Paweł Huelle to jeden z najciekawszych pisarzy polskich ostatniej dekady. Uczestnik ruchu „Solidarności”, związany z konspiracyjną prasą, autor znakomitej powieści „Weiser Dawidek”, uznanej za najważniejszy debiut literatury polskiej lat 80., „Opowiadań na czas przeprowadzki” oraz tomu „Pierwsza miłość i inne opowiadania”. W bieżącym roku ukazała się nowa powieść znakomitego prozaika.„Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala” to książka nieduża, licząca niewiele ponad 130 stron. Z każdej z nich emanuje magiczna, z ducha Hrabala właśnie wzięta, czarodziejska moc opowiadania historii, zaklinania zdarzeń z pozoru zwyczajnych w nadzwyczajne sekwencje słów układających się w czarującą narrację. Jak wyznaje sam autor, powieść napisana jest stylem Bohumila Hrabala, jednego z najwybitniejszych pisarzy czeskich XX wieku, stylem, w którym w nadzwyczajny sposób humor splata się z tragizmem egzystencji oraz tragizmem i nikczemnością historii Europy Środka. Ta forma opowiadania, pozbawiona koturnowości, ratująca pisarza przed etykietą romantycznego epigoństwa, pozwala mu wyrazić najbardziej nostalgiczne wspomnienia o niezwykłym świecie dwudziestolecia międzywojennego, tragiczne doświadczenie wojny, peerelowskie zaczadzenie komunizmem, festiwal wolności, jaki przyniosła „Solidarność” oraz gorycz rozczarowania wolnym (z pytaniem: „dla kogo?” krajem lat 90. Ta książka to przede wszystkim bardzo osobista, prywatna opowieść o rodzinie autora. „Narrator ma to samo imię, co ja – wyznaje Huelle – opublikowałem w książce zdjęcia z albumu rodzinnego. Wszystkie opisane historie mają źródło w rzeczywistości.” To efektowne, bardzo czasami zabawne wskrzeszanie rodzinnej mitologii współbrzmi w powieści z kontekstem szerszym – stanowi go osiemdziesięcioletnia historia tego kraju, ukazana dyskretnie, bo zawsze przez jednostkowe doświadczenie bliskich autorowi osób (dziadka Karola, babci Marii oraz ojca). Wraz z dziadkiem Karolem wkraczamy w magiczny świat międzywojnia, a w nim odnajdujemy czarujące uliczki Lwowa, plaże nad Dunajcem, letnie wyprawy na pikniki w galicyjskie sosnowe lasy, automobilowe zawody ścigania lista, którym na ten czas stawała się ogromna balonowa kula sterowana przez wytrawnego mistrza aeronautyki, a w których dziadkowi Karolowi i babce Marii nieodmienne szczęście przynosił ukochany, czterodrzwiowy Mercedes-Benz 170V o pięknym nadwoziu w zgniłozielonym kolorze karoserii. Symbolem zmierzchu tamtych czasów stała się dla autora ostatnia przedwojenna rodzinna fotografia, na której obok uśmiechniętych postaci babki Marii, stryja i ojca widnieje cień dziadka wykonującego zdjęcie. „Cień ten był jak zapowiedź nadchodzących wydarzeń, był jak milcząca nieobecność dziadka przez parę najbliższych lat”. Samochód zarekwirowała w 39. Roku Czerwona Armia pod Lwowem, Niemcy i Sowieci urządzali wspólne defilady, dziadek Karol nie uciekł na Wschód (nie zginął więc od sowieckich kul w roku 40,), pozostał w rodzinnych Mościcach, odrzucił niemiecką propozycję, by nie być już dalej „Polaczkiem”, ale Austriakiem i nie stawił się do pracy – trafił więc do Oświęcimia, gdzie otrzymał niski trzycyfrowy numeru z literą „P” na trójkącie pasiaka. Cień z rodzinnej fotografii wydłużał się coraz bardziej. Dziadek Karol przeżył Oświęcim, by usłyszeć potem od sekretarza partii, że „lepiej byłoby dla niego, by w tym Oświęcimiu zginął, bo teraz nie potrzeba burżuacyjnych inżynierów, wsteczna nauka jest w szybkiej likwidacji.” Jako wróg ludu poszedł siedzieć na kilka lat. „Był zbyt dumnym człowiekiem – podkreśla Huelle – by dokonać jakiejś politycznej reorientacji, wpisać się na listę kandydatów partii i podobnie jak dziadek Karol, obsesyjnie wręcz pragnął zachować czyste sumienie, to znaczy nie włączyć się w partyjny, czy przypartyjny nurt istnienia społecznego. Zamiast pojechać – jak wielu – na kontrakt do Iraku, zamiast „ustawić się” w tamtej rzeczywistości, klepał socjalistyczną biedę. Do ekscesów przodującej, awangardowej, zdrowej klasy czuł estetyczną odrazę, na wszystkie ich akcje, wiece, przemarsze i histeryczne wrzaski reagował powściągliwym milczeniem.” Cień z rodzinnej fotografii padł także na lata ostatnie. W przeszłość odeszli ludzie dumni. Panna Ciwle „kupiła” sobie uprawnienia instruktora prawa jazdy, doktor Elefant stał się „mistrzem w kasowaniu forsy”, niektórzy urządzali happeningi w stylu „Żal za Czerwoną Armią”, faryzejska sekta polityków pozwalała w każdym miejscu, nie wyłączając parlamentu, czcić Dionizosa (alkohol), a prześladować Sziwę (marihuanę), choć ten pierwszy nasz bóg w dużo większym stopniu zabija ludzi i niszczy rodziny niż drugi. Paweł Huelle stworzył orzekającą opowieść złożoną z wielu pięknych, tragikomicznych historii, w których zaczarował miniony czas, ludzi, zdarzenia, przemijające życie, które ocalić można, zamykając je w narracji wyrzeźbionej ze słów, by „stały się komunią łączącą ze sobą ludzi ponad płcią, polityką, pochodzeniem”. Każde życie zasługuje na swoją opowieść.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze