– Najlepsze przyjaźnie nawiązuje się w ogólniaku. Człowiek jest już na tyle dorosły, żeby docenić drugiego człowieka i jeszcze nie na tyle ambitny, żeby udowadniać, że jest od kogoś lepszym. Dlatego nie odpowiadają mi zjazdy studenckie. Najlepiej czuję się w Płocku. Tu wszyscy jesteśmy tacy, jak w maturalnej klasie – mówi Anatol Szysz. W roku 1963 zrobił maturę w Jagiellonce. Ponad 20 lat temu wyjechał do Danii, gdzie jest uznanym neurochirurgiem. Zrobił karierę, ale na spotkaniu ze znajomymi ze szkoły nie rozmawia o skomplikowanych operacjach. Jest przecież wiele ciekawszych tematów.
Tu nie potrzeba specjalnych zaproszeń. Od 7 lat wiadomo, że nieformalne spotkania Jagiellończyków odbywają się w ostatnią sobotę lipca. Co chwila słychać pytanie „pamiętasz mnie?”. Lecą przeboje „Czerwonych gitar”. – Jest jak dawniej. Tylko ludzie mają większe rozmiary ubrań – żartuje Barbara Wejcman z Tczewa.
Małgorzata Kwiatkowska, wicedyrektor Liceum Ogólnokształcącego im. Władysława Jagiełły w Płocku, jak również prezes stowarzyszenia Jagiellończyków, liczy, że co roku pojawia się ponad 200 osób. Przez 100 lat istnienia mury tej prestiżowej szkoły opuściło 10 tysięcy absolwentów. Jest komu się spotykać. Ludzie przyjeżdżają z całego świata: z Kanady, Danii, Stanów Zjednoczonych, Niemiec, czy Norwegii.
– Przy wejściu wymagamy okazania świadectwa maturalnego. Niektórzy pokazują tylko pierwszą stronę. Nie chcą pokazać ocen, ale nie jesteśmy aż tacy skrupulatni – żartują organizatorzy.
A ty noś długie włosy
Marek Grala, znany płocki poeta, nie ma świadectwa ukończenia Jagiellonki. Nie musi jednak buntowniczo skakać przez płot, by spotkać się ze znajomymi ze szkolnych lat. Wszyscy, którzy na początku lat 70. chodzili do Jagiellonki doskonale go pamiętają. Natchniony twórczością i osobą Leopolda Tyrmanda chodził w czerwonych skarpetkach, słuchał Beatlesów i zapuścił długie włosy. Żadna siła nie była w stanie na niego wpłynąć, by je obciął. – Zarobiłem niezłą kasę u dyrektora Przyszlaka, który dawał mi pieniądze na fryzjera. Kiedy zdawałem maturę, dyrektor specjalnie przyszedł na egzamin. Włosy miałem spięte w kok. Do końca nie było wiadomo, czy się obciąłem. Na rozdanie matur przyszedłem w rozpuszczonych włosach. Wtedy wicedyrektorka nie wpuściła mnie do szkoły. Do dzisiaj nie widziałem swojego świadectwa maturalnego. Dla rodziców to była tragedia, a mnie na tym nie zależało – opowiada Grala. Dziś ma jedynie odpis tego dokumentu. Mimo tej nauczki nadal nosi długie włosy.
Co mu dała Jagiellonka? Dla równowagi, za stres i ostre zachowanie niektórych belfrów, dwie wspaniałe polonistki. – Marta Kowalska i Teresa Kalaszczyńska zainspirowały mnie do życia twórczego. Do dziś uważam, że najważniejszym nauczycielem w szkole jest polonista – zaznacza poeta. Pod ich okiem w latach 1969-1972 pisał piosenki i wiersze do Szkolnego Teatru Różnych Form Artystycznych „STROFA”.
– Na Jagiellonkę wszyscy lubią narzekać, ale po latach każdy powie, że w Jagiellonce było super – przyłącza się do rozmowy Wanda Gołębiewska, koleżanka ze szkoły i po piórze Marka Grali. Rocznik 63. Siedzimy przy ogromnym czekoladowym cieście przy którym potok, wspomnień nie słabnie. – Mój największy wybryk? W pracowni zajęć technicznych dziewczyny paliły papierosy. Naszła nas nauczycielka od łaciny. Pobiegła po Carycę. Wychowawczyni kazała mi powiedzieć, kto palił papierosy. Wpadłam w taki szloch, że nauczycielki się zlękły, że coś mi się stało. W końcu mi darowały, choć nie wydałam koleżanek.
Wanda Gołębiewska zdradza, że była średnią uczennicą, ale maturę napisała najlepiej ze wszystkich maturzystów ze swojego rocznika. Profesor Sankowski przyszedł do rodziców z gratulacjami. Na spotkanie przyniosła zeszyty w pożółkłych okładkach. Wciąż można w nich sprawdzić listę klasy i przezwiska nauczycieli. Maria Rudzińska – Pierwiosnek albo Caryca, Sankowski – Sanek, Nowiński – Nowy, pani od chemii –Sinica, pan od historii – Naleśnik. Jest też notatka przy 12 lutego 1962 roku. To był poniedziałek. „Bardzo wstrząsnęła mną wiadomość o śmierci Broniewskiego. Tak chciałam do niego napisać list. Teraz wszystko przepadło.”
Siedział w ławce i palił papierosy
Władysława Broniewskiego podczas wizyty w szkole pamięta Mirosław Łakomski. To wyjątkowy uczeń Jagiellonki. Wszyscy na spotkaniu mają czerwone szkolne tarcze. On – jeden z niewielu – niebieską. – Chodziłem do Jagiellonki, ale do podstawówki, a nie do ogólniaka – tłumaczy. Co to za historia z Broniewskim? – Odwiedzał w Jagiellonce wszystkie młodsze klasy. Najlepsi uczniowie recytowali przed nim patriotyczne wiersze.
Pamiętam, że Broniewski siadał na rogu ławki, zapalał papierosa i słuchał. Mirosław Łakomski pamięta też wizytę Aleksandra Zawadzkiego, wówczas przewodniczącego rady państwa. Uczniowie stali cały dzień na dworze i czekali na jego przybycie. Zawadzki spóźnił się. – Cała wizyta trwała może pół godziny, a my cieszyliśmy się, że nie mieliśmy lekcji – opowiada autor książki „W 80 dni dookoła Płocka”, gdzie spisał większość wspomnień.
Ubranego na biało, przystojnego neurochirurga wciąż otacza krąg przyjaciół. Nie brakuje też dawnych koleżanek. Czy to szkolne miłości? – Chodziłem do męskiej klasy. Poza tym o dziewczynach w liceum nie myślałem. Byłem za młody. Dopiero na studiach zaczęła się miłość. Myślę, że im później się zaczyna, tym później się człowiek wypala – odpowiada wymijająco Anatol Szysz.
Jeden za wszystkich...
Hanna Piasecka zaprasza mnie do stołu swojej klasy, która stawiła się prawie w pełnym składzie. Anna Lewandowska przyjechała specjalnie na tę okazję z Kanady. Mieszka od 25 lat w Hamilton, niedaleko Toronto. Pracuje w szkole. – Na razie mam wnuki, więc powrót do Polski odkładam na później. Mam jednak stały kontakt z moją klasą – mówi pani Ania. W Płocku na spotkaniu jest po raz trzeci. Niestety, tym razem nie ma jej koleżanki z ławki Basi Boguszewskiej.
Jerzy Bucholc miał krótszą drogę do pokonania niż klasowa koleżanka. Do Płocka przyjechał z Gdańska. Jest emerytowanym komandorem Wojska Polskiego. Basia Wejcman, alergolog i pediatra, pracuje w Tczewie. –Wciąż czuję się jak starosta klasy. Co chwila ktoś mnie pyta, co robimy – tłumaczy, ale na pewno jej to nie przeszkadza.
Janusz Tomaszewski przyjechał z Warszawy. Ewa Rydzewska, Teresa Piątkowska i Dusia Malesa są z Płocka. Dusia uczyła rosyjskiego w Ekonomiku. – Może to za sprawą mojej rusycystki z Jagiellonki. Bardzo lubiłam Carycę. Dziś nie żałuję, że zostałam nauczycielem – zaznacza emerytowana nauczycielka.
Choć od matury w 65 roku minęło trochę czasu, koledzy ze szkolnej ławy mają o czym rozmawiać. – Naszym wychowawcą był profesor Tadeusz Nowiński. Dzięki niemu byliśmy taką zgraną klasą. Walczył o nas jak lew. Zabierał na wykopki, gdzie zarabialiśmy pieniądze na wycieczki klasowe – opowiada Hanna Piasecka. To był pierwszy rocznik, w którym zaczęły się klasy koedukacyjne. – 13 chłopaków i tyle samo dziewczyn w klasie. Koledzy zabraniali nam spotykać się z chłopkami z innych klas – wspominają panie.
Dziś one z nutką zazdrości patrzą, jak koleżanka z sąsiedniego stołu zaprasza Jerzego Bucholca do tańca. Nagle rozlega się krzyk „Kotek przyszedł”, czyli Krysia Kotówna obecnie Deptuła. Za nią dosiada się do stołu Urszula Sobocińska. Pani Ula przyleciała prosto z Florydy. – Wyprowadziłam się, bo mąż nie zgadzał się z ustrojem w Polsce. Teraz nie zgadza się z tamtym systemem, więc jest szansa na powrót – tłumaczy i opowiada koleżankom, gdzie planuje kupić dom.
Tegoroczni nestorzy
W 1958 roku maturę zdawał najmniej liczny rocznik w historii powojennej Jagiellonki – 16 chłopców i 22 dziewczyny. Pół wieku po egzaminie dojrzałości zjawił się w Płocku Lech Laszkiewicz. Pamięta nazwiska wszystkich nauczycieli – Byli wymagający. Na ocenę dostateczną trzeba było umieć wszystko. Efekt był taki, że nie było problemów z dostaniem się na studia – wspomina nestor wśród absolwentów. Podczas wycieczki do szkoły zabrakło mu widoku dawnego boiska, małpiego gaju ze stawem, po którym jeździło się kiedyś na łyżwach i ogródków. Jego klasowy kolega Jan Szymański przyjechał z Włocławka. – Gdy skończyłem liceum zacząłem studia w Warszawie, a moi koledzy wystartowali na uczelnie w Moskwie i Pekinie. Dziś Andrzej Rowiński jest ekspertem numer jeden od spraw chińskich w kraju. Czasami widuję go w telewizji – tłumaczy pan Jan, który też ma się czym pochwalić. Przez wiele lat był dyrektorem cukrowni w Brześciu Kujawskim. – I tylko żal upływającego czasu. Połowa naszej klasy już nie żyje. Zrobię wszystko, żeby przyjechać tu za rok i znów powspominać Jagiellonkę – obiecuje.
Młodzi wolą Naszą Klasę?
Historia Marty Kleniewskiej (rocznik 87) pokazuje, że w Jagiellonce uczniowie żyją nie tylko nauką. Nieśmiały Marek długo szukał sposobu, by poznać młodszą o dwa lata dziewczynę. W końcu zagadał do niej na przerwie, gdy schodziła ze schodów. I tak się zaczęło. – Kiedy nasza córka stanęła przed wyborem szkoły ponadgimnazjalnej, od razu pomyśleliśmy o Jagiellonce – mówi prymuska, która w klasie maturalnej dzięki piątkom na świadectwie awansowała bez egzaminów na studia. Dziś jest bibliotekarką w V LO. To nie jedyny przypadek, gdy absolwenci kierują swoje dzieci do Jagiellonki. Długo można jednak szukać na spotkaniu najmłodszych roczników.
– Osoby, które tu przychodzą, chcą się nie tylko spotkać, ale też pochwalić tym, co udało im się w życiu osiągnąć. Młodsze roczniki na razie żyją studiami i logują się na Naszej Klasie, bo to nie wymaga większego wysiłku – tłumaczy Małgorzata Kwiatkowska. Pewnie z czasem zatęsknią za dawnymi szkolnymi czasami i zjawią się ze świadectwem w ręku w ostatnią sobotę lipca. Przecież każdy z wiekiem robi się sentymentalny...
Blanka Stanuszkiewicz-Cegłowska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze