Z Jarosławem Araszkiewiczem, trenerem drużyny piłki nożnej Wisły Płock rozmawia Jola Marciniak
– Ma Pan podpisany kontrakt do 30 czerwca 2011 roku. Czy to oznacza, że obiecał Pan prezesowi Wisły awans na koniec sezonu? – Obiecał? Trudno tak to ująć, ale na pewno chcę, żeby Wisła awansowała i wróciła, przynajmniej na dziś, na zaplecze ekstraklasy. A później zobaczymy. Ja na swoim koncie mam awans z Sandecją, z Kolejarzem Stróże, trochę zabrakło mi z Wartą, ale przecież nie ma ludzi nieomylnych. Każdy popełnia jakieś błędy. Mógł więc popełnić błąd prezes Leszczyński, zatrudniając mnie. Ja staram się wszędzie bardzo dobrze wypełniać swoje obowiązki i z żadnego klubu, w którym pracowałem, nie musiałem uciekać. Nasze rozstania zawsze były kulturalne, a co ważne, zawsze mogę tam wrócić. – Zanim padła propozycja, by przeniósł się Pan na Mazowsze, z czym kojarzyła się Panu Wisła Płock? – Przede wszystkim z zawodnikami, którzy w Wiśle grali, z zespołem I ligi, potem nazwanej ekstraklasą. Jak dobrze sobie przypominam, to w tym klubie zawsze było zbyt dobrze. Od wielu lat Wisła może nie to, że się staczała, ale spadała coraz niżej swojego poziomu. Ja grałem w Lechu, gdzie przez pół roku nam nie płacili i jednak staraliśmy się utrzymać dobry poziom. A przecież to, co mamy teraz w Płocku, to nie efekt ostatnich kilku tygodni, ale kilku ostatnich lat. Grałem wiele razy przeciwko Wiśle, nawet strzelałem bramki, dziś mogę, oczywiście w żartach, przeprosić za to kibiców. – Zna Pan kogoś w Płocku, może zawodników? – Tak, mam tu dwóch przyjaciół: Bobka Pachelskiego i Marka Rzepkę, którzy grali w Wiśle. Już dzwonili do mnie i obiecywali, że mnie odwiedzą. Cieszę się na te spotkania. – Kilka miesięcy temu świętował Pan z zespołem Kolejarza Stróże awans do I ligi, a potem rozstał się z klubem i został bez pracy. Jak to się stało? – Zrobiłem awans, a potem rozstaliśmy się w kulturalny sposób. Ale zawsze mogę zadzwonić do klubu, czy nawet senatora Koguta, porozmawiać, pośmiać się i pożartować. – Ponoć swój udział w tym rozstaniu mieli kibice drużyny. Nie potrafił się Pan dogadać z fanami zespołu? – Powiem tak. Jeśli jest powód do tego, by obrażać zawodników i mnie, ale nie moją rodzinę, czy inne osoby, to proszę bardzo. Ja wiem, że nie zawsze graliśmy tak, jak kibice sobie tego życzyli, ale celem był przede wszystkim awans i zespół skupiał się na tym, by cel osiągnąć, bo liczy się tylko końcowy wynik. W Stróżach graliśmy mecze bardzo dobre i słabe. Właśnie u siebie graliśmy słabiej, zdecydowanie lepiej na wyjeździe. Była grupa kibiców, którym to się nie podobało. Ale cóż, takie jest życie. – Teraz przyszedł Pan do klubu, w którym oczekiwania na awans są jeszcze większe. Od kilku lat Wisła nie jest w stanie wrócić do poziomu, który prezentowała przed laty… – Od razu mówię, że absolutnie nie mam zamiaru oceniać pracy trenera Złomańczuka. Znam go prywatnie i cenię. Na pewno nigdy nie zrzucę winy na poprzednika. Ja wziąłem na siebie obowiązek i muszę sprawić, by zespół grał lepiej i skuteczniej. I to mam zamiar przede wszystkim osiągnąć. – Po tych kilku pierwszych dniach poznał Pan lepiej swoich podopiecznych? – Tak, najszybciej poznałem ich imiona i nazwiska. Moim zdaniem, do każdego zawodu trzeba mieć „fifkę”. Obojętnie, czy ktoś chce być dobrym ogrodnikiem, czy budowlańcem. Tak samo jest z zawodem piłkarza. Zawsze powtarzam, że to jest chyba jeden z najpiękniejszych zawodów świata. Piłkarze grają na świeżym powietrzu, co prawda od czasu do czasu pada, ale to mało ważne. Przychodzą oglądać ich poczynania kibice. To najwięksi krytycy, którzy od razu pokazują swoje emocje. Kiedy jest dobrze, to biją brawo, a kiedy źle, to niestety obrażają, ale najczęściej wiadomo dlaczego. Po 90 minutach spektaklu wiadomo, czy jest pięknie, czy trzeba schodzić z boiska z opuszczoną głową. Ja wpajam zawodnikom, że może być pięknie, ale muszą bezwzględnie wykonywać to, co nakazuje im trener. Pochodzę z Wielkopolski, gdzie nie brakuje naleciałości niemieckich, dlatego staram się bezwzględnie wymagać: punktualności, dyscypliny i odpowiedzialności za swoje czyny. I tu nie ma wyjątków, takie zasady stosuję do wszystkich, bez względu na nazwisko czy pozycję w drużynie. Wszystkich równo traktuję, u mnie nie ma świętych krów. Powiedziałem zawodnikom jasno, że jeśli coś będzie nie tak, ktoś mnie zawiedzie, albo nie będzie spełniał oczekiwań, to szybko go tu nie będzie. Nie wiem, jak załatwi to prezes, ale z drużyny będzie musiał odejść. Dla mnie liczy się tylko dobro drużyny, a nie sprawy indywidualne. – Zanim zadzwonił do Pana prezes Leszczyński, to szukał Pan nowej pracy, czy tylko odpoczywał? Przez dwa miesiące odpoczywałem, ale trochę brakowało mi adrenaliny. A z telefonem od prezesa Wisły to łączy się taka anegdota. Mam znajomego, którego końcówka telefonu jest taka sama jak prezesa Leszczyńskiego. Kiedy do mnie zadzwonił, nie mogłem akurat odebrać. Byłem pewien, że to telefon od znajomego i od razu powiedziałem, że oddzwonię. I rzeczywiście, za chwilę oddzwaniam i pytam, czego ode mnie chce, rozmawiałem jak z kumplem, a tu słyszę, mówi Leszczyński, prezes Wisły Płock. W ten sposób rozpoczęliśmy pierwszą rozmowę i, jak się okazało, współpracę. – Kiedy dogadywaliście z prezesem sprawę zatrudnienia, to chyba prezes nie ukrywał, że cały sportowy Płock liczy na powrót do I ligi? Gdyby Wisła miała grać dalej w II lidze, to poradziłaby sobie … bez trenera. Mają potencjał, ale musi nastąpić eksplozja. Nie wiem kiedy to będzie, czy od razu, czy potrzeba będzie kilkunastu dni, ale musi nastąpić. Niestety, nie wygraliśmy pierwszego wspólnego spotkania w Elblągu, ale tam bardzo trudno zdobyć punkty. Przed meczem mówiłem, że nawet jak będziemy grać słabo, ale wypracujemy chociaż jedną sytuacje, to musimy ją bezwzględnie wykorzystać. Niestety, nie udało się. – A może Olimpia, to było takie dno, od którego wreszcie Wisła się odbiła i teraz będzie piąć się w górę? – Ja myślę, że żadnego dna nie było. – Ale Wisła miała ze wszystkimi wygrywać i zajmować miejsce premiowane awansem. Tymczasem tracimy punkty do lidera… – Powiem tak. Z Kolejarzem po rundzie jesiennej byłem chyba na V miejscu ze stratą 3 czy 4 punktów. Wszyscy mnie uspokajali, bo w latach poprzednich, gdy drużyna też walczyła o I ligę, po połowie sezonu prowadziła w tabeli. Ja wiem, że wszyscy, a przede wszystkim kibice będą żądali, żebyśmy przed przerwą byli na I miejscu. Ma to oczywiście swoje zalety, bo wiosną inni muszą gonić lidera. Myślę jednak, że taka niewielka strata potrafi zmobilizować do lepszej gry i przynieść efekt. – A tak przy okazji, to kontrakt został podpisany tylko do końca sezonu, a potem pożegna się Pan z Płockiem? – Niekoniecznie. Ale ja nie lubię się nikomu narzucać. Poza tym mam świadomość, że cały czas uczę się zawodu. Dogadaliśmy się z prezesem na współpracę, na razie do końca sezonu, ale coraz bardziej mi się tu podoba. Łatwo przyzwyczajam się do nowego miejsca, pochodzę z nizin, tu też są niziny, ale bardzo dobrze czułem się też w Nowym Sączu, gdzie wszystko było inne. Wszędzie poznawałem nowych ludzi, zaprzyjaźniałem się. Ze mną jest łatwo współpracować, bo wiadomo powszechnie, jakie mam zasady i jeśli mogę być im wierny, to nikogo nie skrzywdzę. Zawsze jestem gotów rozmawiać, tłumaczyć. Pewnie dlatego, kiedy ogłoszono, że podjąłem pracę w Płocku, dostałem tak dużo telefonów z gratulacjami. – Nie mogę nie zapytać o pracę z młodzieżą. W Wiśle są grupy młodych, obiecujących piłkarzy. Czy będzie Pan starał się ich wykorzystać w pierwszej drużynie? – Tak, będę się im przyglądał. Mam bardzo dużo czasu, który chcę poświęcić swojej pracy. Będę obserwował między innymi mecze drugiego zespołu. Wiem, że jest tam kilku piłkarzy, którzy byli w pierwszej kadrze. Chcę zobaczyć ich w akcji i to nie raz, bo nie wierzę, że po jednym meczu można ocenić umiejętności zawodników. Chcę też porozmawiać, dowiedzieć się, dlaczego stracili zaufanie poprzednich trenerów. Każdy przecież ma swoją wizję, rację, ja staram się wysłuchać wszystkich i wyciągać własne wnioski. – Odejdźmy na chwilę od spraw Wisły. Dlaczego Pana zdaniem polskiej reprezentacji i najlepszym klubom ekstraklasy tak daleko uciekła Europa, nawet ta środkowa? - Wydaje mi się, że receptą byłby powrót do korzeni, tak jak kiedyś moje pokolenie podchodziło do gry w piłkę. My trenowaliśmy bardzo ciężko, może ta nasza gra nie była taka agresywna jak to jest dziś, ale byliśmy lepiej wyszkoleni technicznie, chociaż muszę przyznać, że robiliśmy wszystko w wolniejszym tempie. I chyba wtedy tak nie odstawaliśmy od Europy. Moim zdaniem zawodnika trzeba przede wszystkim przekonać, że ciężko pracując może coś w życiu osiągnąć. Nic nie ma za darmo. Każdy ma talent, ale musi go poprzeć pracą. Wtedy ma szansę na sukces, jeśli będzie bardzo tego chciał. Najlepszym przykładem z Płocka jest Irek Jeleń. Tu brylował, ale kiedy dostał ofertę z Auxerre, to wyjechał i nie spoczął na laurach, tylko chciał coś osiągnąć i to mu się udało.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze