Dominik przyszedł na świat jako duże dziecko. Ważył 4530 g i mierzył 60 cm. Przez pierwsze dwa i pół roku życia był karmiony przez mamę piersią. Rozwijał się bardzo dobrze i szybko. Zanim skończył 10 lat już miał 170 cm wzrostu. Uwielbiał sport, był bardzo sprawny, jeździł na rowerze i hulajnodze. Co prawda dokuczała mu astma, miał alergię, ale które dziecko nie zmaga się z tymi chorobami
Był silny, zdrowy, pełen energii aż do 15 czerwca 2021 roku. - To był gorący dzień, Dominik spał przy mnie. Ostatnio nie spałam zbyt dobrze, moja mama trzy miesiące wcześniej zmarła na zawał, chyba z tego powodu stale sprawdzałam, czy wszystko jest w porządku. Obudziłam się tuż przed budzikiem i zobaczyłam, że syn tak oddycha, jakby miał problem ze złapaniem powietrza. Myślałam, że mu się coś śni, ale nie, miał wyraźnie przyblokowany oddech. Zaczęłam reanimować Dominika, obudziłam starszego syna, żeby dzwonił po karetkę pogotowia. Byłam na głośniku z operatorem, mówiłam że się boję, że mój 10-latek ma zawał. W pewnej chwili wrócił na dwa oddechy, zachrypiał, powiedziałam że chyba oddycha, operator zapewnił, że karetka już jedzie – wspomina mama chłopca wydarzenie sprzed półtora roku.
Zanim dojechała, Dominik znów wrócił na trzy oddechy, ale usta już mu zsiniały, konieczna była reanimacja. Zaczął oddychać po użyciu defibrylatora, ale nie odzyskał przytomności.
W Płocku nie ma w szpitalu oddziału kardiologii dziecięcej, dlatego chłopak musiał zostać przewieziony helikopterem do Łodzi. Na pierwsze trzy doby został wprowadzony w hipotermię, żeby uratować płuca, bo wpadał w arytmię. Na intensywnej terapii był 68 dni, kardiologii - kolejne 42. W tym czasie zapadła decyzja, że ze wskazań życiowych – miał wtedy dwa kryzysy – musi mieć wszczepiony kardiowerter, czyli rozrusznik z defibrylatorem.
Po trzech dobach temperatura ciała Dominika spadła do 34 st. C, chłopak zapadł w śpiączkę, potem lekarze zdecydowali, żeby wprowadzić go w stan uśpienia. Wtedy respirator „żył” za niego. Po dwóch dobach, gdy został wybudzony, to w środku był gorący, a na zewnątrz ciała – zimny. Wpadał z infekcji w infekcję, jego stan się poprawiał, a za chwilę pogarszał. – Personel szpitala radził mi, żeby się już z Dominikiem żegnać, bo mi dziecka raczej nie uratują – wspomina mama.
Więcej w kolejnym wydaniu Tygodnika Płockiego.
Jol.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze