Reklama

Jeśli rock nie jest kiczem - Wolterowskie Fiu Fiu

21/03/2002 13:30
Dla kogoś, komu się zdaje, że być gwiazdą rocka to zapuszczać włosy na głowie i ćwieki na kurtce, komu muzyka tworzona za pomocą podłączonych do kontaktu gitar kojarzy się z natarczywym hałasem, zagłuszającym myśli i odbierającym zdolność koncentracji, zaś rockowe teksty z obowiązkową porcją grafomanii na temat miłości, nadziei lub, nie daj Boże, wolności – osoba Lecha Janerki może być skutecznym antidotum na dojmującą powierzchowność obiegowych opinii i powszechnie uznawanych prawd.O ile uwodzący nas dosłownie na każdym kroku kicz łatwo poznać po tym, że z rozpostartymi szeroko ramionami i promiennym jak majowe słońce uśmiechem wychodzi nam naprzeciw (aż nadto skwapliwie spełniając oczekiwania i łechcąc zmysły bez najmniejszego wysiłku ich właściciela), to wszelka, choćby nawet najbardziej pospolita, z najniższych półek wzięta sztuka tym się od niego różni, że wymaga choć odrobiny zaangażowania, przełamania oporów zgnuśniałego serca i przyrodzonego nam, istotom ludzkim, myślowego lenistwa. Trzeba przyznać, że muzyka rockowa bardzo często i chętnie bywa kiczem, co jest nieuleczalnie związane z jej komercyjnym charakterem i emocjonalnym sposobem oddziaływania. Można przecież ostentacyjnie wyśmiewać zjawiska typu mizdrząca się do kamer i mikrofonów Britney Spears albo wyskakujący jak diabeł z pudełka dosłownie z każdej otworzonej gazety i włączonej stacji radiowej zespół Ich Troje, samemu zaś nabawić się świetnego samopoczucia wielbiciela grup heavy metalowych, podobnych do siebie niczym rozmnożone przez podział pantofelki, w dodatku o zbliżonej do pantofelkowej liczbie szarych komórek. Tak samo, jak można spoglądać z wyższością na odrażających, brudnych i złych rockmanów, do upojenia słuchając gładkich i jak należy podniosłych wykonań przebojów muzyki klasycznej (rozdęty ponad miarę koszmar Trzech Tenorów), albo powtarzającego do znudzenia te same aranżacyjne schematy jazzu, który chce się sprzedawać równie dobrze jak pop, więc mimowolnie się do niego upodabnia (nawet u takich mistrzów jak Wynton Marsalis czy Pat Metheny). Warto pamiętać, że kicz to nie tylko jeleń na tle zachodzącego słońca czy Maryla Rodowicz na telewizyjnej estradzie, ale każdy przejaw działalności, której może się zdawać, że jest artystyczna, bo wzrusza nas i rozrzewnia do łez. Należy się wystrzegać zbyt sielskich krajobrazów, zbyt łatwych dziewcząt i zbyt szybko wpadających w ucho melodii. Ale z drugiej strony mieć się na baczności także w obliczu natrętnie artystowskich manier, natarczywych spojrzeń mrocznych oczu i krępujących swobodę ruchu egzystencjalnych póz, które równie łatwo przybierać, co po powrocie do domu, kiedy już nikt nie widzi, z ulgą odwieszać na wieszak. Osoba Lecha Janerki może być skutecznym antidotum zarówno na jeden, jak i na drugi rodzaj szerzącej się bezwstydnie żenady. Tym bardziej, że antidotum wydało właśnie nową płytę. Album opatrzono wiele mówiącym tytułem: ˝Fiu Fiu˝, i każdy, jak się zdaje, powinien go odnieść do siebie. Historie spod i znad wody O całkowicie osobnym miejscu Lecha Janerki na mapie polskiego rocka może świadczyć już chociażby wyjątkowo późny debiut na muzycznej scenie. Ze swoją pierwszą, dziś już legendarną grupą Klaus Mitfoch oficjalnie wystartował dopiero po przekroczeniu trzydziestki w 1983r., bo wcześniej, jak wyznał w jednym z wywiadów, nie czuł, że ma cokolwiek istotnego do powiedzenia. Wydany w 1984r. longplay zatytułowany po prostu ˝Klaus Mitfoch˝ okazał się za to prawdziwą sensacją, a po latach uznany został - zarówno przez profesjonalną krytykę, jak i przez publiczność – za najlepszą płytę polskiego rocka lat 80-tych i jedną z najważniejszych w ogóle. W odróżnieniu od większości nagrań tego okresu, których napędową siłą był młodzieńczy bunt, wściekłość i gniew, w utworach autorstwa Janerki zadziwiała klasyczna dojrzałość (mimo że był to w gruncie rzeczy ten sam hałaśliwy rock), aranżacyjna pomysłowość (mimo surowości użytych środków), urozmaicenie tematyczne (mimo wyjątkowej stylistycznej spójności) oraz teksty nadzwyczaj celnie ujmujące rzeczywistość w serii sugestywnych, nieco surrealistycznych obrazów (pomimo ich bezpośredniości, a wręcz dosadności, jak w najbardziej chyba popularnej janerkowej inwokacji: Jezu jak się cieszę z tych króciutkich wskrzeszeń, kiedy pełną kieszeń znowu mam). Ten niezwykle zwięzły, obdarzony aforystyczną pojemnością, język poetycki, oparty na grze słów, brzmień i znaczeń szybko stał się znakiem rozpoznawczym Janerki, a po rozwiązaniu przezeń grupy i podjęciu działalności indywidualnej ulegał ciągłemu rozwojowi. Nawet jeżeli artyście nigdy nie udało się odnieść sukcesu równie spektakularnego, co debiut (na wydawanych rzadko, bez szumu i pośpiechu, albumach solowych ˝Historia podwodna˝, ˝Ur˝, ˝Bez prądu˝, ˝Bruhaha˝), to jego teksty – dające się mierzyć miarą literacką – pozostawały wartością samą w sobie i po latach raczej zyskiwały niż traciły na aktualności. Wystarczy wspomnieć ˝Lolę˝ jako symbol policyjnej pałki (z piosenki ˝Lola chce zmienić świat˝), klimaty klaustrofobii i zagrożenia, których nie powstydziłby się Jim Morrison (w doorsowkim ˝Strzeż się tych miejsc˝), stale obecną nutę przekory i dystansu wobec powszechnie przyjętych zachowań społecznych (˝Jest jak w niebie˝), a z drugiej strony zjadliwą parodię wszelkich artystycznych ubolewań nad marnością tego padołu łez (utwór ˝Bóltarga˝ z rozczulającą frazą: Ból targa mym trzewiem, lecz dalej nic nie wiem). A przecież Lech Janerka potrafi odezwać się także całkiem na serio. Powiedzieć co nieco bardziej bezpośrednio i od siebie. Tyle, że jego szczerość daleka bywa od stereotypowego języka rockowej księgi skarg i zażaleń, pełna czujnej autoironii (Boże nie mnij mnie, lub może mnij mnie mniej), jeżeli pozwalająca sobie czasem na chwilę lirycznej słabości, to bez sentymentalnego gadulstwa czy łatwych romantycznych zaklęć (Skrzydełka mnie znoszą w mrok. W naturze mamy ciągły ruch. I z larwy, z larwy, z larwy do gwiazd. Dotykam sedna sprawy. Dotykam twoich ust). Kiedy wczoraj dotykałem czyichś ust, słowa tej piosenki dotknęły moich uszu równie mocno. Lech Janerka dziwi się światu Kiedy zaś parę dni wcześniej dowiedziałem się o tytule nowej płyty Janerki ˝Fiu Fiu˝ przypomniała mi się dobranocka ˝Marceli szpak dziwi się światu˝. Podczas słuchania albumu cały czas miałem przed oczami wokalistę pod postacią skrzydlatego bohatera kreskówki, który rozgląda się ciekawie wokół, pogwizdując pod nosem. Na tle bezustannie w coś tam zaangażowanej – w mętne idee i hasła odbite na lichej kserokopiarce, albo w zwyczajne robienie kasy – polskiej muzyki rockowej, Janerka to postać jakby wzięty z Woltera, pielgrzym w wędrówce przez życie, zachowujący naiwną, nieraz wręcz dziecinną, czystość spojrzenia, turysta w otwartym przez całą dobę muzeum czasów i obyczajów. Turysta, którego jedynym bagażem jest gitara i połatany plecak pełen słów. Na swym nowym albumie Janerka nie stara się dokonać brzmieniowej rewolucji. Pozostaje wierny oplecionym nerwowym rytmem, zwięzłym kompozycjom, obywającym się bez instrumentalnych popisów i brzmieniowej retoryki. Jest tak jak dawniej: krótko i na temat. Tu i ówdzie pojawiają się jakieś ślady nowego, samplowane próbki czy elektroniczne zniekształcenia (w zamykającej album, wieńczącej go długą instrumentalną kodą ˝Pieśni mijających się wielorybów˝), brzmienie jest pełniejsze, bardziej nasycone, dopieszczone nie tylko przed – czyli w momencie nagrywania w studio – ale i po, a więc już podczas remasteringu i produkcji. Wszystko to jednak tylko drugi plan, tło dla zasadniczej akcji, którą pozostają zwarte, umiarkowanie melodyjne kompozycje, oparte na niskich brzmieniach basu Janerki i wiolonczeli jego żony Bożeny jako osnową dla krótkich, ostrych gitarowych wątków. Najważniejsze pozostają jak zwykle teksty. Uczepione rzeczywistości z uporem i skutecznością rzepu na psim ogonie. Podobnie jak ona, coraz bardziej wieloznaczne i trudne do jednoznacznego zaklasyfikowania, lecz dzięki temu pozostawiające słuchaczowi coraz więcej pola dla własnych dopowiedzeń i skojarzeń. Ale przecież czasem aż boleśnie bezpośrednie (nawiązujące do legendarnych ˝Konstytucji˝ sprzed lat ˝Ceremonie˝ z frazą: Ceremonie, ceremonie, pora już podciągnąć spodnie, za którą nasze polityczne elity mogłyby się poczuć słusznie obrażone), a pod grami i zabawami językowymi kryjące najprostsze prawdy i spostrzeżenia (zagrane tu w nowej aranżacji ˝W naturze mamy ciągły ruch˝). W efekcie otrzymujemy album prosty i mądry. Choć na pewno nie będzie to prostota, na którą czekają miłośnicy rytmicznych kawałków do potupania nogą ani ogłuszającego rockowego jazgotu, pompującego adrenalinę. Zaś mądrości zbyt daleko do obrazu świata, jakim większość z nas chciałaby go widzieć, aby płyta miała szansę stać się przebojem sprzedaży, a Janerka muzycznym idolem. Ale wygląda na to, że akurat tym to on się raczej nie martwi. Maciej Woźniak *Za płyty i życzliwość dziękujemy stoisku ˝Swing˝ w domu handlowym TSS na I piętrze.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości