Był w Płocku niedawno gość znamienity, polityk wytrawny, człowiek z rodzaju ludzi, jakich dziś w polityce mało. Janusz Korwin-Mikke, poseł na Sejm pierwszej kadencji III Rzeczpospolitej, autor słynnej uchwały lustracyjnej z 1991 roku, współtwórca Unii Polityki Realnej, znakomity publicysta, pisarz, niestrudzony popularyzator idei konserwatywnego liberalizmu, bicz na wszelkiej maści socjalizmy, czerwone i brunatne, wschodnie i zachodnie, lewicowe i centroprawicowe. Z jakichś powodów o jego wizycie w czasach wolności, pluralizmu i braku cenzury w lokalnych, zarówno katolickich jak i świeckich, mediach nie było zbyt głośno. Nie pierwszy zresztą raz. Myślę, że te powody są pochodną przyczyn podobnego milczenia na szczeblu ogólnopolskim.
Różne są bowiem metody zwalczania przeciwników politycznych. Jedną, mało skuteczną, dlatego stosowaną tylko wobec wrogów niezbyt groźnych, potrzebną dla stworzenia pozorów demokracji i wolności, jest polemika z programem, poglądami, tudzież sposobami działania (pan Rokita wyzwał ostatnio na pojedynek pana Leppera, którym wszyscy pogardzają, ale zapraszają do każdej dyskusji). Drugą, wyjątkowo skuteczną, stosowaną wobec wrogów poważnych i wyjątkowo niebezpiecznych jest strategia przemilczenia, niepodejmowania żadnej polemiki, jakiejkolwiek dyskusji z programem przeciwnika, bo ta obnażyłaby miałkość i nijakość poglądów własnych. Czym zasłużył sobie gość księgarni “Tumska” na polityczny i medialny ostracyzm?
Czyżby powtarzanym od parudziesięciu już lat żądaniem, by na ziemiach między Odrą a Bugiem panowały skutecznie: wolność, szacunek dla prawdy i własności, sprawiedliwość, religia, tradycja i honor? Wszak to wartości pożądane, choć w czasach, kiedy nie ma śladów po dawnej szlachcie i arystokracji, niezbyt poważane. Nie ma bowiem ludzi, którzy nie tylko by je znali, ale jeszcze gotowi byliby się im podporządkować w każdym wymiarze życia oraz mieć odwagę stosować je także w polityce. Dlaczego? Musiałoby to niechybnie oznaczać rezygnację z przywilejów, jakie daje władza, legalnie (bo sami politycy je sobie przyznają) i nielegalnie (bo legalne okazują się niewystarczające). Musiałoby to ostatecznie prowadzić do likwidacji dużych obszarów próżniaczej klasy politycznej i asystującej jej dzielnie równie potrzebnej klasy biurokratycznej, a w konsekwencji do uwolnienia społeczeństwa od przykrego obowiązku utrzymywania ich obu. A trzeba dyskretnie zauważyć, że w ciągu parunastu tylko lat Najjaśniejszej III RP powiększyła się ona czterokrotnie.
I nie koniec na tym. Teraz decydenci z Brukseli chcą nam zafundować dalszy wzrost tej biurokratycznej machiny o kolejnych 100 tysięcy funkcjonariuszy do wykonywania dyrektyw centrali. Na razie wiele z nich budzi co najwyżej śmiech i politowanie. Ale do czasu. Do czasu, gdy Parlament Europejski uzyska konstytucyjną moc stanowienia prawa, które będzie obligatoryjnie wykonywane w każdym państwie członkowskim. I pytanie, czy jeszcze w państwie?
Czyż można zatem kochać kogoś, kto nie odrzuca dogmatycznie sensu integracji europejskiej, ale jawnie nie zgadza się na budowanie potężnego, etatystycznego, biurokratycznego superpaństwa upowszechniającego na niespotykaną dotąd skalę nową odmianę sterowanego centralistycznie socjalizmu, przy jednoczesnym mamieniu ludzi, że mają do czynienia z wolnym konkurencyjnym rynkiem. Kto z kim będzie konkurował, jeśli wszyscy pod władzą tej samej konstytucji będą realizować te same normy?
Mamy ponoć wolność i pluralizm, czemu zatem wolny, choć krytyczny głos nie może się przebić do opinii publicznej? Czyżby znowu wolno było wyznawać tylko jeden niepodważalny dogmat na temat tego, jak ma wyglądać nasze życie społeczne i polityczne? Miejsce dogmatów jest w religii. Historia uczy, że z ich obecności w polityce nie wynika nigdy nic dobrego. Dlatego gratuluję wszystkim, którzy przyczynili się do zaistnienia w moim mieście choć przez chwilę trochę innego spojrzenia na rzeczywistość. Przyszłość niechybnie wykaże, kto miał rację. I czego tu się bać?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze