Reklama

Muzyka - To, co lubię

23/04/2002 12:17
Nie ukrywam – jestem fanem Danziga, dlatego moja recenzja może sprawić wrażenie subiektywnej. Ale nie jestem fanem bez powodu. Dlaczego za każdym razem, gdy srebrna płyta z magiczną nazwą Danzig, kręci się w mojej wieży, mnie przechodzą dreszcze?Czemu za każdym razem, gdy słyszę śpiew Glenna Danziga – wokalisty i frontmana, mimo, że słowa znam na pamięć, przeżywam tę samą ekscytację? Czemu w mojej pierwszej piątce rockowych płyt wszechczasów Danzig jest na dwóch pozycjach? Bo to jest bardzo dobry zespół grający bardzo dobrą muzykę. Proszę sobie wyobrazić Jimiego Hendrixa, stojącego nocą w delcie Mississippi i śpiewającego niczym Elvis Presley, przybyły z ogni piekielnych – to jest właśnie Danzig. Czysty rock/n/roll, mocno stojący na bluesowych nogach i w metalowej obudowie. I do tego ten głos. Ten głos! Glenn Danzig może nie jest wirtuozem wokalu, ale jego maniera, żywcem przypominająca śpiew Morrisona czy Elvisa, połączona z głębokim, wibrującym barytonem, daje niesamowity efekt. Do tego dochodzi jego charyzma, którą można by obdzielić polską czołówkę... Co do muzyki, to jak wspominiałem, to co „rokendrolowcy „lubią najbardziej: muzyka oparta jest na klasycznych akordach, rytmach, riffach, ale podana w tak wspaniałej formie, że żadnemu miłośnikowi ostrego grania się nie znudzi. Słyszymy hard – rock metal, jak za dawnych dobrych czasów. Nad wszystkim czuwa Glenn, dodając w niektórych utworach fortepian, wszystko jednak w rozsądnej dawce. Wszystkie płyty Danziga są rewelacyjne, ale dla mnie opus magnum grupy jest drugi album, zatytułowany Danzig II – Lucifuge. Wybrałem ją ze względu na sentyment – to był mój pierwszy kontakt z muzyką tego zespołu. Nigdy nie zapomnę owej marcowej nocy nad bałtycką plażą, gdy pierwszy raz usłyszałem I’m the One i byłem pewien, że przeniosłem się na teksańską pustynię sto lat wstecz. Już od pierwszych taktów ta płyta pochłania słuchacza, nie dając chwili wytchnienia. Otwierający płytę Long wau bac from hell jest rewelacyjny, a potem jest jeszcze lepiej. Killer wolf zabija potęgą riffów a Glenn, śpiewający I’m the wolf... paraliżuje swoim głosem. W połowie czeka nas krótki wypoczynek w postaci The One. Niby typowy bluesowy utwór, niby akordy już gdzieś słyszane, ale jednak w wydaniu Glenna wszystko nabiera tak niesamowitej, mrocznej aury, że „zwala” z nóg. Potem jeszcze trzy „kolory” – Her black wings,Devil’s Plaything i 777, które dla mnie są jednymi z najlepszych piosenek rockowych, i każdy szanujący się fan rocka w tym momencie ze spokojem może stwierdzić, że oto znalazł żelazny punkt w swojej płytotece. Na koniec Glenn zostawia nam dwa wolniejsze utwory – Blood and teatrs i Girl, w których pokazuje pełnię swych wokalnych i aranżacyjnych umiejętności. Płytę zamyka Pain in the world i jedyne, co przychodzi wtedy do głowy, to wcisnąć play jeszcze raz. Na czym opiera się wielkość takiej muzyki? Ignoranci powiedzą, że Danzig niczego nowego do rocka nie wnosi. Faktycznie – Glenn nie szaleje z syntetyzatorami (choć na ostatniej płycie „wrzucił” odrobinę elektroniki) nie miksuje, nie kombinuje jak Radiohead. Po prostu gra rock – gitara, perkusja, bas i głos. Zwrotka, refren i solówka. To może być wadą. Ale Danzig osiągnął niespotykaną jakość i jest mistrzem w tym, co robi – dla mnie jest to, w świecie dzisiejszych muzycznych mutacji, argument nie do odrzucenia. I oto w tym wszystkim przecież chodzi! Glenn Danzig i jego zespół stoi na straży rockowych tradycji, umiejętnie łącząc „stare” z „nowym”, z większym naciskiem na to pierwsze. Dopóki nagrywa płyty, miłośnicy ostrego grania mogą spać spokojnie. Wojciech Rokicki
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości