Znamy już finał sprawy arcybiskupa Wielgusa, tragiczny i smutny. Kościelna Komisja Historyczna zakończyła pracę w tej sprawie na dwa dni przed niedoszłym ingresem i nie zamierza jej kontynuować. Być może, nie znam się na tym, trzy dni to naprawdę wystarczający czas, by dokonać absolutnie pewnej krytycznej analizy źródeł. A przecież można odnieść wrażenie, że w tej historii, jak napisał ks. Adam Boniecki, nadal zbyt dużo jest niewiadomych. Dla nas płocczan te niewiadome są szczególnie bulwersujące i trudne do przyjęcia, bo dotykają bezpośrednio naszego dotychczasowego pasterza. Widziałem w tych dniach ludzi prawdziwie zgorszonych i prawdziwie zasmuconych. Arcybiskup swoim milczeniem albo pokrętnym tłumaczeniem uwikłania we współpracę zadał Kościołowi wielką ranę, także, o czym mówi się najmniej, Kościołowi płockiemu, który był z nim przez ostatnie lata najściślej związany, który go słuchał, ufał, podziwiał i wierzył, i który też w tych dramatycznych dniach głęboko mu współczuł. Im większy podziw, tym większe niedowierzanie. Nie dziwię się więc, że początkowo kto żyw bronił arcybiskupa, choć teraz z perspektywy ujawnionych faktów, można odnieść wrażenie, że kto tak robił, po prostu wyszedł na durnia. A do tego najbardziej przyczynił się sam arcybiskup swoim niezrozumiałym milczeniem. To zdumiewające, ale większość ludzi, z którymi rozmawiałem, zgorszyła się nawet nie współpracą arcybiskupa, co jego niedawnym zachowaniem. Niestety, to dlaczego milczał (nie chcę powiedzieć: kłamał, choć taki punkt widzenia najczęściej się narzuca) pozostaje nadal tajemnicą. Szczególnie bolesne jest to, dlaczego milczał w Płocku. Czyżby, jak sugerowali to niektórzy komentatorzy, nie znalazł tu w swoim otoczeniu ludzi, którzy pomogliby mu rozwiązać tę trudną sytuację?
Tymczasem zdaje się, że wina arcybiskupa Wielgusa pozostaje poza wszelką dyskusją, choć tu i ówdzie odzywają się głosy powątpiewania. Trudno nie docenić zasług mediów w ujawnieniu faktu uwikłania we współpracę, razi natomiast pochopność ferowanych wyroków dotyczących zakresu i skuteczności współpracy. Wbrew ustaleniom kościelnej komisji, która z braku dowodów tylko hipotetycznie założyła, że działalność oskarżonego „mogła szkodzić”, „Dziennik” absolutyzował oskarżenie: „współpracował i szkodził”. Media w związku z tym wylansowały jako bezdyskusyjne przekonanie, że arcybiskup kłamie. Sam zresztą swoim zachowaniem zdawał się potwierdzać jego słuszność. Tymczasem nadal pozostaje sprawą niewyjaśnioną, czy tylko deklarował współpracę (uwikłał się w nią na pewno podpisem umowy o współpracy), a potem jej nie realizował, jak to może wynikać z opinii wystawionej mu przez funkcjonariusza wywiadu: „Oceniając całokształt sprawy uważam, że Grey nie spełnił zadań, które przyjął do wykonania przed wyjazdem za granicę. Zachował bierność i daleko idącą ostrożność na odcinku realizacji zadań szczegółowych: brak naprowadzeń, zupełna pasywność na odcinku nawiązywania znajomości z ludźmi wchodzącymi w zakres naszego zainteresowania, zignorował zadanie dot. rozpracowania ukraińskich ośrodków nacjonalistycznych w Monachium” (fotokopia nr 54 ujawnionych dokumentów). Jeśli miałoby nie być współpracy, a jedynie jej symulacja, jak sugeruje Gromosław Czempiński, to rodzi się pytanie, kto ostatecznie kogo zrobił w durnia.
Nie wiem natomiast, czy podzielać już optymizm Macieja Rybińskiego, który w parę dni po tych dramatycznych wydarzeniach, ale wyraźnie w związku z nimi, wystąpił na łamach „Dziennika” z nieoczekiwanym w radykalizmie rewolucyjnym programem rozprawy z III Rzeczpospolitą pod znamiennym tytułem: „Koniec Polski Kiszczaka i Michnika”. Ten fakt, jeśli się ziści, przyjmuję z najwyższym zadowoleniem. Na koniec Polski Michnika, Kuronia, Mazowieckiego, Polski „grubej kreski”, Polski sprzysiężenia agentury z postkomunistycznymi funkcjonariuszami poprzedniego systemu czekam już 17 lat.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze