Reklama

Kup pan jagody

28/07/2004 12:41
W słojach pysznią się świeże, dopiero co zerwane z krzaka jagody. W skrzynce na klienta czekają dorodne czereśnie. Łubianki wypełnione są okazałymi, tegorocznymi podgrzybkami. Nie, nie, nie jest to stragan na wsi czy w centrum lasu. To przydrożny handel – źródło utrzymania ludzi mieszkających w pobliży drogi krajowej nr 60, wiodącej z Płocka do Gostynina.
Schludnie ubrany mężczyzna w niebieskiej koszuli w ogóle nie przypomina kogoś, kto nie ma na chleb. Tego dnia stanął w pobliżu stadniny w Łącku. Tu mieszka. Jest bezrobotny. Dzień zaczął o piątej rano – poszedł do lasu na jagody. Dziś może sprzedać 5 litrów: – Mógłbym znaleźć dorywczą pracę, ale bardziej opłaca mi się zbierać jagody i grzyby, niż pracować praktycznie za darmo, bo za 3,50 zł za godzinę i jeszcze wykłócać się o wypłatę, gdy tymczasem cukier kosztuje prawie 4 zł.
Rozmawia chętnie, ale nie podaje nazwiska. Sprzedaje tak już drugi rok. Litr jagód kosztuje u niego 5 zł, a łubianka grzybów 15 zł (sprzedający są solidarni, bo te same ceny powtórzą się później u innych). Czasami uda się sprzedać 5-6 litrów jagód. Te 30 zł dziennie dziennie idzie na życie, na chleb, ale i odzież.
Z tego żyją
Nie ma konkurencji. Nieopodal stoi Jadwiga Sicińska (jest jedyną a naszych rozmówców, który nie ma oporu przed podaniem swojego nazwiska), też z Łącka, a po drugiej stronie drogi jej wnuk, uczeń szóstej klasy szkoły podstawowej. W tej rodzinie do lasu idzie cała rodzina: seniorka, czyli nasza rozmówczyni, córka z zięciem i dwoje wnucząt: – Musimy tu sprzedawać, bo tylko z tego się utrzymujemy. Ja mam bardzo niską rentę, zięć pracuje, córka nie. Wypłaty idą na długi, bo musieliśmy wykupić mieszkanie. Jak dziennie utarguje się 30-50 zł, to wszystko zaraz idzie do sklepu.
Mówi, że dużo rodzin z Łącka tak sobie radzi, bo inaczej trudno związać koniec z końcem: – Nikt się nas nie czepia, ale jak idziemy do gminy po zapomogę, to słyszymy, że teraz można sobie dorobić.
Wnuk po drugiej stronie jezdni nie narzeka, że ma takie wakacje. Mówi, że lubi sprzedawać, a kupujący są grzeczni.
Jedziemy kilka kilometrów dalej. Jest para: kobieta z synem, który zdał do gimnazjum. Mają czereśnie (6 z za kg), jagody i grzyby. Kobieta sama nie zbiera i nie zrywa, sprzedaje tylko przywożony towar, zatrudniła ją znajoma. Tylko grzyby – prawusy zebrał mąż. Mieszkają w Ludwikowie: – Na utrzymaniu za rentę męża jest pięcioosobowa rodzina, w tym troje dzieci w szkole, starsze dojeżdżają. Bardzo dużo ludzi z tych stron sprzedaje przy drodze – mówi kobieta. Czy syn całe wakacje spędzi przy drodze?: – Kolonie dla dziecka? Człowiek się martwi, żeby na chleb było, a kolonie.... – nie kończy zdania.
Na kupujących nie narzeka, to kulturalni ludzie. W czasie rozmowy obok rozkłada swój kramik inna kobieta. Najpierw nie ma nic do powiedzenia, ale po chwili, zwabiona rozmową, podchodzi do grupy. Wszystkie kobiety pochodzą z okolicznych wsi: Ludwikowa, Legardy, Sendenia, Łącka: – Nie mam nic: ani pracy, ani kuroniówki, ani renty. Tu nie ma dużych gospodarstw, wszystko zdane na państwo, nikt nie zatrudni na godziny do pracy w polu – mówi sprzedawczyni jagód. Wczoraj nie sprzedała nic, choć stała cztery godziny od wpół do czwartej do wpół do ósmej wieczór: – Lepsze to od siedzenia w domu i czekania nie wiadomo na co, bo inaczej człowiek by się chyba wściekł.
Kobiety mówią, że policja się nie czepia, wypadków drogowych nie było. Kiedyś tylko zwrócili uwagę, żeby nie stać przy dwóch liniach ciągłych. Ale lata praktyki robią swoje i kobiety poznały już podstawowe przepisy ruchu drogowego: – Żeby tylko było więcej kupujących, to by był jakiś zysk. Nieraz się targują, to człowiek schodzi z ceny, bo chce sprzedać, choć nie ma tych pieniędzy za dużo.
Ale właściciele drogich aut liczą grosz do grosza. Jeśli ktoś kupuje dużą ilość jagód, bierze hurtowo, może liczyć na rabat.
Trzecia z kobiet jest właśnie na urlopie, przy drodze sobie dorabia. Musi, bo mąż nie pracuje, a za 800 zł miesięcznie z jednej pensji trudno wyżyć. W przydrożnym handlu ma już rutynę: – Ale jak nie sprzedam, to jestem wściekła, bo się tu nasiedzę, łeb pęka w szwach, a wszystko na nic.
Wszystkim rozmowom towarzyszy nieustający szum przejeżdżających samochodów. Trudno postać kwadrans, a co dopiero stać wiele godzin. Kiedy już wracamy do Płocka, widzimy, że liczba sprzedających w Łącku podwoiła się. Dobrze, że las w tym roku obrodził.

Elżbieta Grzybowska





Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości