Reklama

Kryminogenna szkoła

14/09/2005 15:42
Takiego zezwierzęcenia chyba nikt się nie spodziewał. Już w pierwszym tygodniu nowego roku szkolnego dzieci przychodzą zestresowane, zalęknione i zapłakane do domu. Rodzice nie bardzo wiedzą, co z tym tematem zrobić. Kryminogenna “fala” w tym roku niepokojąco się nasiliła. Najgorzej wygląda to w gimnazjach i szkołach średnich. W jednym z płockich gimnazjów najmłodsi adepci poniżani są mierzeniem zapałkami długości korytarza. W szkole średniej w centrum Płocka tylko w pierwszym tygodniu miały miejsce dwa pobicia. Dzieci boją się same chodzić do łazienki. Czy taka atmosfera strachu nie skończy się tragedią?Już po pierwszych dniach września w redakcji rozdzwoniły się telefony od rodziców, których dzieci, zwykle pierwszoklasiści, boją się chodzić do szkoły. Powód? „Fala”, czyli dręczenie najmłodszych przez starszych uczniów. Ci starsi przed laty, kiedy zaczęli chodzić do nowej szkoły, byli także dręczeni, wtedy zapowiedzieli, że kiedyś sobie te czasy strachu „odbiją”.
Rodzice opowiadają, że ich dzieci boją się wchodzić pojedynczo do szkoły, że umawiają się w grupkach, bo wtedy czują się pewniej. Ale i w szkole, choć na korytarzach spacerują dyżurujący nauczyciele, nie są bezpieczni. Gdzieś w zakamarku korytarza, gdzie przez chwilę nie ma nikogo starszego, dostają zapałki, by mierzyć nimi korytarz. Albo monety, by za nie wozili „samochodzikami” starszych po korytarzu. Albo samolocik, z którym muszą udawać szybowanie. Każą też szukać w szkole, na przykład niebieskich drzwi, choć takich nigdy w budynku nie było.
Oddzielna epopeja to wyprawy do toalety. Co prawda każdy nowy uczeń wie, że nie powinien chodzić tam sam, to i tak starsi znajdą sposoby, by „się wykazać”. Wcale nie trzeba dużo czasu, by „przytopić” zdenerwowanego pierwszaka w sedesie, albo przestraszyć go tak, że marzy o zmianie szkoły.

W akcjach dręczenia najmłodszych biorą udział przede wszystkim chłopcy, ale zdarza się, że i dziewczęta nie pozostają w tyle. Ponieważ są teoretycznie grzeczniejsze, przez to nie muszą się bać, że nauczyciele coś zauważą. Ale one też nie przebierają w słowach i czynach, byle tylko zastraszyć młodsze koleżanki.


Tyle wynika z opowiadań rodziców, którzy nie mogą spokojnie patrzeć na to, co dzieje się z ich dziećmi. Wiedzą, że to minie, bo fala trwa tylko przez pierwszy okres w nowej szkole, ale nie chcą, by ich dzieci już na początku znienawidziły nową szkołę. Na pytanie, dlaczego nigdzie nie zgłaszają tego co się dzieje w szkole, dlaczego nie zawiadamiają o tym dyrekcji szkoły, albo nawet policji odpowiadają, że taka sytuacja jest co roku i skargi nic nie dają.

„Chrzest” pierwszoklasistów, czyli akty ich dręczenia od kilku lat wpisały się w rzeczywistość polskiej szkoły. Oczywiście to źle, że przykład przyszedł z wojska, gdzie najpierw uprawiany był ten proceder. Bo przecież wydawało się, że takie działania to domena ludzi o najniższych instynktach, takich z kompleksami, którzy pełniej żyją widząc strach w oczach innych, młodszych, słabszych.
Okazuje się jednak, że to nie tylko dotyczy wojska, a zjawisko w płockich szkołach zaczęło osiągać wręcz niepokojące rozmiary. Dzieje się tak na „oczach” kamery, w obecności ochroniarzy i nauczycieli. Dorośli nic nie widzą, nic nie słyszą, uważają, że w ich szkole nic takiego nie może mieć miejsca. A jednak ma.
– To nieprawda, że w szkole nie wiedzą o „fali” – mówi jeden z rodziców. – Na pierwszym zebraniu od razu uprzedzono młodzież, by nie chodziła do łazienki pojedynczo, ale grupkami. To dlaczego były takie zalecenia? Przecież nie na wszelki wypadek. A dlaczego nie zgłaszamy o tym w szkole? A czy pani chciałaby, żeby jej dziecko od razu, od I klasy, miało przypiętą łatkę „kapusia”. Co z tego, że ja zadzwonię anonimowo, jak i tak musiałbym podać szczegóły, które mogą rozszyfrować moje dziecko. Syn nigdy by mi na to nie pozwolił. Zresztą przed laty zgłaszano w szkole i nic się nie działo.

Psychoza strachu czy fala

Problemu nie widzą dyrektorzy szkół. Zadzwoniliśmy do kilku, by dowiedzieć się, czy to zjawisko tam występuje. W Gimnazjum nr 5, dyrektor Barbara Szczawińska była zdziwiona naszym pytaniem. – Może zdarzył się jakiś incydent, ale nic do mnie nie dotarło – wyjaśnia. – Duża część szkoły jest monitorowana, są dyżury na korytarzach, wszystko po to, by zapobiec takim akcjom. Ja oczywiście natychmiast będę reagować, ale nie mogłam tego robić do tej pory, bo nie miałam żadnego sygnału. Proszę mi wierzyć, że dzieci nazywają falą to, że ktoś je przezwał, zwrócił uwagę na nieco inny wygląd, być może rzucił jakąś głupią uwagę.
Jeśli tylko mamy sygnał to reagujemy. W szkole uczy się ponad 900 dzieci, wiadomo, że wśród nich są i dobre i złe. My zwykle przestrzegamy uczniów klas I jak mają się zachować w szkole, by nie spotkała ich „fala”. Mówimy, że łazienki nie są monitorowane, więc lepiej nie chodzić tam pojedynczo, lepiej być zawsze w towarzystwie.

Każdy przypadek
trzeba zgłosić

Podobna reakcja na nasze pytania była w Gimnazjum nr 8. Wicedyrektor Ewa Pełczyńska nie kryła zaskoczenia. – Nie otrzymaliśmy żadnych sygnałów, ale na wszelki wypadek są wzmocnione dyżury nauczycieli na korytarzach. Na zewnątrz szkoły jest ochrona i z tej strony też nie było żadnego zgłoszenia. Oczywiście po tym sygnale jeszcze wzmocnimy działania w szkole, poprosimy uczniów, aby o każdej nieprawidłowości natychmiast mówili, bo tylko w takiej sytuacji ja mogę reagować. Oczywiście mogą to być zgłoszenia anonimowe do nas, albo do wychowawcy. Mamy też w szkole psychologa i pedagoga, oni również wiedzą jak reagować. My tu wszyscy jesteśmy po to, by dzieci czuły się dobrze. Nigdy nie zostawiamy problemu, staramy się pomóc, ale najpierw ktoś musi zgłosić konkretny przypadek.
Mniej pewny, że na terenie szkoły nic się nie dzieje był dyrektor Zespołu Szkół Ekonomiczno – Kupieckich Ireneusz Szychowski. – Nie mogę zapewnić, że nic się nie dzieje, ale na pewno nie mieliśmy żadnego zgłoszenia. Na razie nauczyciele mają dyżury na korytarzach. Poza terenem szkoły nie wiem, co się dzieje. Nie mamy ochroniarzy, bo rodzice uczniów uznali, że to zbędny wydatek. Odpowiadam za bezpieczeństwo uczniów do bramy szkoły, a każdy sygnał, który do mnie dociera, natychmiast sprawdzam.
W tym roku nie dotarły jeszcze żadne sygnały do Zespołu ds. Nieletnich Komendy Miejskiej Policji. – W latach poprzednich owszem, takie sygnały do nas docierały, ale w tym roku, ani ze szkół, ani od rodziców nie mieliśmy – tłumaczy Joanna Łopatowska. – Zdajemy sobie sprawę, że „fala” w szkołach może być, ale oficjalnie nic się na razie nie dzieje. Gdybyśmy dostali jakikolwiek sygnał, nasza reakcja byłaby natychmiastowa.
Jak więc widać, wszyscy wiedzą, że „fala” w szkołach jest, ale w tym roku jeszcze żadnego przypadku oficjalnie nie ujawniono. Pierwszaki boją się chodzić do szkoły i to nie tylko z powodu zmiany środowiska, nowych nauczycieli i przedmiotów. Boją się, bo „fala” przecież jest, w każdej chwili może każdego spotkać. A kiedy już jest, to wtedy nikt nie chce o niej głośno mówić, czeka aż inni o niej powiedzą. Albo czeka na to, że „fala” umrze śmiercią naturalną, bo to przecież jest zjawisko istniejące tylko na początku roku szkolnego. Za rok temat znów powróci i znów wszyscy będą sobie wmawiać, że nie istnieje, a jest tylko wytworem wyobraźni mało odpornych uczniów I klas.
Jola Marciniak
Tomasz Szatkowski
Fot. D. Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości