Reklama

Janina i Gustaw Pankowie - Szmaragdowa rocznica

07/03/2002 13:44
Pan Gustaw tak naprawdę ma na imię Franciszek, przynajmniej tak mu dali na chrzcie, ale wszyscy mówią o nim Gustaw. Nawet niektóre dokumenty ma na to imię. Właśnie kilka dni temu, pod koniec stycznia skończył 80 lat, a ma przed sobą jeszcze 12 lat życia. Tak twierdzi.Janina i Franciszek Gustaw Pankowie obchodzili niedawno 55 rocznicę ślubu. Z tej okazji otrzymali medal za długoletnie pożycie przyznany przez Prezydenta RP. I choć razem są 55 lat, to znają się od dzieciństwa. - Ja jestem najmłodszą z trzech córek – zaczyna swoją opowieść pani Janina, - a pochodzę z Garwolewa koło Kępy Polskiej. Mąż mieszkał w Łętowie koło Bodzanowa. Mąż był zawsze bardzo zdolnym człowiekiem, mistrzem ślusarskim, umiał zbudować każdą maszynę. Cała rodzina chciała, żebyśmy się pobrali. Przez rok spotykaliśmy się jako para, a potem się pobraliśmy. Mój tatuś, który miał trzy posiadłości, zmarł 2 miesiące po ślubie. Dostałam posiadłość w Kępie, ktorą nam zabrało państwo i dom na ul. Kwiatka 16. Choć niby byłam bogata, to nic nie należało do mnie. Pobrali się w czerwcu 1946 roku. Ślub odbył się w Czerwińsku. Była piękna pogoda i wszyscy goście (150 osób) cieszyli się, że czeka młodych taka słoneczna przyszłość. A potem umarł ojciec pani Janiny, ich wysiedlono, zaś 42 ha majątek w Kępie został zabrany. I tak zaczęła się ich tułaczka. Przez pierwszych 11 lat małżeństwa mieszkali w Dobrej u państwa Sobótków, od których wynajmowali domek. Potem przeprowadzili się do Płocka, na ul. Kwiatka, do własnej kamienicy pani Janiny, w której musieli kupić mieszkanie. Dziś jest tam 36 lokatorów, a kamienica jest kompletnie zniszczona. Pan Gustaw, złota rączka, miał własny warsztat ślusarski i zarabiał na życie budową maszyn. Chociaż jego maszyny były bardzo wysoko oceniane, to jako „prywaciarz” nie miał zbyt łatwego życia. Sporo pisano o nim w prasie, fachowcy twierdzili, że może się równać z najlepszymi na świecie, ale nie przekładało się to na popyt. Petro Echo z 1971 roku zanotowało: „Maszyna omłotowa do nasion koniczyny i traw, przeszła wszelkie próby i przez fachowców z resortu rolnictwa (na najwyższym szczeblu) została oceniona bardzo wysoko. Wynalazca opatentował wynalazek i rozpoczął starania o przekazanie młocarni do produkcji. Wszyscy boją się popierać wynalazcę, bo to pomysł prywatny i nikt nie chce być posądzony o to, że ma jakiś w tym interes”. Mimo tych kłopotów udało mu się wybudować cztery maszyny. – Byłem lubiany, miałem przyjaciół – wspomina pan Gustaw, - doceniany i szanowany przez ludzi. Ale dla władzy byłem wróg klasowy, i to tylko dlatego, że nie chciałem produkować maszyn w fabryce, ale we własnym warsztacie. - Ja nigdy nie należałem do żadnej partii, może dlatego było mi tak trudno, nie chciano wykorzystać tego, co potrafiłem zrobić. A robiłem nie tylko maszyny. Do dziś możemy jechać na urlop z przyczepą mojej konstrukcji. Nie mieszkaliśmy w namiocie, na ziemi, tylko elegancko w przyczepie. Mogliśmy być bogatymi ludźmi, ale teraz jak na to patrzę, to nie majątek jest najważniejszy, ale szczęście, to że tak przeżyliśmy razem, szkoda tylko, że to tak szybko zleciało. W 1981 roku z Wydziału Rolnictwa i Leśnictwa otrzymali decyzję o nieważności tej z 1946 roku, kiedy to zabrano im majątek. Niestety dostali z powrotem gołą ziemię. – A przed wojną – wspomina pani Janina, - to był bardzo dobrze utrzymany majątek. Dawali 30 tys. za podcinkę na wały. Można było z tego dobrze żyć. A dziś możemy się starać o odszkodowanie za zniszczenie i za nieprawne odebranie ziemi. Ale to by za długo trwało, nie wiadomo czy dożyjemy. O samą drogę konieczną, która nam się należała walczyliśmy 7 lat. Teraz drogę odzyskaliśmy, ale zalewa ją woda i tak nie można tam przejechać. Pan Gustaw twierdzi, że mimo częstych chorób, dwóch zawałów, ma przed sobą 12 lat życia. Właśnie skończył 80 lat. - Tuż po wojnie zrobiłem trumnę dla człowieka, który umarł mając 92 lata. Tak sobie wtedy pomyślałem, że powinienem dożyć takiego wieku. I na razie wszystko wskazuje na to, że to jest możliwe – śmieje się. A może śmiało w to wierzyć, bo jeszcze jest w pełni sił, niedawno zrobił wielofunkcyjną maszynę bardzo skomplikowaną. To co robi, to dla własnej satysfakcji i przyjemności. Nadal lubi podłubać, zrobić coś samemu. do domu. Kiedyś za wykonaną maszynę dostał w nagrodę Wołgę, dziś jeździ Maluchem, ale wcale nie narzeka. W garażu stoi przyczepa na sześć osób, która rozkłada się jak parasol, a dzięki niej wspólnie spędzali wiele szczęśliwych urlopów. To dziś procentuje, są rodziną na dobre i na złe. Państwo Pankowie doczekali się trójki dzieci, dwóch córek i syna. Ich receptą na udane życie jest bycie razem, dyskutowanie o każdej sprawie, wspólne podejmowanie decyzji. Są szczęśliwą rodziną. Jola Marciniak Fot. D. Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości