Z ks. prof. dr hab. Henrykiem Seweryniakiem, wikariuszem biskupim, wykładowcą teologii fundamentalnej w Wyższym Seminarium Duchownym w Płocku, kierownikiem Katedry Chrystologii i Eklezjologii Fundamentalnej na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, rozmawia Elżbieta Grzybowska
Miał ksiądz to szczęście, że spotykał osobiście Papieża Jana Pawła II. Kiedy ostatnio?
W Polsce, w Krakowie, podczas ostatniej pielgrzymki w 2002 roku, przy campusie uniwersyteckim. Reprezentowałem tam Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Stałem jeszcze z dwoma księżmi, podjechał Papież, zatrzymał się na wprost i popatrzył na nas: ja tego wzroku nigdy nie zapomnę. Powiedziałam wtedy do ks. Pawła Bortkiewicza: „Patrz, Paweł: skała, to jest skała”. W tym wzroku było zmęczenie, bo przed chwilą Papież konsekrował świątynię w Łagiewnikach, ale jednocześnie czuło się, że to jest naprawdę skała: takiej jasności, przejrzystości, pewności Kościoła. Zapamiętałem też spotkania z Janem Pawłem II podczas moich studiów na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, w latach 1980-1984.
O Ojcu Świętym Janie Pawle II mówi się, że to prorok. Z bólem obserwowaliśmy ostatnie dni życia papieża, kiedy zamilkł, a jednocześnie widać było, jak bardzo zależy mu na tym, żeby mógł do nas przemówić.
To milczenie było uderzające. Bywa tak, że prorok to ktoś, kto woła na pustyni. Oczywiście 26 lat pontyfikatu wystarczyło, żeby Jego głos został usłyszany, zburzył systemy i otworzył drzwi, ale powiedzmy to sobie też szczerze: to było też często wołanie na pustyni.
Papież rozpoczął swój pontyfikat wezwaniem „Nie lękajcie się!”.
Kościół musi być odważny, dumny z Ewangelii, jaką ma przekazać światu. Ma nie być Kościołem hamletycznym, ciągle zastraszonym z jednej strony przez kapitalizm, z drugiej strony przez komunizm, w 1978 r. jeszcze taki bardzo modny. Dla Papieża „nie lękajcie się” z jednej strony oznaczało poczucie dumy, że jesteśmy chrześcijanami, że Ewangelia nie oznacza skansenu, budowania Kościoła dyplomacji, Kościoła pychy, Kościoła staroświecczyzny. Osobowość Jana Pawła II sprawiła, że pokazał Kościół normalnych gestów, normalnych czynów.
Papież, tak jak chciał, „odnowił oblicze tej ziemi”?
Nie do końca. Chciał, aby Kościół na nowo poczuł wiosnę. Zrodziło się całe pokolenie ludzi młodych, które powiedziało, że jest pokoleniem Jana Pawła II. Niewątpliwie Papież chciał jeszcze pójść dalej, w głąb ludzkich serc. Chciałbym, abyśmy nie zapomnieli o przesłaniu, jakie zostawił nam w Płocku. Uważam, że najważniejszym dniem w dziejach Mazowsza był 7 czerwca 1991 r., kiedy On tu był. Mówił o 10 przykazaniu: że powinniśmy się starać, żeby sobie nie zazdrościć, byli zaradnymi, ale nie niszczyć innych.
Odszedł od nas Ogromny Charyzmatyk. W godzinie śmierci towarzyszyły mu tłumy, do których pielgrzymował. Oprócz katolików modlą się za niego także wyznawcy innych religii: protestanci, prawosławni, żydzi, muzułmanie.
Jan Paweł II był mistykiem, a zarazem wybitnym filozofem, miał genialną pamięć. Przy tym potrafił wyjść do ludzi. On nie grał papieża, nie musiał dbać o żadną etykietę czy cały czas patrzeć na zegarek. On tylko był papieżem, to było jakby w niego wpisane. Przy tym wielu ludzi widziało w Nim piękno zewnętrzne, jakby odbicie samego Boga. Obserwowałem kiedyś modlitwę Papieża, kiedy przed mszą wyjmował z klęcznika karteczki włożone tam przez ludzi proszących o modlitwę. To była modlitwa westchnień, jęków, niewysłowionego błagania, tam nie było słów. On potrafił nieraz całymi godzinami zastygnąć w modlitwie.
Śmierć w wigilię święta miłosierdzia, które ustanowił sam Papież, też wydaje się być symboliczna. A orędzie o Miłosierdziu Bożym przecież zaczęło się tu, w Płocku.
Na Błoniach krakowskich w 2002 r. usłyszeliśmy to piękne zdanie: „W myślach przemierzam ten świetlisty szlak, na którym św. Faustyna Kowalska przygotowywała się do orędzia o miłosierdziu – od Warszawy przez Płock, Wilno, po Kraków – wspominając również tych, którzy na tym szlaku służyli Apostołce miłosierdzia pomocą”. W książce „Pamięć i tożsamość” Papież pisze, że dla niego największym przekonaniem całego pontyfikatu było to, iż grzech tego świata może być zwyciężony tylko przez wiarę w Boże miłosierdzie. Istotą orędzia o miłosierdziu jest takie otwarcie się na drugiego człowieka, podczas którego zapomina się o sobie. Byłem wewnętrznie przekonany, że Ojciec Święty odejdzie w dzień miłosierdzia Bożego, bo tak naprawdę w sobotę wieczorem to nie było już nawet wigilia, ponieważ o godz. 20.00 abp Stanisław Dziwisz odprawił mszę św. z drugiej niedzieli paschalnej – właśnie miłosierdzia Bożego.
W ostatnią sobotę około godziny 22.00 usłyszeliśmy komunikat, że 2 kwietnia 2005 roku o godzinie 21.37 odszedł do domu Ojca Papież Jan Paweł II. Został ludzki ból. Jak sobie z nim poradzić?
Moja najprostsza odpowiedź: uczciwie. Nasze łzy to takie łzy, których nie trzeba się wstydzić. Umarł ktoś, kto naprawdę był cząstką nas samych, dlatego Polacy mają prawo do płaczu. Gdy zostawałem księdzem w latach gierkowskich, to nigdy nie pomyślałem, że przez 26 lat mojego kapłaństwa papieżem będzie Polak. To jest tak piękne i nieprawdopodobne. Kościół dlatego tak długo przeżywa śmierć Papieża, bo to ma być czas modlitwy. W Płocku każdego dnia o godz. 18.00 spotykamy się w katedrze na Eucharystii, wołamy do Boga, żeby dał nam kogoś, kto nas dalej poprowadzi.
Płacz wiernych po śmierci Papieża nie oznacza, że są ludźmi małej wiary?
Nie, mamy do niego prawo jako chrześcijanie. Kiedy widzę Ojca Świętego leżącego na marach, to mówię sobie, że to niemożliwe, bo przecież On był dla mnie wcieleniem tego, co wieczne, co piękne, w taki trwały, nieprzemijający sposób. To było tyle lat promieniowania ludzkiej dobroci, że ja mam prawo powiedzieć „niemożliwe”. Nie wiem, czy się można nauczyć umierać, ale Papież coś takiego nam też pokazał. Musimy sobie uświadomić, że dla nas jeszcze pogrzeb Jana Pawła II będzie wstrząsającym przeżyciem. Teraz jest potrzeba wyciszenia, modlitwy.
Zaledwie tydzień temu była Wielkanoc i śpiewaliśmy: Otrzyjcie już łzy płaczący, żale z serca wyzujcie, wszyscy w Chrystusa wierzący, weselcie się, radujcie. Na śmierć Papieża człowiek wierzący patrzy w perspektywie zmartwychwstania.
Przeżywamy żal, ale z drugiej strony jesteśmy gotowi powtórzyć to, co Papież powiedział na zakończenie swojej wizyty w polskim parlamencie: „Ale nam się wydarzyło”. Każdy z nas, kto miał szczęście przeżyć część swojego życia, a niektórzy nawet całe, razem z Nim, to będzie dalej opowiadał, ile przeżył z tym Papieżem: że odzyskał niepodległość, że poczuł się dumny ze swojej wiary, że stał w Płocku wśród 600 tysięcy ludzi i w pewnym momencie przestał padać deszcz, wyszło słońce i poczuliśmy, jak nam jest razem z Nim dobrze, choć jesteśmy tacy zmęczeni i zmoknięci. Pamiętam blask tego słońca. Albo na Błoniach krakowskich, kiedy komentator poprosił ponad 2 mln ludzi, żeby przygotować się do mszy św. i w ciągu tych 2 minut była cisza. Tej ciszy się nigdy nie zapomni. To była najpiękniejsza nauka człowieczeństwa.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze