Grudzie? 2001. Jestem u Tamary, J?zka i ma?ego Maksia, w Cockatoo, w buszu australijskim, pe?nym eukaliptus?w, kt?re s? do?? niesamowite, pi?kne, ogromne, czasem smutne, niekiedy ponure, szczeg?lnie gdy o ?wicie wy?aniaj? si? z mrok?w nocy.Noc i dzie? staje si? tu szybko, jakby kto? ?wiat przekroi? na p?? i po tej czynno?ci robi si? ciemno albo jasno, z turkusami na niebie, wygl?daj?cymi zza ga??zi eukaliptus?w lub prze?wituj?cymi przez li?cie. Ptaki ?piewaj? dzie? i noc, i niczego si? nie boj?, zamiast fruwa? i ucieka? przed samochodami, id? sobie szos? i tyle, cz?sto gin? przez ten brak l?ku. To samo si? dzieje z ma?ymi kangurami, gdy nie zd??? przeskoczy? z jednej strony na drug? i by? znowu w buszu. W Australii jest tak, ?e jedziesz do shoppingu, znudzi Ci? jazda, skr?casz w busz i spotykasz stado kangur?w, kt?re z niemniejszym zdziwieniem patrz? na Ciebie. Ich m?drego i pe?nego zdumienia wzroku nie zapomn?. W domu przyjaci?? s?ysz? znajomy trzask ognia w piecu, bo tu si? te? pali i to klocami eukaliptusa. Pod oknami spaceruj? wsz?dobylskie ptaki. Nie boj? si? ludzi, samochod?w, robi?, co chc?. Jest tu ptak, kt?ry nie ?piewa, a ?mieje si?, chichocze jak szalony cz?owiek. Nazywa si? Kookaburra. S?ysz? j? od samego rana. Wczoraj by?am na spotkaniu op?atkowym w?r?d Polak?w, czyta?am swoje wiersze. Trzy osoby gra?y na pianinie, wi?c nie zabrak?o kol?d, a te wyciska?y mi ?zy, a ?e nie mog?am sobie z nimi poradzi?, wi?c wysz?am do ogrodu, bo zobaczy?am drzewko cytrynowe, obsypane cytrynami. Zerwa?am du?? cytryn? z ga??zk?. Chc? j? zasuszy? i przywie?? ze sob?. Gdy o zachodzie s?o?ca wraca?am z Berwick do Cockatoo (Cockatoo to nazwa papugi i miejscowo?ci), droga przez busz wyda?a mi si? najpi?kniejsza, jak? sobie mo?na wyobrazi?. Wsz?dzie s?o?ce, nawet tam gdzie jest mroczno. Udziela buszowi ?wiat?a, zanim samo zga?nie. Naj?adniej i najja?niej w porze zachodu wygl?daj? polany le?ne i pastwiska dla koni. Tam to dopiero jest po?wiata. W minionym tygodniu by?am nad Pacyfikiem, na takim skalistym cyplu, kawa?ku l?du najbardziej, wysuni?tym na po?udnie od Melbourne, w g??b oceanu. Jakie? to pi?kne miejsce. Wysokie, skaliste, poro?ni?te kar?owat? ro?linno?ci?, jak u nas pod ?nie?k?. Na szczycie ska?y ja?nia?a czynna latarnia morska. Sta?am, patrzy?am na bezbrze?ny widnokr?g i nie mog?am och?on?? z wra?enia. Dooko?a b??kitna, zielona, turkusowa woda, tylko woda, powietrze i nic wi?cej. W drodze do Walhalla Na drugi dzie? pojechali?my wysoko w g?ry, w busz. Kr?ta droga, wy?ej i wy?ej. Z jednej strony ?ciana skalna i busz, z drugiej – przepa??, rzeka, nad ni? tory kolejowe i poci?g jad?cy z Moe do miasteczka Walhalla, do celu naszej wyprawy. Jedziemy niezbyt szybko, cho? mo?na osi?gn?? 100 km na godzin?, co nas dziwi w takim g?rskim terenie. Wsz?dzie busz ze s?o?cem na wierzcho?kach pot??nych i smutnych eukaliptus?w, kt?re maj? to do siebie, ?e w?r?d zielonych stoj? bia?e, uschni?te, a na bia?ej ga??zi siedzi przytulony do niej p???pi?cy, szary mi? koala. Je?li chce odpocz?? po eukaliptusowym ob?arstwie, to szuka sobie dogodnego i bezpiecznego miejsca. W Australii jest tak, ?e na drodze cz?sto spotykaj? cz?owieka niespodzianki. Martwy kangur, a na nim nieustraszone ptaki. Ci??ki watomba. Widzia?am p?dz?cy czo?g, prowadzony przez kobiet?, M??czyzna tylko wygl?da? i rozdziela? pozdrowienia. Jechali na spotkanie weteran?w wojennych. W drodze do Walhalla spotkali?my osiem, odkrytych, przedwojennych samochod?w, ka?dy w innym kolorze. P?dzili na piknik do miasteczka ogarni?tego 150 lat temu gor?czk? z?ota. Niespodzianek drogowych nie by?o ko?ca. Zwalone na drog? skalne p?yty odsuni?te na bok, nad przepa??, nie utrudnia?y przejazdu. Cicho przemykali si? przy ?cianie skalnej rowerzy?ci. Im nie straszna by?a przepa??. Ja podziwia?am os?onecznienie buszu. Po wyczerpuj?cej, d?ugiej, kr?tej i stromej drodze docieramy do Walhalla, miasteczka, kt?rego ?wietno?? ju? min??a, bo w ?yciu wszystko przemija jak sen i jak ludzkie pragnienia. Miasteczko pojawi?o si? w drugiej po?owie XIX wieku i rozros?o. Mia?o sw?j teatr, oczywi?cie bank, szko??, gazet?, dru?yn? pi?karsk?. Wysoko w g?rach wykopano d?ugi ponury tunel z jednym oknem. Ten tunel jest do dzi?. Jest w nim tak ch?odno, ?e u wej?cia paruje wilgotna ziemia, bo tam tylko si?ga troch? s?o?ca. Przed wyj?ciem tunelu stoi wagonik, ca?y pokryty rdz?. By?o tam jeszcze kilka wagonik?w i wielkie, parowe maszyny. Jedne sta?y, drugie by?y przewr?cone i wygl?da?y tak, jakby przed chwil? ludzie st?d wyszli, mo?e nawet uciekli w pop?ochu, mo?e mieli do?? nawet z?ota, wi?c zostawili to wszystko i poszli dalej. Wagoniki jakby czeka?y, by nasypa? w nie kamieni i zrzuci? ni?ej. Obok, d?ugim i cienkim strumieniem, gdzie? spoza ska?y wyp?ywa?a woda, taki w?t?y wodospad, kt?ry nie podda? si? pr?bie czasu, wi?c p?ynie, kapie, by nie przepad?o jego w?t?e bo w?t?e, ale istnienie w wszechobecnym, nieprzebranym buszu. Sta?am, w takim kole, otoczona g?rami i eukaliptusami si?gaj?cymi chmur. Kr?ci?am si? wko?o, podziwiaj?c pi?kno przyrody, patrz?c na ?lady dawnego ?ycia ludzkiego, ich pragnie?, wysi?k?w, marze?, kt?re spe?nia?y si? i na zawsze zosta?y w ciemnym i d?ugim tunelu, kt?ry mia? prowadzi? do szcz??cia, a niekiedy przynosi? nieszcz??cie. R??nie by?o, o czym ?wiadcz? groby na pobliskim cmentarzu. Z?oty sejf Tamara wesz?a z ma?ym Maksiem do jednego z wagonik?w, a J?zek zrobi? zdj?cie, po czym odda?a nam Maksia, a sama wysz?a przez otwieraj?c? si? ?ciank? – klap? wagoniku i zrobi?a zdj?cie J?zkowi, filmuj?cemu z dok?adno?ci? dokumentalisty to niezwyk?e miejsce. P??niej pojechali?my do miasteczka i jak to w Australii bywa, ?e w buszu, w g?rach jest sklep z antykami, gdzie przyjaciele kupili mi na pami?tk? figurk? kopacza z?ota. Na tarasie sklepu i kawiarni pili?my herbat? tu? przy sejfie, zbudowanym z cegie?, w 1863 roku, na wierzchu poros?ym przez traw?. Ten sejf sta? w ?rodku miasta, mie?ci? 7 ton z?ota, wartych miliard funt?w. Po gor?czce z?ota zosta? wi?c pusty sejf. Przed nim stoi dawny pow?z konny, z wo?nic? w XIX-wiecznym ubraniu. Za kilka dolar?w mo?na si? przejecha? po tym cichym, zagubionym w buszu i w g?rach miasteczku, kt?re wyros?o w czasach gor?czki z?ota, a kt?re w pocz?tkach wieku XX strawi? po?ar. Wr?cili?my do sklepu z antykami, bo do niego przylega?a sala muzealna, pe?na starych pami?tek, ksi?g, przedmiot?w i wspania?ych fotografii. Nie mo?na by?o od nich oczu oderwa?. Wygl?da?o z nich dawne ?ycie, sprzed po?aru, z czas?w ?wietno?ci. W?a?ciciel sklepu z antykami mia? pi?kn? brod? i by? pewnie potomkiem kt?rego? z d?entelmen?w na po???k?ej, troch? zakurzonej fotografii. Gdy wychodzili?my ze sklepu zadzwoni? telefon. Wzywa? do po?aru. W?a?ciciel by? stra?akiem – ochotnikiem. To w Australii pow?d do dumy. Ratowa? ?ycie ludzkie to co? wielkiego i zwyk?ego zarazem, tak?e naturalnego. W Australii ci?gle p?onie busz. W Cockatoo taki wielki po?ar by? w 1983 r. Ludzie wr?cili, buduj? domy, ale boj? si? po?ar?w. S? po nich ?lady w postaci osmalonych eukaliptus?w. Zapach eukaliptus?w zaprowadzi? nas na cmentarz w buszu, pn?cy si? do g?ry wraz z pot??nymi sosnami, szumi?cymi koj?co i swojsko. Trzeba by?o uwa?a? przy chodzeniu, ?eby nie upa??, nie zawadzi? o wystaj?cy korze? albo nie po?lizn?? si? na mieszaninie igliwia, li?ci i trawy. Tamara czyta?a i t?umaczy?a napisy na grobach, przy okazji odkrywaj?c ich tajemnic?. By? tam gr?b 35-letniego m??czyzny, kt?ry zgin?? w kopalni, by? gr?b dzieci zmar?ych na tyfus. By?y groby z XIX i XX wieku, a nawet sprzed kilku lat. Na jednym wyros?y dwie pi?kne, dorodne kalie. Przytulone do siebie, wywo?ywa?y niezwyk?e wra?enie. Wszystko min??o, gor?czka z?ota rozp?yn??a si? jak senna mara, pozosta?o kilka dom?w, pusty sejf po z?ocie, przewr?cone wagoniki, sterta usypanych niepotrzebnych kamieni, jak odrzucone marzenia i nadzieje. I tylko kalie na grobie ??czy?y przesz?o?? z tera?niejszo?ci?. ??czy?a je tak?e natura. To samo turkusowe niebo, to samo s?o?ce w buszu, ta sama tajemniczo??, niezwyk?o?? przyrody australijskiej i samotno?? cz?owieka w?r?d niej. Wanda Go??biewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze