Nie lubię „Wiosny”, nie podzielam poglądów tego ugrupowania na zbrodnię aborcji czy tolerancję dla grzechu sodomii, irytują mnie aspiracje kandydata na prezydenta pana Biedronia, obnoszącego się grzesznym związkiem homoseksualnym, nigdy prawie nie zgadzam się z poglądami europosłanki Sylwii Spurek, ale histeria, jaka rozpętała się po zamieszczeniu przez nią na Twitterze wpisu i zdjęcia obrazu australijskiej artystki Jo Frederiks mnie po prostu śmieszy. Wielkie larum podniosły różne polityczne i publicystyczne mądrale, potępiające w czambuł panią Spurek, jakby sama ten nieszczęsny obraz namalowała i przymusiła całe to towarzystwo, tak perfekcyjnie obeznane z prawidłami interpretacji sztuki, do jego oglądania. Obraz przedstawia krowy w pasiakach z żółtymi trójkątami idące na rzeź. Ściany rzeźni toną we krwi, w tle wiszą półtusze, oczy jednej z krów stojącej w kolejce do poderżnięcia jej gardła bezradnie szukają ratunku w patrzących na obraz ludziach, oczywiście bezskutecznie. Kto się odważy sięgnąć po nóż i dopełnić ceremonii? Bez tego nie będzie kotletów.
Wpis pani Spurek jest krótki i wymowny. Nawet nie woła fanatycznie o wegetarianizm czy weganizm, nikogo do niego nie przymusza, prosi tylko, byśmy się chwilę zastanowili nad losem zwierząt: „Jo Frederiks daje do myślenia, otwiera oczy na to, jak traktujemy zwierzęta. (…) czas na poważną dyskusję o traktowaniu zwierząt, o warunkach, w jakich żyją, o tym, jak je zabijamy. Czy to jest humanitarne? Czy to nadal rolnictwo?”. Oczywiście, że czas na taką dyskusję, dawno powinniśmy się na nią zdobyć. Nam, katolikom, impuls powinni dać do tego nasi pasterze, zainspirowani choćby postawą wielu chrześcijańskich świętych, u których nawrócenie zawsze szło w parze ze wzrostem wrażliwości wobec świata natury, a kotlety zazwyczaj przestawały smakować, a przynajmniej były spożywane rzadziej. A my? Zgadzamy się bezrefleksyjnie na bezduszną, haniebną przemysłową produkcję zwierząt, nie przychodzi nam do głowy pomyśleć o naszych obowiązkach wobec nich, choć papież Franciszek woła do nas, przede wszystkim do nas katolików, o „nawrócenie ekologiczne”, o rozważne i mądre panowanie nad naturą.
Niestety z wielką przykrością trzeba przyznać, że w dziedzinie ochrony zwierząt i działań na rzecz zmniejszenia ich cierpienia zawodzimy na całej linii. Nie rozumiem, jak można dopuścić, by na przykład św. Huberta uczynić patronem myśliwych, kiedy właśnie on sam przestał nim być w momencie mistycznego spotkania z Chrystusem, który wezwał go do zmiany postawy. Gdzie tu miejsce na chrześcijański rozum, gdzie namysł nad tym, do czego wzywa nas w istocie Boże objawienie w podejściu do ludzi i zwierząt. Dryfujemy razem z bezdusznym, ogłupiałym światem, który dla zysku i przyjemności nie oszczędzi nikogo i niczego. Nie jestem fanatycznym wyznawcą wegetarianizmu ani weganizmu, brzydzę się określeniem „prawa zwierząt”, jestem przeciw ich ideologicznemu „uczłowieczaniu”, ale razi mnie brak roztropności w podejściu do naszych „mniejszych braci”, jak je nazywał z miłością św. Franciszek. A zastosowanie tak radykalnych środków na obrazie? Sztuka czasem musi przemawiać radykalnie, musi walnąć maczugą w zakute łby, którym mamona lub inne siły przysłoniły zdolność rozważnego spojrzenia na sprawy życia, cierpienia, czy śmierci. Ten obraz nie obraża więźniów obozów, nie umniejsza ich bólu i cierpienia. Działa odwrotnie. Dzięki skojarzeniom z tamtym Holocaustem otwiera oczy na ten, który zgotowaliśmy zwierzętom. I tyle. A głupota każe widzieć to odwrotnie, i szczuć, i kąsać…
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze