Reklama

Kapcie, tarcze i róże...

04/08/2010 07:20
Ostatnia sobota lipca to szczególny dzień dla absolwentów Jagiellonki. Tego dnia spotykają się na swoim nieformalnym zjeździe. W tym roku takie spotkanie odbyło się już po raz dziewiąty. Tradycyjnie było okazją do rozmów ze szkolnymi kolegami, wspomnień i niezłej zabawy.
Zanim jednak Jagiellończycy opanowali ogródek nad Wisłą, było poranne spotkanie w Klubie Absolwenta, który mieści się w piwnicach głównego gmachu szkoły. – Jak wspominam Jagiellonkę? Z sentymentem, bo to chyba tęsknota za młodością – mówi Andrzej Mossakowski, który zdawał maturę w 1958 roku. Jego rocznik maturalny był jednym z najmniej licznych w historii szkoły. Egzamin dojrzałości zdawały tylko dwie klasy.
– W Jagiellonce był reżim. Trzeba było mieć kapcie na zmianę, przyszytą tarczę. Wszystko sprawdzał dyrektor. Na dodatek to były takie czasy, że jak odbywały się rekolekcje, to w szkole zawsze organizowano wtedy zabawy – wspomina Jan Grobicki, również maturzysta z 1958 roku.
O rygorystycznym podejściu do wyglądu ucznia w Jagiellonce mówi także Maciej Turowski (matura 1964 r.). – Kapcie, tarcze, fartuchy to był nasz chleb powszedni. I duże wymagania, bo poziom nauczania był wysoki – wspomina. Ale ze szkolnych lat najbardziej utkwiły mu w pamięci schody i róże w okolicach pomnika Władysława Broniewskiego, gdzie chodziło się na randki.
Maciej Turowski to spiritus movens nieformalnych spotkań Jagiellończyków. – W 2000 r. zamieściłem anons na portalu „Gazety Wyborczej”, że poszukuję kolegów z klasy. Chciałem się spotkać, porozmawiać, zobaczyć jak wyglądamy – opowiada. Nie spodziewał się jednak takiego odzewu. Zgłosiło się 60–70 osób, oczywiście nie tylko z jego klasy. Spotkali się na Starym Rynku. – Teraz na tych nieformalnych zjazdach bywa 250–300 osób. Jestem na każdym. Tak ustawiam sobie plany, żeby w ostatnią sobotę lipca być w Płocku – mówi.
A w przypadku Macieja Turowskiego nie jest to takie łatwe. Od 1975 roku mieszka bowiem w Montrealu w Kanadzie. – Zrobiłem rehabilitację na warszawskim AWF–ie i w 1975 roku pojawiła się szansa wyjazdu do rodziny do Kanady. Pojechałem i zostałem – mówi. Od początku pobytu za oceanem pracował w szpitalu uniwersyteckim w Montrealu. Gdy skończył studia administracyjne, został w nim dyrektorem departamentu ds. rehabilitacji. Od trzech lat ma więcej wolnego czasu, bo jest na emeryturze.
Od kilku lat organizację nieformalnego zjazdu wzięło na siebie Stowarzyszenie Jagiellończyków. Jedną z jego założycieli jest Małgorzata Kwiatkowska (matura 1976 r.). To nie tylko absolwentka Jagiellonki, ale też długoletnia nauczycielka. Przepracowała w szkole 28 lat, była wicedyrektorem Jagiellonki. – Stowarzyszenie powstało w 2004 r. Głównym celem było przygotowanie obchodów 100–lecia szkoły – wspomina Małgorzata Kwiatkowska.
– Wymyśliłam sobie, żeby obchody tej rocznicy trwały aż cztery dni. Niektórzy nie bardzo wierzyli, że to się uda, że to za długo. Ale się udało, a na uroczystościach było blisko 2 tys. Jagiellończyków.
Dumą Małgorzaty Kwiatkowskiej jest Klub Absolwenta. Powstał w 2006 r. właśnie z jej inicjatywy. To miejsce spotkań różnych pokoleń Jagiellończyków, które daje możliwość integracji. Są tam oczywiście szkolne pamiątki, w tym najstarsze szkolne tableau, czyli plansza ze zdjęciami, ofiarowana przez absolwenta szkoły z 1939 r.
Na sobotnim zjeździe najstarszym uczestnikiem był Zdzisław Janczewski, który zdał maturę w 1951 r. Jak mówi, uczył się w najczarniejszym okresie stalinowskim. Mimo to do dziś z rozrzewnieniem wspomina nauczycielkę od polskiego Zofię Sękowską. Na drugim biegunie byli ci, którzy świadectwo dojrzałości otrzymali kilka lat temu.
Seweryn Zieliński poszukiwał w sobotę kolegów, aby świętować 50–lecie zdania matury. Niestety, grono absolwentów z 1960 roku nie było zbyt liczne. – Jestem na każdym zjeździe i na każdym piszę okolicznościowe wierszyki – mówi. Ze szkolnych lat dobrze zapamiętał uwagę, która pojawiła się w dzienniczku jego brata Jaremy (matura 1961 r.). – Zieliński robi gołębie i puszcza je po klasie – taką uwagę bratu napisała nauczycielka rosyjskiego Maria Rudnicka, zwana „Carycą” – opowiada.
Ze znalezieniem szkolnych znajomych nie miał problemu Jerzy Bucholc. Maturzyści z 1965 roku stawili się dość licznie. Jerzy Bucholc, dziś mieszkaniec Gdyni, to emerytowany komandor Marynarki Wojennej. – Mam wspaniałe wspomnienia ze szkoły oficerskiej i Wojskowej Akademii Technicznej. Jeżdżę na zjazdy absolwentów tych szkół, ale najlepiej wspominam spotkania z Jagiellończykami – mówi. Jagiellonkę wspomina jako szkołę konserwatywną, ale też taką, do której chciał chodzić. – Mieszkałem w Borowiczkach i zimą, w trzaskającym mrozie często na piechotę chodziłem do szkoły – mówi. Wspomina też, że cała klasa trzymała się razem. I tak właściwie zostało do dzisiaj.
Podczas swojej wojskowej kariery Jerzy Bucholc tworzył dywizjon saperów morskich, przez lata był zastępcą szefa oddziału infrastruktury logistyki Marynarki Wojennej. W 1994 r., w ramach przygotowań infrastruktury marynarki do potrzeb NATO, jako kierownik celu nadzorował opracowanie programu przystosowania baz morskich w Gdyni i Świnoujściu do standardów sojuszu. Był wykładowcą Akademii Marynarki Wojennej. – Jestem dumny z tego, że udało mi się całkiem nieźle wyposażyć w sprzęt wojska inżynieryjne marynarki – mówi.
Przyznaje, że ma niecodzienne hobby. To wykorzystanie materiałów wybuchowych do prac budowlanych. Te zainteresowania sprawiły, że był członkiem komisji, która tworzyła ustawę w tej sprawie. Nie ukrywa, że sporo wysadził.
– Wyburzyłem chyba ze 30 kominów. Takich powyżej 40 metrów – mówi. Ale nie tylko. Wyburzał m.in. hale w Gdańsku i Gdyni, schrony, fundamenty elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Jedno z jego zadań związane jest z tragicznym wybuchem gazu w gdańskim bloku w 1995 r. – To było w drugi dzień świąt wielkanocnych – opowiada. – Rano pojawił się oficer łącznikowy i oznajmił, że mam się stawić u dowódcy marynarki. Żona była już przyzwyczajona i zaczęła mnie pakować. Jerzy Bucholc wspomina, że akcja była trudna, że trzeba było działać szybko i precyzyjnie. Został projektantem wyburzenia bloku. Akcja zakończyła się sukcesem. – To była ostatnia moja akcja z użyciem materiałów wybuchowych – mówi.    GSZ
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości