Z Markiem Mokrowieckim, dyrektorem Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku rozmawia Lena Szatkowska.
2025 zapisze się w historii płockiej sceny jako rok jubileuszu 50-lecia teatru reaktywowanego w nowym budynku w centrum miasta. Uściślijmy, że pierwszy zawodowy teatr w Płocku powstał już w roku 1812. Mieścił się na wiślanej skarpie, a jego pomysłodawcą był ówczesny prefekt Departamentu Płockiego Rajmund Rembieliński.
Oprócz nowych spektakli na Dużej i Małej Scenie, zaproponowaliście wiele wydarzeń w przestrzeni miejskiej – to między innymi otwarta latem na Starym Rynku wystawa fotograficzna obrazująca dorobek artystyczny półwiecza, pokaz kostiumów w Muzeum Mazowieckim czy mural w Alei Piłsudskiego. Twoim zdaniem Płocczanie będą teraz więcej wiedzieć o Teatrze, bardziej identyfikować z lokalną sceną?
Czas pokaże…
Uważam, że to, że nie „zamknęliśmy” się tylko w murach teatru, że wyszliśmy z Jubileuszem w miasto uświadomiło wielu płocczanom nie tylko fakt istnienia Teatru, ale i rolę jaką odgrywamy w życiu miasta i Mazowsza.
Jubileuszowy rok rozpoczęliśmy w styczniu 2025 uroczystą galą, a w kwietniu odbyła się premiera „Romea i Julii” Williama Shakespeare’a w reżyserii Krzysztofa Szustera. Było to nawiązanie do początków sceny przy Nowym Rynku, kiedy 31 grudnia 1974 roku tę samą sztukę wystawił Grzegorz Mrówczyński. Ogółem zrealizowaliśmy w 2025 roku sześć premier. Zarówno recenzje, jak i reakcja widowni świadczyły o tym, że były to godne Jubileuszu premiery. Wydaliśmy dwie książki: „Teatr w Płocku 1975-2025” autorstwa Barbary Konarskiej-Pabiniak oraz „Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku w latach 2003-2025” pod moją i Leszka Skierskiego redakcją. Zawiera repertuar, zdjęcia, recenzje.
We współpracy z Towarzystwem Naukowym Płockim (wielkie podziękowania dla prof. Zbigniewa Kruszewskiego) i Płockim Towarzystwem Przyjaciół Teatru zorganizowaliśmy sesję „50 lat Teatru Dramatycznego w Płocku”. W holu teatru zamontowaliśmy tablicę poświęconą Rembielińskiemu. Podczas obchodów Międzynarodowego Dnia Teatru PTPT odsłoniło ufundowaną przez siebie tablicę upamiętniającą tradycję wręczania Srebrnej Maski. W grudniu na szczycie bloku mieszczącego się przy ul. Gierzyńskiego 19 w Płocku odsłonięto mural poświęcony Jubileuszowi Teatru. To dla nas zaszczyt, ale i zobowiązanie. Raz jeszcze dziękuję Lechowi Chodkowskiemu i prowadzonej przez niego Mazowieckiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
Chciałbym podziękować Radzie Miasta Płocka, która ustanowiła rok 2025 Rokiem Teatru Płockiego, a instytucji przyznała medal „Zasłużony dla Płocka”. Prezydent Płocka uhonorował Teatr nagrodą pieniężną. Honorowy Patronat nad obchodami Jubileuszu objął Marszałek Województwa Mazowieckiego Adam Struzik. Starosta Płocki Sylwester Ziemkiewicz oraz przewodniczący Rady Powiatu – Lech Dąbrowski na ręce dyrektora Wojciecha Jasińskiego wręczyli Teatrowi medal „Zasłużony dla Powiatu Płockiego”. Za wieloletnią działalność kulturalno-oświatową na rzecz ochotniczego pożarnictwa w Powiecie Płockim druh Hilary Januszczyk, v-ce prezes Zarządu Oddziału Powiatowego Związku OSP RP przekazał „Złoty Medal za Zasługi dla Pożarnictwa”. Dziękuję Samorządowi Województwa Mazowieckiego, władzom Książęcego Miasta Płocka, prezydentowi Andrzejowi Nowakowskiemu oraz prezesowi Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru Jarosławowi Waneckiemu za zaangażowanie w to niecodzienne dzieło.
Działalność teatru promowały liczne spotkania z widzami. Zwieńczeniem jubileuszu były dwa wyjątkowe koncerty „Muzyka teatralna minionego pięćdziesięciolecia”. Na scenie wybrzmiało 28 utworów skomponowanych do przedstawień naszego teatru, we współczesnej aranżacji Piotra Wrombla i w znakomitym wykonaniu Płockiej Orkiestry Symfonicznej pod batutą Elżbiety Tomali-Nocuń oraz aktorów, którzy śpiewali songi i recytowali fragmenty sztuk.
Czy po tych wszystkich wydarzeniach Płocczanie będą chętniej zaglądać do teatru? Istotą teatru jest bezpośredni kontakt aktora z widzem. Mamy swoją widownię. Teatr wrósł w miasto i teren. Proszę spojrzeć na autokary, które do nas przyjeżdżają nie tylko z najbliższej okolicy, nie tylko na kolejną farsę.
Repertuar płockiego teatru nie odbiega od repertuaru teatrów w innych tego typu miastach (klasyka polska i światowa, dramat współczesny, spektakle dla dzieci, farsy). Trudno się dziwić, że ludzie chcą cieszyć się na scenie czymś lekkim, łatwym, przyjemnym, a na farsy i komedie bilety szybko znikają. Jeśli zdarzy się spektakl gościnny z serialową obsadą, wtedy publiczność jest gotowa zapłacić za bilet o wiele więcej. Takiego powodzenia nie mają trudniejsze, wymagające sztuki...
Jesteśmy miastem „monoteatralnym”, więc repertuar, jaki proponujemy, musi być różnorodny, trafiający do możliwie najszerszego kręgu odbiorców. To normalne zjawisko, ale nie zwalnia nas z obowiązku prezentowania sztuki niosącej poważne problemy współczesne, jak chociażby „Iwona, księżniczka Burgunda” czy „Martwe dusze 2.0”. Dużą rolę w tym, żeby ludzie interesowali się teatrem, odgrywa Twoje środowisko. Myślę o recenzjach. Nie mogę na nie narzekać, ale uważam, że wielką szkodą nie tylko dla Teatru było np. to, że po „Pontyfikale” granym w katedrze nie ukazała się żadna recenzja. A przecież było to ważne, kulturalne wydarzenie. Dzięki inicjatywie ks. prof. Henryka Seweryniaka, który był pomysłodawcą i autorem scenariusza, ożyły XII-wieczne misteria.
Napisałam obszerną zapowiedź. Przyszło dużo ludzi. Nie możesz narzekać...
To nie jest „płacz” artysty, że nikt mnie nie rozumie. Ten repertuar, który gramy – Szekspir, Lem, Szaniawski, Gombrowicz – mówi o problemach współczesnych. Niekoniecznie bezpośrednio, bo w sposób metaforyczny, ale teatr jest metaforą życia. Nie życiem jako takim. Grany przed laty „Nosorożec” nie cieszył się takim wzięciem, jak miałem nadzieję. A mówił o zagrożeniach ciągle żywych, pomimo upadku wielkich totalitaryzmów. A po co ja robię teatr? Żeby coś powiedzieć. Zobacz, co się dzieje za oknami. Zaczynają nam wracać nosorożce.
Trochę marudzę, bo chciałbym ideału. Wiem, że spora część establishmentu jeździ do Warszawy na spektakle. Dobrze, ale nie powinni omijać lokalnej sceny. Zależy nam, żeby ludzie przychodzili i kupowali bilety tutaj. Opowiem ci anegdotę. Kiedy graliśmy „Dziady” w katedrze, przyszedł do mnie nasz akustyk Krzysiu Wierzbicki i opowiada, że jego znajomi uważają, że „w teatrze nic się nie dzieje”. Pyta ich więc: „A co chcielibyście zobaczyć? Odpowiadają: „Dziady”. Krzysiek na to: „Przecież gramy je w katedrze”. I wielkie zdumienie: „Gracie?”.
Teatr jest widoczny w mieście i cieszy się wielką sympatią. Znalazłem w Płocku wielu cudownych ludzi nie tylko z obszaru sztuki, pięknych duchowo. Bez nich pewnie nie siedziałbym tutaj tak długo. Wrosłem w „mój” teatr, miasto, Mazowsze. Nadajemy, jak to się mówi, na tych samych falach. To jest niesłychanie cenne, żeby pielęgnować takich ludzi.
Jesteś jedynym reżyserem, który wprowadził na polskie sceny tyle inscenizacji literatury czeskiej, poczynając od „Przygód dobrego wojaka Szwejka” wg Haška, z Grażyną Zielińską w tytułowej roli, po „Myszy Natalii Moshaber” Ladislava Fuksa, z chwaloną przez krytykę Hanną Zientarą.
Po studiach w PWST trafiłem do Czechosłowacji – Sceny Polskiej, do Czeskiego Cieszyna. Potem cztery lata studiów w Pradze – reżyseria w Akademie múzických umění. Nie dość, że „przesiąkłem” czeską kulturą, ale może (tak sobie myślę) spłacam jakiś dług? Wiele rzeczy, z którymi obcowałem, jest bliska mojemu myśleniu o życiu, o – nazwijmy to górnolotnie – sztuce. Zresztą to syndrom, który możemy obserwować u wielu ludzi (różnych profesji), którzy studiowali za granicą. Otwierają się inne od naszych spojrzenia na świat. Reżyserując czeskie sztuki, chciałem aktorom i widzom pokazać inne od naszych perspektywy. Te „czeskie” realizacje cieszyły się powodzeniem u widzów, a za szczególną ciekawostkę uważam to, że w kilku inscenizacjach, jak we wspomnianym przez Ciebie Hašku, „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” Zelenki czy „Bambini di Praga” Hrabala, aktorzy śpiewali czeskie piosenki w oryginale. Chyba jesteśmy pod tym względem jedynym polskim teatrem. Zresztą, co mnie szczególnie cieszy, nucą te piosenki podczas naszych posiadów towarzyskich.
Dwa przedstawienia z literatury czeskiej graliśmy w Czechach. Haška w miejscowości, w której zmarł, i „Myszy Natalii Mooshaber” w Pradze, w Divadle pod Palmovkou i na Festiwalu w Czeskim Cieszynie, gdzie Hania Zientara za tytułową rolę dostała Cieszyńskiego Anioła – nagrodę za najlepszą kobiecą rolę.
Jubileusz 50-lecia płockiej sceny zbiega się z twoimi prywatnymi rocznicami. Jesteś aktorem (PWST w Warszawie), reżyserem (Praga) i od 1990 roku dyrektorem teatru w Płocku. Już wiesz jaki robić teatr?
To odwieczne pytanie. Przez 35 lat mojego dyrektorowania tyle się w Polsce zmieniło. Żeby nie wchodzić w uczone dywagacje, proszę czytelników, niech odpowiedzą sobie np. na pytanie, kto miał wtedy smartfona, laptopa itp. Musieliśmy my, jako instytucja i ja jako szef, nieustannie reagować na wszystkie zmiany. Dotyczy to również zmieniających się gustów, zainteresowań publiczności. Jak widać z tego, jak teatr działa, poszukuje nowych form wypowiedzi, sadzę, że w jakimś stopniu wiem, jak go robić.
Po drodze był świetny „Jeremiasz” Karola Wojtyły, kameralne spektakle poetyckie. Co kilka sezonów przypominasz Broniewskiego.
„Jeremiasz”? Daj panie Boże, jakie to było przedstawienie! Nie cieszyło się jednak takim zainteresowaniem publiczności jak młodzieńcze dramaty Wojtyły, grane na płockiej scenie za czasów Marczewskiego – Stępniaka. Wtedy ludzie szli wieczorami do teatru, bo nasz papież napisał sztukę. W 1991 podczas Światowych Dni Młodzieży w Częstochowie na życzenie publiczności zagraliśmy dodatkowy spektakl, owacyjnie przyjęty.
Patron teatru, Szaniawski, też powinien być zadowolony. W repertuarze jest wiele jego sztuk, a w czasie pandemii nakręciliście czteroodcinkowy film o Szaniawskim „Nie wszystko się kończy z zapadnięciem kurtyny”. Teatr jeździł dużo po terenie z „Orylami”, „Florianem” i „Mirą”. Były wyjazdy zagraniczne.
Kontakty zagraniczne to była wieloletnia współpraca w Teatrem Cieszyńskim w Czeskim Cieszynie i udział w Międzynarodowym Festiwalu Teatrów Moraw i Śląska, występy w Ukrainie w Iwano-Frankowsku i w Krzemieńsku, na Festiwalu Classic Today oraz w Wilnie. Kilkanaście lat temu z powodzeniem występowaliśmy w Federacji Rosyjskiej w Nogińsku i na Festiwalu Czechowa w Mielichowie. Przywoziliśmy laury i uznanie. Mówisz o „Orylach” i „Florianie” – spektaklach plenerowych, z którymi dotarliśmy do małych miejscowości, w których nie gościł dotąd profesjonalny teatr.
W tym sezonie wracasz do „Króla Ubu”, którego na płockiej scenie już wystawiłeś z Jackiem Mąką w roli głównej. Co teraz, po latach, chcesz zobaczyć w spektaklu z początku wieku piętnastoletniego autora Alfreda Jarry’ego?
„Ubu” to groteskowy obraz współczesnego świata. Chociaż od mojej realizacji minęło 30 lat, nadal jest boleśnie aktualny. Ale uprzedzam – to nie będzie agitka polityczna. Tym tytułem kontynuuję to, co wyszło w tym sezonie. Z „Ubu” ciągnę w tym samym kierunku.
Do końca sezonu planuję jeszcze „Motyle są wolne” Leonarda Gershe w reżyserii Dariusza Poleszaka-Hassa i musical „Bestia i Piękna” w reżyserii Andrzeja Ozgi.
Najważniejsze w tym sezonie wydarzenie związane jest z 500. rocznicą włączenia Mazowsza do Korony. Przygotowujemy spektakl „Mazowsze w Koronie”, z którym, podobnie, jak z „Orylami”, ruszymy w objazd. Rozmawiałem już o organizacji wyjazdów z władzami Starostwa. To ważne przedsięwzięcie. Przypomnieć i uświadomić widzom korzenie naszego jestestwa.
Kiedy obserwuję, co się w teatrach polskich dzieje, cieszę się, że naszym organem założycielskim jest Samorząd Województwa Mazowieckiego. Dzięki temu możemy spokojnie realizować to, co zaplanujemy. Mamy świetne warunki do realizacji naszych marzeń i pomysłów.
Fot. Waldemar Lawendowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze