Mieszkanki budynku przy ulicy Bielskiej 35 boją się mieszkać pod własnym dachem. Straż Pożarna zabroniła im mieszkać w kamienicy, dopóki nie zostaną naprawione stropy. Przez ten czas miały się wynieść do przytułku, a zaplombowanych mieszkań zaoferowali się pilnować strażnicy miejscy. Ludzie mieszkają tam jednak nadal. Wypadek miał miejsce kilka dni temu. 6-letni syn pani Romany właśnie odszedł od zlewu w kuchni, gdy spadł w to miejsce kawał sufitu, odsłaniając spróchniałe belki. – To zabiłoby mojego dzieciaka! Za chwilę zaczął sypać się gruz – relacjonuje zdenerwowana matka. Wyniosła kilka wiader tynku, zaprawy murarskiej i zbutwiałego drewna. Nawet przy lekkim dotknięciu trzonkiem szczotki, sufit dalej się sypał. Piętro wyżej mieści się akurat łazienka sąsiadki. Już wcześniej pani Romana obserwowała, że gdy tylko u pani Marioli była włączona pralka albo przechodzili ludzie, żyrandol zaczynał się bujać.
– To żadna tajemnica, że mieszkamy w ruinie. Wystarczy już wejść na klatkę schodową. Nie chodzi już nawet o odrapane ściany, ale o liczne pęknięcia i wybrzuszenia, które któregoś dnia niechybnie komuś spadną na głowę – twierdzą mieszkanki Bielskiej 35.
Nie lepiej wyglądają mieszkania. Lokatorom od lat towarzyszy nieproszony „sublokator”. Czarny grzyb wchodzi na wszystkie ściany pokoi i kuchni. Nie pomaga doroczne malowanie. Mieszkańcy starają się go zasłonić meblami. – Ale przecież nie da się wszystkich kawałków ścian zakryć regałem, szafą czy wersalką. Grzyb wchodzi nawet na gniazdka elektryczne. Od wilgoci nie wytrzymują telewizory, rdzewieją pralki, wyskakują korki – wyliczają lokatorzy, zajmujący mieszkania od szczytu budynku.
Oprócz ścian sypie się również podłoga. Deski pękają. Ludzie ratują się jak mogą. Ubytki przykrywają dyktami. To jednak nie chroni dzieci przed wypadkami. – Córka nocą zeszła z łóżka. Zawadziła nogą o pękniętą deskę. Rozcięła ją sobie boleśnie. Dobrze, że nie złamała. Ciągle coś się dzieje. Mam pięcioro dzieci, wychowuję je sama. Dziecku przecież nie wytłumaczę, że musi na wszystko uważać – tłumaczy mieszkająca na parterze pani Romana. Jej najmłodszy syn ciągle chodzi do lekarza. – Po ostatnich badaniach usłyszałam, że jeśli podczas kolejnej wizyty jego wyniki się nie poprawią, zostanie co najmniej przez miesiąc w szpitalu – twierdzi zrozpaczona matka, pokazując fatalne wyniki badań spirometrycznych. – To ten dom tak wykończył syna. Reszta dzieci wcale nie jest zdrowsza. Ale jak może być, skoro w tym mieszkaniu jest 100% zawilgocenia, a normy dopuszczają jedynie do 45%.
Taki stan rzeczy potwierdzają dokumenty z 2001 roku, w których czytamy stwierdzenie alarmującego poziomu wilgotności powietrza przez Miejski Zarząd Gospodarki Mieszkaniowej. Ale już wtedy instytucja nie planowała docieplenia budynku przy ulicy Bielskiej 35. Zalecono za to właściwą eksploatację mieszkania, która miała wyeliminować zawilgocenia i powstawanie pleśni na ścianach. Po ponownych pisemnych prośbach mieszkańców, MZGM w 2003 roku nadal obstawał przy swoim stanowisku. Udało się jednak wymienić wentylację w jednym z lokali, co zdaniem pani Marioli nic nie pomogło. Jak się okazało, tą zabytkową kamienicą z Bielskiej 35 zainteresowany został również Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego w Płocku. Potwierdził zawilgocenie, ale niewiele mógł zrobić, bo to nie były jego kompetencje. Wystosował jednak prośbę do administratora budynku, by zająć się sprawą.
– Sami robimy co możemy, ale nie wygramy z tym grzybem. Opalamy mieszkania węglem, a one gniją. Od lat jestem chora na płuca i muszę dbać o ciepło w mieszkaniu. Tona węgla idzie tu błyskawicznie – przekonuje jedna z mieszkanek Bielskiej 35. Za ten „luksus” trzeba też płacić. Pani Mariola zameldowana tu od trzech lat, miesięcznie łoży 85 złotych, a pani Romana 140 zł. Do tego trzeba doliczyć jeszcze rachunki za światło w wysokości 450 zł. Terma niestety kosztuje.
– A remonty administracji wyglądają wciąż tak samo. Jak spadały dachówki, to przyszedł pracownik i dziury wypełnił silikonem. Dwa tygodnie temu pracownicy zaczęli uzupełniać brakujący tynk z zewnętrznych ścian. Zabrakło materiału i do tej pory już nikt się nie pojawił. Pewnie podobnie będzie i z dziurą w suficie pani Romany – tłumaczą mieszkańcy, którzy zwrócili się w końcu o pomoc do urzędu miasta.
– Po ostatnim wypadku przyszła ekipa remontowa i stwierdziła, że wystarczy załatać dziurę. Nie znam się na tym, ale skoro widzę, że sterczą zbutwiałe, poszarpane deski i sypie się gruz, to nie chce mi się wierzyć, że to pomoże. Mało tego, powiedzieli mi, że w tej kuchni z dziurą mogę robić wszystko bez ograniczeń. Kilka dni wcześniej strażacy kazali mi opuścić lokal, w trosce o moje bezpieczeństwo. Pracownicy kazali mi jeszcze uprzątnąć kuchnię, bo remont potrwa tydzień, a co ja mam zrobić jak mieszkam sama z dziećmi i do mojego jedynego pokoju wchodzi się przez kuchnię – dodaje poszkodowana.
Jak dowiedzieliśmy się w biurze prasowym Urzędu Miasta, mieszkańcy ulicy Bielskiej 35 nie zostaną pozostawieni bez pomocy. W pierwszej kolejności prowadzone będą prace remontowe zabezpieczające stropy. Potem na pewno zlikwidowany zostanie grzyb pokrywający ściany mieszkań. Na razie nie ma też potrzeby wyłączenia z użytku kamienicy. Czy te obietnice uspokoją jednak mieszkańców?
Blanka Stanuszkiewicz
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze