Meble, ubrania, sprzęty gospodarstwa domowego, dokumenty, pamiątki. Słowem - cały zebrany w domu dobytek, stracili Teresa i Henryk Siedlichowie z Radzanowa, w pożarze, który dotknął ich dom w niedzielę, 6 kwietnia.Tego samego dnia na mszy św. podczas zakończenia rekolekcji proboszcz ks. Franciszek Stepnowski ogłosił, że za tydzień, w Niedzielę Palmową, cała taca zostanie przeznaczona na pomoc pogorzelcom. Parafianie nie zawiedli - na tacę zebrano wówczas pięciokrotnie więcej, niż w inne niedziele. Może dlatego, że Wielki Post jest czasem jałmużny, a może z powodu empatii: komuś stała się nie zawiniona krzywda, stracił dom nad głową i wszystko, czego udało się w nim dorobić. Przyczyną było zwarcie instalacji elektrycznej. Nikt nie przewidział, że w ten sposób zakończy się dziwne iskrzenie, które pojawiło się w przeddzień pożaru na pobliskim słupie energii elektrycznej. Dramat Siedlichów naprawdę rozpoczął się rano 6 kwietnia: - W niedzielę przed siódmą rano, kiedy się przebudziłem, usłyszałem jakby szum na strychu. Wszedłem tam i zobaczyłem, że się pali w miejscu, gdzie przebiegała żyła świetlna. Szybko zszedłem na dół, wykręciłem bezpieczniki. Kiedy wróciłem na strych, ogień się jeszcze nie rozszerzał. Pod ręką nie było jednak niczego, czym można by go było zdusić. Pobiegłem po wodę, wylałem pierwsze wiadro, potem następne, ale ogień tylko się rozszerzał - relacjonuje Henryk Siedlich. Potem było już tylko coraz gorzej. Ze zdenerwowania, gospodarz nie chcący wyrwał kabel od telefonu, więc żona musiała pobiec do sąsiadów, skąd udało się zadzwonić po straż pożarną. W międzyczasie z domu wybiegła 6-letnia córeczka Kinga, spojrzała na dach i zaczęła rozpaczać, że nie ma już domku. Kiedy z domu wybiegł jej ojciec, paliło się już pół dachu. Sytuacji nie było w stanie uratować pięć samochodów Straży Pożarnych z Radzanowa i okolic. Czteroosobowa rodzina Siedlichów (jest jeszcze zaledwie dziesięciomiesięczny Dawid) znalazła się bez dachu nad głową. Na szczęście nie zostali bez pomocy. Ksiądz Franciszek Stepnowski przekazał im 2 tys. 630 zł zebrane z tacy podczas Niedzieli Palmowej i podarował szafki. Sołtys zebrał we wsi 2 tys. 5 tys. zł. Ludzie ze wsi przynieśli ubrania. Gmina wypożyczyła kontener mieszkalny (ogrzewany gazowym piecykiem, jest w nim ciepło), więc Siedlichowie po sześciodniowym pobycie u państwa Grabarczyków mogli powrócić w domowe pielesze. Na szczęście dom był ubezpieczony, więc część środków na odbudowę Siedlichowie dostaną z ubezpieczenia, ale na wszystko potrzeba aż około 50 tys. zł. Z 11 ha ziemi się znikąd się tego nie weźmie. Nadzieja w tym, że zechcą pomóc firmy, które mogą podarować na przykład materiały budowlane. Na szczęście to już wiosna, więc na razie w kontenerze można mieszkać, ale czy do jesieni uda się odbudować dom? To wielki znak zapytania. Gmina nie poprzestała na kontenerze: - Rodziną Siedlichów zajmuje się nasz GOPS, dostaną od nas zasiłek. Radni zaproponowali, że przekażą im pieniądze z diet z następnej sesji Rady Gminy, co uczynili już członkowie gminnej komisji rewizyjnej. Interesujemy się losem tej rodziny i pomożemy jej na tyle, na ile będzie to możliwe - deklaruje wójt Tadeusz Pokorski. Osoby lub firmy zainteresowane jakąkolwiek formą pomocy rodzinie Siedlichów prosimy o kontakt z redakcją “TP”. (eg) Fot. D. Ossowski Podpis: Rodzina państwa Siedlichów na progu spalonego domu
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze