dopiero w pięciu setach i w ostatnim na przewagi. Gdyby nie pewne przeciwności losu mogliśmy zdobyć przynajmniej dwa punkty przed wyjazdem do Lidzbarka. Niestety, tak się nie stało, a Lidzbark wywalczył punkt za remis z Klubsovitem Białystok, który w wyjściowym składzie wystawił zawodniczkę rezerwową. Do nas ekipa z Białegostoku przybyła w najsilniejszym składzie, ale nie można mieć o to pretensji. W bezpośrednim starciu przegraliśmy w Lidzbarku 4:6. Cóż, gospodarze „zadbali” o wszystko: piłeczki miały kolor pomarańczowy, a sędzia odejmowała naszym zawodniczkom punkty za „nieprawidłowy” serwis. Gdybyśmy tego dnia byli lepsi, dziś nie byłoby tej rozmowy. Wracając do pytania, bardzo dobrze zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie ciężko i że może spadniemy. Decyzja o przejęciu miejsca w I lidze od warszawskiej Spójni zapadła po długich i pełnych emocji dyskusjach. Przeważył pogląd, że dziewczęta nie za bardzo mają już co robić w II lidze. Wygrały ją samymi zwycięstwami, najniższym w stosunku 7:3. Zostawienie ich w tej klasie rozgrywkowej byłoby równoznaczne ze zgodą na zatrzymanie ich rozwoju sportowego. To, że w przegranych barażach o pierwszą ligę napotkały zespół ze składem na ekstraklasę – Galaxy Białystok, nie było ich winą, a I liga po prostu im się należała.
– Czy trenerowi, Grzegorzowi Lipczyńskiemu, nie należało się prowadzenie zespołu w I lidze? Dziewczęta są jego wychowankami.
– Trener Lipczyński wychowywał dziewczęta, od kiedy pierwszy raz trzymały rakietkę w ręku i przejście do I ligi było najlepszym momentem do powierzenia zespołu komuś innemu. Nie ma dyscypliny, w której jeden trener prowadziłby zawodników od piaskownicy po seniorską karierę. Po latach pracy nastąpiło pewne wypalenie pomiędzy trenerem a dziewczętami. Jeśli do tego dodać, że trener Lipczyński nadal miał pracować nad narybkiem Nadwiślanina, decyzję trzeba było podjąć i wziąłem ją na swoje barki. Z punktu widzenia rozwoju klubu ważniejsze od pierwszego zespołu jest zachowanie ciągłości szkolenia, a więc praca Grzegorza z najmłodszymi. W wypadku prowadzenia przez jednego trenera, abstrahując już od nazwisk, grup dziecięcych i seniorskich, traciłyby obie grupy. W bieżącym sezonie dzięki decyzjom z minionego lata Lipczyński mógł w pełni skoncentrować się na szkoleniu najmłodszych i przyniosło to efekty.
– No tak, ale czy zarząd miał w takim razie koncepcję co do trenera pierwszego zespołu? Roszady w trakcie sezonu raczej o tym nie świadczyły. Przez kilka miesięcy słyszeliśmy, że zespół gra bez trenera…
– Dotyka pani tutaj być może głównej przyczyny zakończenia rozgrywek przez Nadwiślanina na ostatnim miejscu. Otóż była koncepcja, była osoba chętna, jak i odpowiednio kompetentna, moim zdaniem. Ta osoba sama się do nas zgłosiła, widząc potencjał rozwoju swojego jako szkoleniowca, jak i dziewcząt. Kandydaturę tę podczas pierwszych konsultacji poparła większość w zarządzie. Niestety, gdy przyszło do podjęcia decyzji, zarząd wyraził się negatywnie wobec tej osoby i jeszcze przed rozpoczęciem sezonu trzeba było szukać wyjścia awaryjnego. Proszę nie pytać, kto miał zostać trenerem, środowisko i tak wie.
– Grający zawodnik III ligi w roli trenera, Krzysztof Niedzielak był wyjściem awaryjnym?
– Na to wyszło. Gdy pierwsza koncepcja została odrzucona i zaproponowano Krzysztofa, w pełni poparłem jego kandydaturę. Wychowanie szkoleniowców z własnej kadry zawodniczej jest najlepszą drogą do rozwoju klubu. Niestety, Krzysztof myślał, że będzie sparingpartnerem pracującym z dziewczętami pod kierunkiem trenera Lipczyńskiego. Tak jednak nie mogło być i sam w pewnym momencie zrezygnował. Potem z konieczności zespół musiał prowadzić sekretarz klubu, a na końcu nawet ja, co nie było zdrową sytuacją. Na szczęście w drugiej rundzie udało nam się odzyskać dla tenisa stołowego byłego zawodnika WKS Spółdzielcy Płock, obecnie nauczyciela WF-u w „Piątce” – Radosława Matlewskiego i na polu szkoleniowym osiągnęliśmy stabilizację, czego brakowało od początku rozgrywek. A brak jednolitego szkolenia, wśród innych czynników, niewątpliwie przełożył się na ostatnie miejsce w lidze.
– Niezależnie od dyscypliny sportowej zespół, który awansuje czy przechodzi do wyższej ligi, naturalnie potrzebuje wzmocnień składu, a takie nie nastąpiły w Nadwiślaninie.
– Ściągnięcie zawodniczek z zewnątrz, przy minimalnej pomocy ze strony miasta i braku sponsorów – poza jednym wiernym klubowi od sześciu lat, w ogóle nie wchodziło w rachubę. Mogliśmy liczyć jedynie na lokalny patriotyzm ze strony zawodniczek, które kiedyś grały w Płocku na najwyższym krajowym poziomie. Był okres, że w treningach pomagała nam Urszula Ziemkiewicz, a w jednym meczu, zdobywając honorowy punkt, zagrała Małgorzata Przybylska. Obie panie pamiętają lata świetności tenisa stołowego kobiet, kiedy Płock wywalczył trzecie miejsce w ekstraklasie i prawo gry w pucharach europejskich. Niestety, to było wszystko, do czego udało się przekonać byłe zawodniczki. Choć ich obecność przy ligowym stole, szczególnie w końcówce, bardzo by się przydała, to da się zrozumieć, dlaczego ta pomoc nie była większa.
– Miasto wspiera rozwój sportu w bardzo wymierny sposób, pomagając nie tylko kluczowym dyscyplinom. Trudno mi uwierzyć, że gdy nie mamy w mieście zbyt wielu I-ligowych zespołów, nie udało się zorganizować większej pomocy ze strony samorządu.
– Miasto wsparło nas, ale w bardzo minimalnym zakresie. Można ten fakt rozpatrywać w kontekście porażki prezesa, że nie potrafił przekonać decydentów do udzielenia większej pomocy.
– Czy spadek z I ligi zagrozi egzystencji Nadwiślanina Płock?
– Dobrze to pani nazwała. Egzystencja. Nie, nie zagrozi. Klub egzystował bez I ligi i egzystować będzie dalej. Czy jednak tylko o egzystencję tutaj chodzi? Moim zdaniem powinno się dążyć do rozwoju, szczególnie szkolenia najmłodszych, tymczasem znów słychać o czarnych chmurach nadciągających nad szkółkę tenisa stołowego działającą przy SP nr 20. I zamiast wprowadzać tenis stołowy do następnej placówki szkolnej, musimy bronić niewielkiego etatu, jaki ma tam Grzegorz Lipczyński, kilka lat temu uznany przez Polski Związek Tenisa Stołowego za jednego z trzech najlepszych w kraju wychowawców tenisowej młodzieży. Mam nadzieję, że jak poprzednio, bo nie pierwszy raz mówi się o likwidacji tenisa stołowego w SP nr 20, uda nam się uratować to, co bardzo dobrze funkcjonuje tam od ponad 10 lat.
– Co dalej z dziewczętami, które grały w I lidze? Co z pierwszym zespołem?
– Cieszę się, że wszystkie dziewczęta mogą wpisać w swoje zawodnicze dossier jeden sezon w I lidze. Niewiele ich rówieśniczek w kraju ma podobne doświadczenie. Mam nadzieję, że doceniają to, co zrobił dla nich w tym sezonie klub. Podziękowania powinny złożyć pod adresem Grzegorza Bora, który był wielkim zwolennikiem ich gry w I lidze, bardzo wymiernie pomógł i cały czas pomaga w ich sportowym rozwoju. Drugim adresatem podziękowań powinien być były prezes klubu Andrzej Oliwkowski. Co dalej zrobią dziewczęta, zależy już od nich samych. Katarzyna Bagrowska i moja córka Anna kończą w tym roku gimnazjum i stoją przed wyborem nowej szkoły. W tym wieku wiele zawodniczek podejmowało decyzje, czy interesuje je kontynuacja uprawiania sportu na najwyższym poziomie, czy tylko dla zabawy, a może w ogóle. Aleksandra Lau i Sylwia Szelkowska w przyszłym sezonie nie będą już juniorkami. Przechodzą do dorosłego tenisa stołowego i znów muszą sobie zadać pytanie, czy chcą być tylko mistrzyniami powiatu, czy mają większe ambicje. Dla Anny Nowakowskiej przyszły sezon jest bardzo ważny: ostatni rok będzie juniorką i została dobrze przygotowana, by skonsumować, poprzez dobre wyniki, ogrom pracy, jaki włożyła w swój rozwój sportowy. Mam nadzieję, że dziewczęta jednoznacznie wypowiedzą się co do swoich aspiracji, a zarząd pozwoli utrzymać w klubie Radosława Matlewskiego i postawi przed nim zadanie powrotu do I ligi za rok. Mam także nadzieję, że do zespołu dołączą utalentowane zawodniczki z regionu, które swoją najbliższą przyszłość edukacyjną zwiążą z Płockiem. Jeśli dołożyć do tego nowe pokolenie utalentowanych nadwiślanek z SP nr 20, będzie szansa stworzenia wewnętrznej rywalizacji o miejsce w ligowym składzie, czego niewątpliwie zabrakło w tym sezonie.
– Dziękuję za rozmowę
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze