Na tym statku nie wolno biegać, obowiązuje zakaz palenia. Modne ciuchy zastępuje czapka, rękawiczki, ciepła bielizna, dżinsy i polary. Zamiast glanów i szpilek, trzeba założyć obuwie sportowe na miękkiej podeszwie. W załodze nie ma miejsca dla osób przemądrzałych, sarkastycznych, oraz takich, dla których najważniejsze są własne pragnienia. Poza tym to nie jest „statek miłości”. -Na wypad z zakochaną i wpatrzoną w ciebie osobą wybierz się raczej pod namiot – przekonuje kapitan jednostki STS Pogoria Wojciech Wilk Ktoś kiedyś powiedział, że morze jest najlepszym wychowawcą. Przede wszystkim z tego powodu w 1980 roku „Pogoria” po raz pierwszy wypłynęła w rejs „Szkoły pod żaglami”, zabierając ze sobą na pokład młodzież licealną, która uczyła się pływania i jednocześnie realizowała program szkolny. Przez 9 miesięcy udało się wtedy opłynąć Afrykę. Tę szkołę zorganizował kapitan Krzysztof Baranowski.
Pogoria pływa do dziś. Jest trzymasztową barkentyną o długości 48 metrów i powierzchni ożaglowania 1000 m3. Zwykle zabiera w rejs kapitana, 8 członków załogi stałej, 4 nauczycieli i 35 młodych ludzi z ogólnopolskich liceów i gimnazjów, którzy chcą przeżyć przygodę swego życia w „Szkole pod żaglami”.
Pośród załogi znalazł się również żeglarz z Płocka. Szymon Tyman jest obecnie uczniem TRZECIEJ klasy LO im. St. Małachowskiego. Pierwszy raz na łódce znalazł się, jak miał półtora roku. Niewiele z tego pamięta, ale pasja pozostała. Być może odziedziczył ją po tacie, który jest zapalonym żeglarzem morskim.
Bombran precz, lewy bras luz...,
– Pojechałem z tatą na targi „Wiatr i Woda” do Warszawy i przypadkowo wygrałem rabat na rejs „Szkoły pod żaglami” – wspomina Szymon, któremu właśnie udało się uzyskać stopień żeglarski – sternika jachtowego. Wkrótce czekało go ponad 2 i pół tysiąca mil morskiej podróży, wokół Półwyspu Iberyjskiego, przez Brest, Lizbonę, Kadyks, aż do portu w Barcelonie, śladem największych odkryć geograficznych. Płynąć mógł każdy. Na Pogorii nie jest wymagane doświadczenie żeglarskie. Szymon wśród uczniów był jedynym sternikiem.
Wygrana to jednak za mało. Zanim stanął na trapie Pogorii, musiał uzyskać zgodę na miesięczny rejs nie tylko rodziców, ale i nauczycieli wszystkich przedmiotów. Na pokładzie znalazło się wraz z płocczaninem 21 dziewczyn i 14 chłopaków z Olsztyna, Warszawy, Lublina, Wrocławia, Bydgoszczy, Trójmiasta, a nawet jedna dziewczyna ze Szklarskiej Poręby. Praktycznie nikt się nie znał.
Na początku stała załoga bardzo przystępnie uczyła młodych adeptów sztuki żeglarskiej, tłumacząc wręcz „łopatologicznie” do czego służy cała plątanina lin. Kiedy jednak w końcu padła pierwsza fachowa komenda „bombran precz, lewy bras luz, prawy wybierz”... w pierwszym momencie nikt niczego nie zrozumiał. Początki zazwyczaj bywają trudne, ale wkrótce wszyscy wtopili się w rytm życia na statku. 7.30 – pobudka, 8.00 – apel, potem śniadanie, zajęcia szkolne do obiadu o 13.00. Potem tylko teoretycznie czas wolny.
Czapki z głów
Całą załogę podzielono na 4 wachty i każdy po kolei przez 4 godziny pełnił służbę. Obsługiwał żagle, koło sterowe, prowadził nawigację – opowiada Szymon, który bywał też na tzw. „oku” czyli miejscem obserwacji i meldowaniu wszystkiego, co pojawi się na horyzoncie. Za sterem świetnie radziły sobie dziewczyny, ale tylko do czasu, gdy Pogoria wpłynęła do Zatoki Biskajskiej. – Wtedy tak dmuchnęło, że za sterem na zmianę dyżurowałem z kolegą. Dziewczyny nie były w stanie utrzymać koła – wspomina młody wilk morski.
Hartu ducha uczył się na Pogorii wielokrotnie. – Było 7 w skali Beauforta. A wraz z dwoma kolegami musieliśmy ściągnąć w dół latacz (żagiel). Przy dużej fali weszliśmy na bukszpryt (jakby wysięgnik na dziobie statku). Co chwila od dołu podmywała nas fontanna wody, z góry zaś wiatr rzucał nami, jak mu się podobało.
Chwile grozy pojawiały się też przy wchodzeniu na reję, na drabinkach ze sznurka. Padła komenda, by podciągnąć żagle do góry. Do tej operacji potrzebne są co najmniej cztery osoby. Gdy na pokładzie odczuwalny był jedynie delikatny powiew, na wysokości 30 metrów wszystkim zrywało czapki z głów. – Wkrótce jednak wchodzenie po drabince na wysokość 10 piętra wieżowca, przestało robić na nas wrażenie. Ścigaliśmy się. Brałem liny na plecy i w 15 sekund byłem na górze – mówi Szymon.
Oczywiście nikt nie był zmuszany do wykonania tego polecenia. Miałem koleżankę, która się zarzekała, że nigdy nie wejdzie na reję. Na Majorce zrobiłem jej zdjęcie na samej górze. Jak pokazuje doświadczenie, prędzej czy później każdy wchodzi – śmieje się młody żeglarz.
Talerze z licencją pilota
Czasem porządnie wiało. Przechyły dochodziły do 40 stopni na boki. Utrudniały chodzenie, nie tylko po pokładzie, ale również po wantach. Młodzi żeglarze szybko nauczyli się, że kiedy idzie przechył, wszyscy muszą się czegoś trzymać, a gdy przejdzie... iść dalej.
– Proszę sobie wyobrazić jedzenie obiadu w takich warunkach. Wszystkie talerze przechodziły kurs na licencję pilota. Lepiej było trzymać swoją miskę, a jeżeli spadła, to wachta gospodarcza miała co sprzątać i zmywać. Czasami przychodziła jednak niespodziewana fala, która wszystko zrzucała ze stołu. Zapasów jedzenia na Pogorii jednak nie zabrakło i nikt nie głodował.
W takich warunkach bardzo łatwo również o chorobę morską. – Jedni ją mają, inni nie. Cieszę się, że mnie ta przypadłość ominęła. Jak było „ostre bujanie” lekcje przenoszono na inny dzień, bo co chwila ktoś wstaje i biegnie na religi. Każdy to rozumie.
Wszystkie niewygody rejsu, rekompensowały wrażenia, wycieczki na ląd, czasami urzekały płynące przed dziobem statku delfiny w Zatoce Biskjakiej.
Załoga przyzwyczajona była też do dziwnych zmian temperatur. Na Bałtyku nocą załoganci zakładali na siebie wszystko, co ze sobą zabrali do ubrania. Niby nie wiało, ale bluza, polar, sweter, kurtka, czapka, rękawiczki to było za mało. Rano schodzili na ląd, a tam upał. Tak było np. na Ibizie. 27 stopni ciepła a załoga w swetrach.
– Na Pogorii przekonałem się, że człowiek jest w stanie do wszystkiego się przyzwyczaić i dostosować. Nigdzie mi się tak dobrze nie spało, jak tam. Kołyska nie z tej ziemi. Choć raz niestety spadłem z piętra, bo nie zawinąłem się w specjalny jakby „kokon”. Nie przeszkodziło mi to w dalszej drzemce. Sen przerwać mogła mi jedynie komenda „alarm do żagli”, czyli „all hands on deck”, stosowana w ciężkich warunkach pogodowych, gdy trzeba zrobić zwrot statku. Mieliśmy taki alarm w środku nocy. Wszyscy wstali, założyli sztormiaki i poszli na górę. To piękny przerywnik w śnie, gdy w międzyczasie trzeba wejść na kilkudziesięciometrową wysokość, gdzie gwiżdże i pada – wspomina Szymon.
Lekcje na statku różniły się od tradycyjnych. W ramach fizyki odbył się np. konkurs w łapaniu jaj. Nauczyciel angielskiego, francuskiego, ekonomiki i jednocześnie student SGH wchodził na maszt i rzucał jajka z wysokości I, II, III i IV rei. Zadaniem młodzieży było łapanie jajek w taki sposób, żeby się nie potłukły. Pomysłów było wiele. Powstawały konstrukcje z pudeł i nadmuchiwanych powietrzem worków. Bezkonkurencyjny okazał się jednak pomysł zawieszonych na obręczy rajstop. Dopiero spadający z 30 merów kruchy rekwizyt, nabrał takiej prędkości i siły, że pomimo iż wleciał do genialnego wynalazku, rozbiło się o pokład.
Miś czyli wilk (morski)
Na Pogorii wszyscy są ze sobą po imieniu. Do kapitana i dyrektora szkoły pod żaglami uczniowie mówią „Miś”, a do bosmana „Heniu”.
– „Miś” czyli Michał Łapicki, ma 30 lat. Pochodzi z okolic Olsztyna. Sam był uczestnikiem „Szkoły pod żaglami”, kiedy kapitanem był Krzysztof Baranowski. Przez 2 miesiące płynęli z RPA przez Karaiby i z powrotem do Europy. Nic nie zapowiadało, że będzie pływał. Pochodzi z rodziny rolniczej, gdzie raczej się nie przelewało. Ludzie z jego miejscowości zazwyczaj nie „wystawiają nosa” dalej niż poza dwie sąsiadujące wioski. Kiedyś jego mama zobaczyła w telewizji program, w którym Krzysztof Baranowski opowiadał o swojej szkole. Stwierdziła, że jej syn musi z nim popłynąć. Wypłaciła wszystkie pieniądze, które ojciec przez wiele lat zbierał na nowy kurnik. Można by wtedy za tę sumę kupić poloneza. „Miś” po pierwszej szkole, przeżył rewolucję myślową, spostrzegł, że świat to nie tylko własne podwórko. Na studiach pływał na Chopinie, potem ponownie na Pogorii. Dziś to wilk morski z prawdziwego zdarzenia. Gdyby nie decyzja jego mamy, zostałby pewnie rolnikiem. Dziś robi doktorat z biologii molekularnej. Podczas rejsu uczył nas biologii. Opowiedział swoją historię, co wielu z nas przekonało, że warto mieć w życiu pasję – przekonuje Szymon Tyman.
30 dni przygody z morzem na Pogorii upłynęły w błyskawicznym tempie. Szymon wrócił do Płocka. Zaczął chodzić na godziny wychowawcze w swojej szkole i namawiać rówieśników na „Szkołę pod żaglami”. Zainteresowanie było spore, ale zapał chętnych szybko rozbijał się o koszty. Jeden miesięczny rejs kosztuje bowiem ok. 4 tys. zł.
– Na „Szkołę pod żaglami” często ruszają ludzie, którym rodzice wszystko fundują, ale są też tacy, którzy zbierają na nią całe wakacje. Zanim popłynąłem, zarabiałem fizyczną pracą na działce. Część sumy pożyczyłem od rodziców. To jeszcze było za mało. Resztę potrzebnej kwoty na szczęście dostałem od najbliższych, jako prezent na osiemnastkę. 4 tysiące złotych mogą zniechęcać młodych ludzi, ale trzeba sobie zadać pytanie, jaka jest cena naszych marzeń. Można nie mieć roweru, ciuchów, komputera, a zebrać na taki wyjazd – przekonuje Szymon. Ten młody żeglarz już nie zapomni o morzu. Jako student chciałby dzięki swojemu doświadczeniu „załapać” się na Pogorię jako oficer, albo nauczyciel. On zna cenę swoich marzeń i poniesie każde koszty.
Blanka Stanuszkiewicz
fot. Szymon Tyman
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze