Reklama

Kto usłyszy Józefa K.?

10/04/2014 08:39
Jeszcze na kilka dni przed premierowym przedstawieniem Marek Mokrowiecki, autor adaptacji i reżyser Procesu, nie był zdecydowany, czy spektakl podzielić antraktem. W rezultacie przerwy nie było – z korzyścią dla całości. Ponad godzinę premierowa publiczność śledziła w skupieniu losy Józefa K., podróżującego po mrocznych zakamarkach wykreowanego na scenie świata.
O realizacji tego spektaklu Mokrowiecki myślał od ubiegłego roku, ale rozpoczęte próby zostały przerwane. W końcu udało się powrócić do pomysłu i przenieść na deski płockiej sceny jedno z najsłynniejszych dzieł Kafki. Reżyser wybrał przekład Brunona Schulza i sam zrobił adaptację. Odżegnując się od jednoznacznych interpretacji Procesu, pozostał wierny pierwowzorowi literackiemu. Za wybór poważnej klasyki, która uświetniła obchody Międzynarodowego Dnia Teatru, należy mu się pochwała, zwłaszcza że Proces nieczęsto trafia na scenę teatralną. A szkoda, bo jest to materiał dający autorom adaptacji pole do ciekawych poszukiwań. Gęsta Kafkowska opowieść, rojąca się od niedomówień, absurdów, tajemnic pobudza wyobraźnię. Pozwala przenosić akcję w dowolną czasoprzestrzeń, począwszy od wieku rewolucji przemysłowej aż do dzisiaj. Ta plastyczność zresztą została w płockiej inscenizacji podkreślona świetną scenografią Mariana Fiszera. Symboliczne futryny, labirynt drzwi i schodów przenoszą bohatera w różne zakamarki miasta, do pokojów, poddaszy, kamienic. Scena odsłania przed nami swoje zaplecze. Nie ma kulis, nie ma czwartej ściany. Widz nie może się ukryć w teatralnym fotelu. Jest wciąż uczestnikiem zdarzeń. Zostaje włączony w historię Józefa K. nie tylko na prawach obserwatora. Uczestniczy w podróży człowieka, zagubionego pomiędzy uliczkami jakiegoś miasta, które nagle, pewnego ranka przestaje być bohaterowi przyjazne. Aresztowanie wyrywa go z „małej stabilizacji”, ze znanej od lat, oswojonej przestrzeni rozpiętej pomiędzy bankiem, w którym pracuje, pensjonatem, w którym mieszka, i domem kochanki. Z tego powodu trafia w coraz to bardziej absurdalne miejsca, o których istnieniu nigdy nie musiał wiedzieć. Absurdalne nie z powodu funkcji, bo sądy czy pracownie malarskie nie budzą naszego ani Józefa K. zdziwienia, ale z powodu niewytłumaczalnych zależności nimi rządzących. Wszędzie tam przygotowuje się jego proces, chociaż kodeks praw okazuje się tylko pismem pornograficznym. Tajemnica wisi nad wędrówką bohatera i klimat spektaklu doskonale to podkreśla, chwilami bawiąc się konwencjami kryminału. Napięcie Mokrowiecki stara się budować na zasadzie kontrastu: zderza ciszę i wrzask, światło z ciemnością, sceny zbiorowe z kameralnymi spotkaniami dwóch aktorów. Kontrasty wzmacnia muzyką. W tle słychać chwilami współczesny przebój – Bałkanikę zespołu Piersi. Autor opracowania muzycznego Krzysztof Wierzbicki puszcza do nas oko? A może w ten sposób Proces ma przybliżyć się do młodego widza, który posługuje się telefonem komórkowym, jest przyzwyczajony do obrazów w monitorze i wielkich telewizorów. Udane efekty wizualne to zasługa Mariusza Pogonowskiego.
Główną postać gra Jacek Mąka, tutaj wyjątkowo – niewierny oryginałowi. To nie młody urzędnik, ale dojrzały mężczyzna, którego życie nie powinno już zaskakiwać. Mąka stworzył postać inteligentną, ewoluującą, pokonaną absurdem sytuacji. Nie wyróżnia się, bardziej wyrazisty staje się w interakcji z innymi. Jedna z najlepszych scen spektaklu to jego spotkanie z Kapelanem w katedrze (dobry monolog Marka Walczaka), gdzie pokazuje bohatera po przemianie. Takiego, który zaczyna rozumieć, że jego życie zbliża się do kresu. I choćby dla tej sceny warto iść na spektakl. Spotkania z innymi postaciami też są barwne. Przyciągają uwagę widza Wuj (Henryk Błażejczyk), Panna Bürstner (Barbara Misiun), obaj strażnicy (Łukasz Mąka i Bogumił Karbowski). Nieźle zagrał Blocka Piotr Bała, który długo czekał na znaczącą rolę. Trudno nie zauważyć też Katarzyny Anzorge (Leni). Katarzynę Wieczorek zapamiętamy jako mistrzynię jednej, ale istotnej kwestii.
Choć płocki zespół jest nieliczny, udało się Markowi Mokrowieckiemu zapełnić scenę. Barwny tłum towarzyszy Józefowi K. w ostatniej drodze. Ale gdy ten, wygnany, prowadzony do kamieniołomu, za chwilę umrze, ulica idzie dalej. Na lewo panowie piją rozłożeni na kocyku, na prawo pani robi na drutach szaliczek, a w głębi jakiś chłopak biega. Żadnego końca świata nie będzie, znowu nikt go nie zauważy. Nie padnie pytanie, czy Józef K. popełnił błąd, zabił, zdradził. I tak położy głowę pod nóż. Tylko narrator (Marek Mokrowiecki) pożegna skazanego, ale w beznamiętnym, podobnym do suchej relacji monologu.
Lena Szatkowska
fot. D. Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości