pierwsi wymyślili Grecy. Mniej powszechnie wiadomo, że Grecy (a przynajmniej ich filozofowie) w budowaniu systemów myślowych byli perfekcjonistami, nic zatem dziwnego, że przewidzieli ją dla ludów zacnych, znajdujących upodobanie w praktykowaniu cnót wszelakich, ze wstrzemięźliwością, męstwem i mądrością na czele, które jeszcze spinać miała cnota cnót – sprawiedliwość. Ponieważ jednak sami tężsi byli w teoretyzowaniu na temat cnót niż w ich praktykowaniu (samym filozofom raczej nic zarzucić nie można), pierwsi też się na demokracji poznali. Arystoteles co prawda widział dla niej miejsce wśród ustrojów dobrych, ale na szarym końcu, bolejąc, że „władza ludu” zbyt gładko przeradza się w coś bardzo wrednego, co Filozof nazywał „władzą tłumu”, czyli ochlokracją (brrr!). Ta zaś na dłuższą metę nie wróży nic dobrego ani państwu, ani jego obywatelom. Przekonali się o tym dobrze Grecy, oddając niepodległość na wiele stuleci sąsiadom, którzy do demokracji raczej się nie garnęli. Nikt bardziej jednak niż Arystofanes, największy z komediopisarzy Hellady, nie wykpił „rządów ludu” i jego reprezentantów. Dzięki uprzejmości naszego Teatru mieliśmy okazję przekonać się tuż przed wyborami (czy na wiele się to przydało?), jak żywa nadal jest ta kpina. To smutne i bardzo przykre, ale przez dwa i pół tysiąca lat sztuka Arystofanesa nic a nic się nie zestarzała.
Jak tego dokonał zacny i odważny autor? Pokazał dwu demokratów o łajdackim usposobieniu, którzy prześcigają się w umizgiwaniu do Pana Luda, od którego woli zależy przecież, kto będzie rządził sprawami państwa (aż tyle i tylko tyle). Ci zaś potrafią „podłazić, schlebiać, merdać ogonem, tumanić (Ludku, luby Ludeczku, Ludeńku, Ludusieńku)”. A znając dobrze naturalne skłonności Pana Luda, uderzają w tony nie nazbyt wysokie. Wystarczy w sztuce umizgów wołać „przekąś, pociągnij, zakąś”, by Lud wiedział, o co chodzi. Handlarz skór i handlarz kiełbas rywalizują o władzę. „Bo wodzem ludu nie może być dziś człowiek ogładzony ani szlachetnych obyczajów, tylko gbur, plugawiec”. „Właśnie przez to będziesz mężem, żeś cham, wycirus z rynku i bezczelna gęba”. A gdyby ktoś wątpił, czy poradzi sobie w rządzeniu ludem, i na to dostanie instrukcję: „nic prostszego, to samo rób, co dotąd robisz, mieszaj w kotle i kiełbaś wszystkie sprawy razem, a lud przyrządzaj sobie, jak sam chcesz, do smaku, przyprawiając go sosem słóweczek kucharskich. Wszystko inne, co ludu wodzowi przystoi, masz z natury: ochrypły głos, maniery z rynku, stan podły i czegóż jeszcze brak, by rządzić państwem?”.
Paflagonów i Kiełbaśników jest ci u nas dostatek. Rodzi ich natura demokracji. Debata polityczna przeradza się w sztukę umizgów o względy ludu, schlebiania jego najniższym instynktom, jak to ujął Stanisław Michalkiewicz, po to tylko, by schlebiający mogli zachować nadrzędną pozycję, która ułatwi im zawłaszczenie państwa jak swego żerowiska, a tworzących je ludzi – jako trzody użytkowej. A przecież, uczy nas Pismo, sługa nie jest większy od swego pana. Jakżeż więc dzieje się, że reprezentant jest większy od reprezentowanego, wasal od swego suwerena? Dzieje się jednak i lud o tym dobrze wie. Stąd swoją chytrością usiłuje przechytrzyć chytrość swoich miłośników i wypina się na procedury demokratyczne. Gdy milknie słodki czas kampanii, schodzi do szarej strefy i próbując przetrwać, robi swoje. Do następnej kampanii, w nadziei, że łajdaka przegoni w końcu większy łajdak. Ale cóż to za nadzieja?
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze