Reklama

Kapadockie opowieści

20/11/2013 11:20
Siedzimy z Conchą na rzece. Piękne październikowe słońce rozleniwia. Czekamy, aż przyniosą obiad. Przy jednym stole znaleźliśmy się przypadkiem. A może wcale nie? Ja z Polski, ona Hiszpanka – nowa i stara Europa razem w Azji. Chłopak w czapeczce z daszkiem (imię byłoby trudno zapamiętać), który przyjechał sam, nie jest z naszego kontynentu. Zaczepił mnie na początku wycieczki, na migi prosząc o zrobienie zdjęcia i teraz znowu, milcząc, znalazł się w naszym towarzystwie. Concha zjada pysznie wyglądającą rybę, ja – mięso z warzywami podane w podłużnej miseczce, on – tylko warzywa. My piwo, kolega wodę. Ciekawe, co o nas pomyślał…
Zwiedzanie najciekawszych miejsc w Kapadocji to była jedyna zorganizowana przez agencję turystyczną wycieczka podczas naszej wielkiej wyprawy. Przejechaliśmy 4 tysiące kilometrów po Turcji, korzystając głównie z autobusów. Bilety kupowaliśmy sami. Noclegów szukaliśmy po drodze. Spaliśmy w hotelach albo w autobusach. Objechaliśmy mniej więcej połowę kraju, zaczynając i kończąc w Istambule. Na wiele rzeczy nie wystarczyło czasu. Na inne – pieniędzy, ale i tak wróciliśmy zauroczeni, a może zaczarowani? Spotkaliśmy bardzo sympatycznych ludzi, mieliśmy ciekawych towarzyszy podróży, trafiliśmy w miejsca omijane przez zwykłych turystów. Przytrafiły nam się przeróżne historie i przeróżnych historii dane nam było wysłuchać. Niektóre z tych spotkań pozwoliły spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy. Każdy zna uczucie podekscytowania, które towarzyszy na początku wyprawy. Już na etapie planowania, wyszukiwania informacji, oglądania zdjęć w internecie, czytania opinii innych podróżników. Nie możemy się doczekać, kiedy wyruszymy w naszą podróż. Rzadko jednak zdarza się, że podekscytowanie nie mija, ba, nawet zostaje z nami po powrocie do domu, zmieniając się w zachwyt. Znajomy powiedział niedawno: „Byłem w Egipcie, widziałem wszystko, co tam mają: od piramid do przydrożnych miasteczek, gdzie na ulicy wisiało na hakach świeże mięso ociekające krwią. Byłem raz i wystarczy, więcej nie pojadę”. A ja chcę wrócić. Już tęsknię za błękitnym Istambułem, za rybakami, stojącymi codziennie na moście Galata, za krzyczącym sprzedawcą wody i za dojrzewającymi na drzewkach granatami. Za życiem toczącym się do późnych godzin nocnych w zupełnie innym rytmie.

Autobusem
po tureckich drogach

Kapadocja była trzecim przystankiem w naszej podróży. Nie wiedzieliśmy dokładnie, do którego miasta jechać, gdzie rozpocząć zwiedzanie, ale ponieważ nie wiązały nas żadne hotelowe rezerwacje, decyzję mogliśmy podjąć po drodze. Pomógł rozkład jazdy. Wolne miejsca znaleźliśmy w autobusie do Kayseri. „Znaleźliśmy” nie oznacza w Turcji: zapytać kierowcę o bilet. Oni ich nie sprzedają. Bilety trzeba kupić wcześniej w biurze przewoźnika, z którym chcemy jechać. Tureckie dworce podzielone są pomiędzy różne firmy. Każda ma poczekalnię i swoje stanowiska. W zależności od długości tras i zapewne – wielkości floty, może ich mieć kilka lub kilkanaście. Na największe dworce co chwilę podjeżdżają jakieś autobusy. Kierowcy pakują bagaże. Mimo rozgardiaszu, nawoływań, krzyków, w tym wszystkim jest niezwykły porządek. Ceny biletów są rozsądne. W autobusie należy zająć wyznaczone na bilecie miejsce. Samowolne zmiany są niedopuszczalne. Załoga kilkakrotnie sprawdza, czy pasażer siedzi tam, gdzie trzeba, pyta o cel podróży. Pyta oczywiście po turecku i za pierwszym razem trudno się domyślić, „o co temu panu chodzi”. Pokazuję na wszelki wypadek bilet, a pan zapisuje nazwę miejscowości na kartce. Na długich trasach stewardzi podają pasażerom sok, kawę lub herbatę. Gdy podróż trwa kilkanaście godzin – nawet kanapkę i ciasteczko. Po kilkunastu minutach przychodzą jeszcze raz, z workiem na śmieci i sprzątają odpadki. Autobusy wyglądają jak nowe. Mają wygodne, skórzane siedzenia, które można rozsunąć w bok i – do czego nie jestem przyzwyczajona – na każdym oparciu znajduje się niewielki monitor ze słuchawkami. Uruchamia się po starcie silnika. Można oglądać telewizję, filmy (jest kilka do wyboru), słuchać muzyki, podłączyć telefon. Wiele autobusów ma też bezprzewodowy internet. W takich luksusowych warunkach pokonywaliśmy największe odległości. Czasem z innymi przybyszami spoza Turcji, a czasem tylko z „tubylcami”. Wszyscy się o nas martwili, sprawdzali, czy na pewno wróciliśmy do autobusu po przerwie (bo ile trwa przerwa – tego nie rozumieliśmy). W drodze do Istambułu steward podchodził do nas i po angielsku informował, ile czasu mamy, albo mówił, żeby nie opuszczać autobusu, bo stajemy tylko na chwilę. Cieszył się, że go rozumiemy. My też czuliśmy się pewniej, wiedząc, czy zdążymy wyskoczyć na burek, czy tylko po simita (tradycyjny turecki precelek).

Skalne baśnie

Do Kayseri dotarliśmy wcześnie rano. Trzeba było poczekać na dworcu do 7.00, kiedy ruszał autobus do Göreme. Jeszcze nie do końca obudzeni usiedliśmy przy stoliku, obok innych porannych podróżników. Ktoś zapytał, skąd jesteśmy i zauważył zmęczenie na twarzach. Rozpoczęła się rozmowa przy herbacie. Na szklaneczkę czaju z dwoma kostkami cukru zaprosił nas piłkarz, który właśnie przyleciał odwiedzić rodzinę. Na co dzień mieszka i trenuje w Finlandii. Narzekał na pogodę, ale z wysokości kontraktu był bardzo zadowolony. Zachwalał nam turecką riwierę, piękne morze i Alanyę. Ostrzegał, żebyśmy uważali na swoje bagaże i nigdy nie zostawiali ich bez opieki. Jednak naprawdę nie trzeba się bać. Przez dwa tygodnie pobytu niczego nam nie ukradziono. Nikt nie ruszył plecaka zostawionego pod stolikiem w kawiarni, nie wziął płóciennej torby, która została na stosie gałęzi. Oddano bluzę, która zsunęła się z ramion na dworcu. Do spisu rzeczy zgubionych mogłabym dodać jeszcze jedną – portfel, który zostawił na ławce w porcie w Fethiye chyba turecki turysta. Gdy po około 30 minutach wrócił, żeby go odszukać, znalazł go dokładnie w tym samym miejscu.
Nazwa Kapadocja oznaczała podobno kraj pięknych koni. Ta niezwykła kraina leży w Anatolii i dzisiaj słynie raczej z fantastycznych krajobrazów, które tworzą przedziwnie ukształtowane formy skalne. Niby-grzyby wyglądające jakby złożył je jakiś olbrzym, baśniowe kominy, „wielbłądy” i inne ciekawe kształty to zasługa działalności wulkanów, wiatru i wody. Tuf wulkaniczny utworzył miękkie skały, w których drążono całe miasta, mieszkania i kościółki. Wiele z nich można dzisiaj zwiedzać. Najwięcej kościółków i kapliczek znajduje się na terenie muzeum na wolnym powietrzu w Göreme (wstęp 15 lir). Wyrzeźbili je mnisi, którzy żyli według nauk św. Bazylego. Są w nich przepiękne bizantyjskie freski. Jedne z najlepiej zachowanych zdobią tzw. Ciemny Kościół (Karanlik Kilise). W Kościele Tokali na niebieskim tle (oficjalnie indygo) opowiedziano losy Jezusa. Cały kompleks w Göreme został w 1984 roku wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
W Kapadocji trzeba zobaczyć przynajmniej jedno z podziemnych miast, w których ludzie chronili się podczas wojen i prześladowań. Najgłębsze z nich to Derinkuyu. Choć ma 11 poziomów, do zwiedzania dostępne jest około 10 %. Było w nim wszystko, co potrzebne do przeżycia, doskonale zorganizowane. Nawet – mała „winiarnia”, „cmentarz”, miejsca modlitwy. O wentylację dbał system szybów wentylacyjnych, a o bezpieczeństwo? Nasza pani przewodnik zwróciła nam uwagę, żebyśmy przyjrzeli się dokładniej jednej z bocznych odnóg naszego szlaku i odszukali ogromne kamienne koło. W przypadku, gdy wrogom udało się wedrzeć do miasta, koło blokowało przejście. Jak ciężko było je przesunąć, nie trzeba dodawać. Spacer podziemiami robi duże wrażenie, szczególnie, że gdzieniegdzie dróżki są wąskie, a korytarze – z pewnością nie były projektowane dla wysokich. W jednej z sal prawdopodobnie mieszkały przez jakiś czas konie. Jak udało się je tam przetransportować? Nie wiadomo. Podziemne miasta mają wiele jeszcze nieodkrytych korytarzy. Dzisiaj podobno mieszkańcy okolicy znajdują je pod swoimi domami. Po wyjściu z Derinkuyu doceniamy urodę życia na powierzchni.

Ryba z Melindiz

Drugim dostępnym dla zwiedzających miastem jest Kaymakli. Nie udało się go zobaczyć z powodu braku czasu. Wsiedliśmy razem z naszą przypadkową wycieczką do busa i pojechaliśmy dalej. Poprzedniego dnia w hotelu w Göreme (również wykutym w skale, przez co jeszcze bardziej można poczuć klimat Kapadocji) wycieczkę tzw. zielonym szlakiem polecił nam Yilmaz, pracownik hotelu. Zapytał, ile dni zostajemy. Gdy usłyszał odpowiedź: „dwa” stwierdził, że to stanowczo za mało. Dlatego właśnie dla takich, co się spieszą, agencje turystyczne organizują wycieczki (również przelot balonami nad Kapadocją, o którym zapewne słyszeli wszyscy). Można wybrać sobie trasę. „Zielona” jest rzeczywiście ciekawa i nie żal kilkudziesięciu wydanych euro. Busik podjeżdża pod różne hotele i pensjonaty, zbiera turystów i wyrusza w drogę. Przez cały dzień pokonuje sporo kilometrów. – Bez samochodu nie dacie rady zobaczyć tego wszystkiego w jeden dzień – powiedział Yilmaz i miał rację. Agencja oferuje przejazd, w cenie są bilety wstępu (jest ich sporo), opieka przewodnika i obiad. Program jest urozmaicony. Po wizycie w Kaymakli odpoczęliśmy w dolinie Ihlara. Piękny spacer, w otoczeniu jesiennie zabarwionych drzew, w towarzystwie przyjemnej rzeki, przerywany jest oglądaniem kolejnych wspaniałych kościołów. Gdyby nawet ich nie było, warto się tam wybrać, choćby dla przyrody. Ponad godzinny trekking zakończył obiad w restauracji na rzece Melindiz. W wodzie ustawiono drewniane konstrukcje, przykryte strzechą. Wchodzimy na kładkę i po kilku krokach jesteśmy w środku. Musimy zdjąć buty. Siadamy wokół niskiego stołu, każdy ma swoją poduszkę. Czekamy na zamówione dania i zaczynamy rozmowę. Po posiłku wszyscy komplementują pyszne jedzenie.
Z doliny Ihlara pojechaliśmy do Selime. Znajduje się tam największy wykuty w skale klasztor. Po wdrapaniu się na górę „góry” można podziwiać niesamowite widoki. Podobno twórcy Gwiezdnych wojen, w poszukiwaniu odpowiednio „nieziemskich” krajobrazów, przyjechali najpierw do Kapadocji. Niestety problemy polityczne uniemożliwiły uzyskanie zgody na kręcenie w Turcji. W rezultacie ekipa pracowała w Tunezji, gdzie znalazła podobne skalne domy. W Selime trzeba koniecznie zobaczyć jedną z najpiękniejszych katedr na świecie. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że gdyby nie ponaglająca nas pani przewodnik, zostałabym tam na dłużej. Wygląda, jakby ludzie niedawno ją opuścili. O upływie czasu świadczą tylko cudowne, nieco zatarte freski i cisza. Opieram się o starą, wykutą w skale kolumnę i chłonę historię. Nie mogę przestać fotografować i oglądać. Mam nadzieję, że widok wnętrza katedry zostanie ze mną na zawsze. Wycieczka kończy się wieczorem w punkcie widokowym na Dolinę Gołębi (Güvercinlik), z tysiącami skalnych gołębników. Wybierając się do Kapadocji, większość turystów decyduje się na lot balonem. Tym, którzy chcieliby wiedzieć, ile ta niewątpliwa przyjemność kosztuje spieszę donieść, że wszystko zależy od tego, jak bardzo wyjątkowo i luksusowo chcielibyśmy się poczuć. Loty odbywają się wcześnie rano i tylko przy sprzyjającej, bezwietrznej pogodzie, a taka nie zdarza się zawsze. Możemy w cenie dostać śniadanie, a nawet – dyplom uczestnictwa. – Jeśli chcesz tylko oglądać krajobrazy i robić zdjęcia, znam dobrą firmę, z którą polecisz za 90 euro – mówi Yilmaz. – Jak chcesz szampan i dodatkowe atrakcje, zapłacisz 200 euro – dodaje. Wybór należy do was.
Tekst i fot. Marta Szatkowska-Kunavar
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości