W tamtym roku wielu nie wierzyło, że zakrojony na skalę ogólnoświatową Festiwal Muzyki Elektronicznej odbędzie się w Płocku. Wydawało się to bowiem mało prawdopodobne, żeby w nieznanym na mapie muzycznej Płocku miał wystąpić artysta z najwyższej półki muzyki clubowej - Carl Greg. W tym roku organizatorzy zasypani zostali mailami, czy II edycja nie zostanie wstrzymana. Powodem obaw była wysoka fala na Wiśle, a przecież główna scena miała znajdować się właśnie na wodzie.
Scena osadzona na barkach wpłynęła już w czwartek. Przez kilka tygodni budowano ją przy nabrzeżu Orlenu. Wkrótce zacumowała kilka metrów przed płocką plażą, oczywiście na otwartej wodzie. Specjaliści od nagłośnienia i efektów wizualnych montowali trzy ogromne ekrany i kilka ton sprzętu nagłaśniającego, najlepszych światowych marek. Odbiór muzyki miał być nie tylko głośny, ale i czysty. Jak się okazało, w trakcie festiwalu spełnił swoje zadanie. Muzykę słychać było nie tylko na terenie festiwalu, ale też w Radziwiu, Borowiczkach i na Winiarach. Prezydent miasta przepraszał wcześniej mieszkańców za trzy głośne noce, tłumacząc, że w końcu Astigmatic pozwoli naszemu miastu się wypromować nie tylko w kraju, ale i na świecie, więc może warto było pocierpieć.
Rewia mody
Już od czwartku na głównych ulicach Płocka zaczęła się wyjątkowa rewia mody. Dredy, kolczyki, tatuaże, fantazyjne nakrycia głowy, kolorowe i awangardowe ubrania. To wszystko wielotysięczna publiczność festiwalu Astigmatic, która wylegała często na miasto na boso. W większości przyjechali młodzi ludzie z całej Polski, ale też wielu zagranicznych gości. To na ich przybycie przygotowywały się puby i sklepy. Niestety, zabrakło też miejsc w akademikach.
Właściciele lokali nie ukrywali, że na ten weekend zamawiali kilkakrotnie więcej beczek piwa niż zwykle. Na ulicy Grodzkiej pojawiły się też dodatkowe stoiska z napojami chłodzącymi. Wkrótce we wszystkich pizzeriach na Starówce, na realizację zamówienia trzeba było czekać ponad godzinę. Po kebaby do późnej nocy ustawiały ogromne kolejki. Jednak nie wszystkim udało się zarobić.
Sprzedawczyni ze sklepu spożywczego ze Starówki stwierdziła, że system żywieniowy przyjezdnych jest bardzo skromny. – Wystarczy im jogurt i bułeczka, a na tym akurat nie da się zarobić.
Tłum w transie
Festiwal największym życiem tętnił nocą. Wtedy nad Wisłę schodziły się tłumy starszych i młodszych odbiorców.
– Przyszliśmy zobaczyć z bliska to, co tak dudni i nie daje nam spać. Stwierdziliśmy z mężem, że może to trzeba zobaczyć, skoro jest to tak wielkie wydarzenie w mieście – tłumaczy z przekąsem Halina Jasińska, na co dzień pracownik banku. Przyznała, że muzyka do niej nie trafiła, ale bardzo podobała jej się atmosfera festiwalu. – Nie ma obawy przed młodzieżą, która się tak potrafi bawić.
A publiczność pod sceną faktycznie nie oszczędzała się. Masowy trans ogarniał coraz większe koła. W chwili występu gwiazdy festiwalu Normana Jaya zebrało się według ustaleń organizatorów 20 tysięcy ludzi. Karaibsko-nowojorskie sety ubranego w słomkowy kapelusz dj’a „nakręcały” wszystkich do ruchu. Wkrótce wszyscy poczuli jeden rytm.
A trans był pozytywny. Jak zapowiadali organizatorzy „nie jest to Jarocin, ani przystanek Woodstock” Przyjeżdżają tu zupełnie inni ludzie.
– Muzyka elektroniczna jest muzyką naszej epoki. Dużo w niej techniki i rytmu. Trafia do nowej generacji ludzi – przekonuje Jarek Kaliszewski z Piły, po czym znów wraca w swój mechaniczny taniec.
Podobnie jak on, wielu ludzi było niezmordowanych. Tańczyli całe noce, do białego świtu. Twierdzili, że właśnie po to tu przyjechali. Siłę dawała im właśnie muzyka.
– To normalne w muzyce clubowej – przekonuje Angelika Jeżewska z Warszawy. – W stolicy nie brakuje klubów, ale są to zamknięte pomieszczenia. Tu z muzyką pod gwiazdami, z piaskiem pod nogami, z takim widokiem skarpy jest jeszcze więcej pozytywnej energii, którą chciałabym dać innym.
Angelika przyjechała na Astigmatic ze znajomymi po to, żeby się pobawić przy swojej ulubionej muzyce, poza tym wiele słyszała o ubiegłorocznej edycji.
– Podoba mi się ta otwartość między ludźmi. Każdy z każdym może pogadać, potańczyć. Czuje się jedną wielką rodzinę, którą łączy muzyka elektroniczna.
Na plaży zjawiło się też wielu młodych płocczan. A warto było tu przyjść, bo obok gwiazd muzyki elektronicznej, spotkać można tu było gwiazdy filmowe. Wśród namiotów przemykał np. przystojny aktor Jarosław Jakimowicz znany m.in. z kreacji w „Młodych Wilkach”
Plejada gwiazd
Astigmatic ma charakter przeglądu artystów i zespołów prezentujących szerokie spektrum muzyki elektronicznej, daleko wykraczające poza potoczne rozumienie terminu „muzyka klubowa”. W tym roku za konsolami na scenie zasiadło kilkudziesięciu mniej lub bardziej znanych wykonawców. Nie powtarzali się artyści z ubiegłego roku. Niektórzy byle tylko w Płocku wystąpić, zrzekali się honorariów, decydując się jedynie na pokrycie kosztów pobytu i przyjazdu.
Głównymi wykonawcami Astigmaticu byli Metro Area, czyli nowojorski duet Morgan Geist i Darshan Jasrani. Wystąpili na scenie głównej w sobotnią noc. Wielu przyszło też na występ Tiga z Montrealu i Glimmer Twins. Tworzą projekt producencko dj’ski tworzony przez Belgów Mo i Benoelie. No i oczywiście Norman Jay, który grał m.in. dla Micka Jagger’a, Roberta de Niro, Georg’a Michal’e, Will’a Smith’a, MTV, a teraz zagrał na Astigmaticu.
Wykonawcy świetnie bawili się na scenie. W wywiadach podkreślali, że nie spodziewali się, że tak zostaną przyjęci w Płocku. Chcieli nie tylko w naszym mieście grać, ale też je zwiedzić. Urzekły ich widoki ze skarpy.
Na Astigmaticu obok muzyki ważny był też vjing, czyli współczesna technika montownia obrazów wideo na żywo, polegająca na szybkim łączeniu ruchomych obrazów przy pomocy miksera, a następnie ich projekcji na dużym ekranie. Mieliśmy okazję oglądać to wszystko w szalonym tempie miksów. Odpowiedzialni byli za to artyści z Francji, Kanady, Polski, USA i Włoch. Ich prezentacje nie tylko uatrakcyjniały występy dj’ów, ale prezentowały nowy styl sztuki, „wbijającej” się w psychikę. Robiło też niesamowite wrażenie w połączeniu z odbiciem w wodzie i światłem.
Ale Kino!
Koncerty miały miejsce nad Wisłą, a w Małchowiance zagościło „astigmaticowe” awangardowe kino. Zaprezentowano tu projekty zrealizowane w różnych formatach z klimatu sztuki audiowizualnej. Nazwa festiwalu „Astigmatic” pochodzi od pamiętnej płyty Krzysztofa Komedy, stąd w tym roku została przypomniana jego muzyka komponowana dla kina i filmu animowanego. Wyświetlony został również po raz pierwszy w Polsce projekt znanego francuskiego performera Juliena Marie „Demi Pas” oraz odbyła się premiera europejskiego filmu dokumentalnego „Maestro” w reżyserii Josella Ramosa. A oprócz nich pokazy filmów awangardowych wyznaczających nowe kierunki w kinie, czyli „Hotel” Mike’a Figgisa i „The Decay of Fiction” Pata O’Neila.
Trzy dni, może dlatego, że w transie, minęły szybko. Podobno muzyka łagodzi obyczaje, ale jak się okazuje nie do końca. Na polu namiotowym zostało okradzionych kilka osób.
– Weszli z latarkami do naszego namiotu, przetrzepali nam plecaki, rzeczy wrzucili do wody, zabrali telefony komórkowe – tłumaczy rozgoryczona dziewczyna. Ochrony na terenie festiwalu było sporo. Szkoda jednak, że skupiła się we wszystkich innych miejscach, tylko nie na polu namiotowym.
Wydawałoby się, że utrudnieniem będą opaski, które upoważniały do wejścia na teren Astigmaticu. Wypełnianie ankiet i znakowanie przebiegało jednak dość sprawnie. Problemem był za to brak oświetlenia na zejściach ze wzgórza wieczorową porą.
O tym, że festiwal Astigmatic się skończył przekonały opustoszałe lokale, zniknęła clubowa młodzież i muzycy z dredami, którzy urządzili świetny bębenkowy koncert przy ulicy Grodzkiej. W niedzielę wieczorem autobusy PKS były załadowane, podobnie i jedyny pociąg do Kutna. W końcu można zauważyć nagłe pojawienie się i podobne zniknięcie kilkudziesięciu tysięcy gości, choćby miasto przez trzy dni było w największym transie.
Blanka Stanuszkiewicz
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze