Pan Gustaw tak naprawdę ma na imię Franciszek, przynajmniej tak mu dali na chrzcie, ale wszyscy mówią o nim Gustaw. Nawet niektóre dokumenty ma na to imię. Właśnie kilka dni temu, pod koniec stycznia skończył 80 lat, a ma przed sobą jeszcze 12 lat życia. Tak twierdzi.Janina i Franciszek Gustaw Pankowie obchodzili niedawno 55 rocznicę ślubu. Z tej okazji otrzymali medal za długoletnie pożycie przyznany przez Prezydenta RP. I choć razem są 55 lat, to znają się od dzieciństwa. - Ja jestem najmłodszą z trzech córek – zaczyna swoją opowieść pani Janina, - a pochodzę z Garwolewa koło Kępy Polskiej. Mąż mieszkał w Łętowie koło Bodzanowa. Mąż był zawsze bardzo zdolnym człowiekiem, mistrzem ślusarskim, umiał zbudować każdą maszynę. Cała rodzina chciała, żebyśmy się pobrali. Przez rok spotykaliśmy się jako para, a potem się pobraliśmy. Mój tatuś, który miał trzy posiadłości, zmarł 2 miesiące po ślubie. Dostałam posiadłość w Kępie, ktorą nam zabrało państwo i dom na ul. Kwiatka 16. Choć niby byłam bogata, to nic nie należało do mnie. Pobrali się w czerwcu 1946 roku. Ślub odbył się w Czerwińsku. Była piękna pogoda i wszyscy goście (150 osób) cieszyli się, że czeka młodych taka słoneczna przyszłość. A potem umarł ojciec pani Janiny, ich wysiedlono, zaś 42 ha majątek w Kępie został zabrany. I tak zaczęła się ich tułaczka. Przez pierwszych 11 lat małżeństwa mieszkali w Dobrej u państwa Sobótków, od których wynajmowali domek. Potem przeprowadzili się do Płocka, na ul. Kwiatka, do własnej kamienicy pani Janiny, w której musieli kupić mieszkanie. Dziś jest tam 36 lokatorów, a kamienica jest kompletnie zniszczona. Pan Gustaw, złota rączka, miał własny warsztat ślusarski i zarabiał na życie budową maszyn. Chociaż jego maszyny były bardzo wysoko oceniane, to jako „prywaciarz” nie miał zbyt łatwego życia. Sporo pisano o nim w prasie, fachowcy twierdzili, że może się równać z najlepszymi na świecie, ale nie przekładało się to na popyt. Petro Echo z 1971 roku zanotowało: „Maszyna omłotowa do nasion koniczyny i traw, przeszła wszelkie próby i przez fachowców z resortu rolnictwa (na najwyższym szczeblu) została oceniona bardzo wysoko. Wynalazca opatentował wynalazek i rozpoczął starania o przekazanie młocarni do produkcji. Wszyscy boją się popierać wynalazcę, bo to pomysł prywatny i nikt nie chce być posądzony o to, że ma jakiś w tym interes”. Mimo tych kłopotów udało mu się wybudować cztery maszyny. – Byłem lubiany, miałem przyjaciół – wspomina pan Gustaw, - doceniany i szanowany przez ludzi. Ale dla władzy byłem wróg klasowy, i to tylko dlatego, że nie chciałem produkować maszyn w fabryce, ale we własnym warsztacie. - Ja nigdy nie należałem do żadnej partii, może dlatego było mi tak trudno, nie chciano wykorzystać tego, co potrafiłem zrobić. A robiłem nie tylko maszyny. Do dziś możemy jechać na urlop z przyczepą mojej konstrukcji. Nie mieszkaliśmy w namiocie, na ziemi, tylko elegancko w przyczepie. Mogliśmy być bogatymi ludźmi, ale teraz jak na to patrzę, to nie majątek jest najważniejszy, ale szczęście, to że tak przeżyliśmy razem, szkoda tylko, że to tak szybko zleciało. W 1981 roku z Wydziału Rolnictwa i Leśnictwa otrzymali decyzję o nieważności tej z 1946 roku, kiedy to zabrano im majątek. Niestety dostali z powrotem gołą ziemię. – A przed wojną – wspomina pani Janina, - to był bardzo dobrze utrzymany majątek. Dawali 30 tys. za podcinkę na wały. Można było z tego dobrze żyć. A dziś możemy się starać o odszkodowanie za zniszczenie i za nieprawne odebranie ziemi. Ale to by za długo trwało, nie wiadomo czy dożyjemy. O samą drogę konieczną, która nam się należała walczyliśmy 7 lat. Teraz drogę odzyskaliśmy, ale zalewa ją woda i tak nie można tam przejechać. Pan Gustaw twierdzi, że mimo częstych chorób, dwóch zawałów, ma przed sobą 12 lat życia. Właśnie skończył 80 lat. - Tuż po wojnie zrobiłem trumnę dla człowieka, który umarł mając 92 lata. Tak sobie wtedy pomyślałem, że powinienem dożyć takiego wieku. I na razie wszystko wskazuje na to, że to jest możliwe – śmieje się. A może śmiało w to wierzyć, bo jeszcze jest w pełni sił, niedawno zrobił wielofunkcyjną maszynę bardzo skomplikowaną. To co robi, to dla własnej satysfakcji i przyjemności. Nadal lubi podłubać, zrobić coś samemu. do domu. Kiedyś za wykonaną maszynę dostał w nagrodę Wołgę, dziś jeździ Maluchem, ale wcale nie narzeka. W garażu stoi przyczepa na sześć osób, która rozkłada się jak parasol, a dzięki niej wspólnie spędzali wiele szczęśliwych urlopów. To dziś procentuje, są rodziną na dobre i na złe. Państwo Pankowie doczekali się trójki dzieci, dwóch córek i syna. Ich receptą na udane życie jest bycie razem, dyskutowanie o każdej sprawie, wspólne podejmowanie decyzji. Są szczęśliwą rodziną. Jola Marciniak Fot. D. Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze