Reklama

Jacek Wróblewski - 10 lat na światowym topie

10/01/2001 13:59
- To był mecz Rosja – Szwecją o piąte miejsce w finałach Mistrzostw Świata – wspomina Jacek Wróblewski.– Rosjanka rzuciła piłkę do bramki, ta odbiła się od słupka, trafiła w nogę mojego partnera Marka Szajnę i wpadła do siatki. Mój partner stanął speszony, nie uznał gola, zatrzymał czas i podszedł do delegata IHF, z prośbą o radę. Delegat odpowiedział, że jest to osobisty problem Marka. Mój partner wykonał przepraszający gest, umieszczając rękę na sercu w kierunku trenera Szwecji i pokazał na środek boiska, uznając w ten sposób zdobytą przez siebie bramkę. Jak się okazało, ta historia miała swój ciąg dalszy. – Po powrocie do hotelu powitała nas na progu gromada VIP-ów z wyciągniętymi rękami mówiących „Marek, very, very, nice goal”. A przecież byli to fachowcy. Gdzieś po roku chyba, sędziowaliśmy mecz Szwecja – Dania, tym razem mężczyzn. Po spotkaniu wszedł do nas, do szatni Eryk Elias, przewodniczący Komisji Sędziowskiej IHF z bardzo marsową miną. My zamarliśmy, a on podszedł do Marka i skomentował „Marek, ty dzisiaj żadnej bramki nie strzeliłeś”! Jacek Wróblewski jest rodowitym płocczaninem, który od początku wiązał swoją karierę sportową z piłką ręczną. W latach 1964 – 1972 był bramkarzem w MKS Jutrzenka Płocka, a potem w II-ligowym AZS AWF Warszawa. Z zespołem Jutrzenki w 1966 zdobył tytuł vicemistrza Polski juniorów. Potem ukończył AWF w Warszawie. Jest trenerem II klasy, a od 1970 do 1976 roku pracował z AZS –AWF Warszawa, Wilga Garwolin i Wisła Płock. Jego wychowankami są m.in. Maciej Budek, Sławomir Borkowski i Zbigniew Sobczak, których prowadził jako młodzików, a którzy dotarli z Wisłą Płock do I ligi. - Kiedy pracowałem jako trener i siedziałem na ławce – opowiada Jacek Wróblewski – złościło mnie złe prowadzenie meczów przez sędziów, słabe kwalifikacje. To był jeden z powodów, dla którego w 1970 roku zdecydowałem się wystąpić w roli arbitra na parkiecie. Wiem, co to znaczy złe sędziowanie i dlatego chciałem to robić zawsze jak najlepiej. Przyznać trzeba, że Jacek Wróblewski dotrzymał słowa. Co prawda płoccy kibice nigdy nie widzieli go w akcji w pojedynkach ligowych, ale wiele razy marzyli, by to właśnie on prowadził najważniejsze dla płockiej drużyny pojedynki. Co jak co, ale o bezstronność Wróblewskiego można być spokojnym. Jego pierwszym partnerem był Stefan Głowacki z Ursusa. W 1972 roku już prowadzili mecze I ligi. Od 1976 roku do 1986 sędziował wspólnie ze Stanisławem Pobisem z Opola, a od 1977 roku jest sędzią międzynarodowym. W 1987 roku na Mistrzostwa Azji do Jordanii nie mógł pojechać z powodu choroby Jarosław Wojtyla. W zastępstwie, pojechał Jacek Wróblewski, który wystąpił w pierwszej parze z Markiem Szajną. - Z Markiem Szajną sędziowaliśmy wspólnie przez 10 lat – wspomina Wróblewski. – To było 10 lat na światowym topie. Czy żałuję, że podobnych sukcesów nie odniosłem jako zawodnik? Nie, zresztą nie miałem na to szans. Mam zaledwie 172 cm wzrostu, a nie były to warunki dla bramkarza. Jako zawodnika, moje szanse na sukces były minimalne, a tak, sędziowałem na wszystkich najważniejszych zawodach, z Igrzyskami Olimpijskimi włącznie Jacek Wróblewski wraz z Markiem Szajną sędziowali: Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie (1992 rok, w tym półfinał Francja – Szwecja), finały Mistrzostw Świata (1989 Francja – grupa B, mężczyźni, 1990 Czechosłowacja – grupa A, mężczyźni, 1993 Szwecja – grupa A, mężczyźni, Młodzieżowe Mistrzostwa Świata Egipt, Norwegia – kobiety, 1995 Islandia – mężczyźni). Finały Pucharu Świata (Niemcy i Szwecja), finał Super Pucharu Świata (Niemcy), Igrzyska Azjatyckie w 1994 (Japonia), pierwsze Mistrzostwa Europy mężczyzn w 1994 w Portugalii, wielokrotnie finały Pucharów Europy (Rosja, Hiszpania, Jugosławia, Chorwacja). - Dzięki temu, że byliśmy zapraszani na różne ważne imprezy sportowe, udało nam się zwiedzić całą Europę, Azję i część Afryki. W Europie, nie byłem tylko w Albanii i Luksemburgu, w pozostałych krajach, wielokrotnie. Poznaliśmy Egipt i Tunezję, wiele razy odwiedziliśmy Katar, sędziowaliśmy w Japonii, Korei, Emiratach Arabskich. Dzięki temu mamy mnóstwo wrażeń i niezapomnianych przeżyć. Jeździli na wielbłądzie w Tunezji i na skuterach, na lodowcu. – To było w Islandii - wspomina Wróblewski. - Organizator zapewnił w wolnym dniu taką atrakcję dla VIP-ów i ekip uczestniczących w Mistrzostwach Świata. Mieliśmy także okazję przetestować stoki olimpijskie w Lillahamar, tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi. Byliśmy wtedy podejmowani przez Bogdana Cybulskiego, od którego pojechaliśmy prosto na Mistrzostwa Świata do Szwecji. Największe wrażenie na polskich sędziach, wszędzie, gdziekolwiek by nie byli, robiły obiekty sportowe i tysiące ludzi, którzy z nich korzystali. Co prawda, czasami było to uciążliwe, jak choćby na Sycylii, gdzie mieszkali w hotelu, a okna ich pokoi wychodziły na kompleks sportowy z basenem i boiskami do gier. – Nie mogliśmy spać, bo od szóstej rano do późnych godzin nocnych były tam setki ludzi, pływających, grających, jeżdżących na rowerach. Przez całe dnie wszystkie boiska były zajęte, grały całe rodziny, robiąc przy tym ogromny harmider. Nigdzie nie było zakazu wjazdu, wszędzie wolny dostęp. Podobnie we Francji. Tam, w niewielkim, 3-tysięcznym miasteczku są takie hale sportowe, jakich u nas stolica by się nie powstydziła – z żalem w głosie opowiada Jacek Wróblewski. Dzięki częstym wyjazdom sportowym para Wróblewski – Szajna miała okazję zobaczyć Grób Chrystusa i Ścianę Płaczu w Jerozolimie. Specjalnie zostali dłużej na własny koszt, by zwiedzić ten zakątek świata. Byli też w Hiroszimie. – To było ogromne przeżycie, obejrzeć miejsce, gdzie znajdowało się epicentrum wybuchu. Nie tylko pomnik robi wrażenie, wrażenie robią także liczby osób zabitych, rannych, ogrom zniszczeń. Jedną z atrakcji była kąpiel w Morzu Martwym. W wolnym dniu organizatorzy zorganizowali wyjazd wczesnym wieczorem, ponieważ w dzień temperatura dochodzi do 60 st.C, wieczorem jest już tylko około 40 st.C. – Wrażenie niesamowite, bo tam nie można było się zanurzyć, a na dodatek, za spłukanie słodką wodą trzeba było płacić. Marek Szajna w środowisku sędziowskim znany był jako strzelec bramki, jedynej chyba na świecie, uznanej, bramki, nie strzelonej przez zawodnika, zaś na Jacka Wróblewskiego przez pewien czas mówiono Mister Sandwicz. – To było w Egipcie, podczas Młodzieżowych Mistrzostw Świata. W meczu zostałem „ściśnięty” przez bramkarza, który wybiegł z bramki i napastnika, który chciał strzelić gola. Zrobiło mi się ciemno w oczach. To właśnie wtedy, podczas omówienia meczu, dostałem takie przezwisko. Najbardziej egzotyczne są wspomnienia z krajów arabskich, także te dotyczące wydarzeń na boisku. Wróblewski nie zapomniał nigdy chwili, gdy podczas meczu, jeden z zawodników – kołowy, znajdujący się na obronie, nagle wyskoczył w powietrze i z krzykiem padł na parkiet. Zwykle sędziowie rozróżniają sytuacje, kiedy zawodnik symuluje, wszystko wskazywało na to, że tak było i tym razem. Pokazali kołowemu żółtą kartkę, a ten zdjął koszulkę i wszystkim pokazał na karku dwa równe rzędy zębów. Po prostu przeciwnik go ugryzł. Zabawną sytuację przeżyli kiedyś z kartkami. – Podczas Pucharu Przyjaźni – opowiada J. Wróblewski – obrońca podstawił nogę zawodnikowi przebiegającemu przez boisko. To oczywiście kwalifikowało się na czerwoną kartkę, ale ja sięgnąłem do kieszeni i przez pomyłkę wyjąłem żółtą. Mój partner, widząc co się dzieje, wkroczył do akcji i ukarał zawodnika karą 2 minut. W tym czasie ja schowałem żółtą kartkę i pokazałem czerwoną. W ten sposób, w ciągu kilku sekund, zawodnik otrzymał wszystkie kary. Po rozstaniu się przez Marka Szajnę z sędziowaniem (ukończył 50 lat), Jacek Wróblewski został bez partnera. Nie chciał jednak zawiesić gwizdka na kołku, tylko nadal prowadzić spotkania na międzynarodowym poziomie. W tej sytuacji Związek Piłki Ręcznej w Polsce zwrócił się do EHF z prośbą o znalezienie partnera. W ten sposób stworzona została pierwsza międzynarodowa para sędziowska: Jacek Wróblewski Polska i Josef Velenta z Czech. Wspólnie sędziowali przez dwa lata, a obok prowadzenia meczów ligowych w obu krajach, sędziowali m.in. półfinał Pucharu Europy w Portugalii, w 1998 roku. Według statystyki prowadzonej przez Valentę, prowadzili dokładnie 100 meczów. Następnym partnerem Wróblewskiego został Słowak Stefan Klar, dzięki któremu poznał ligę słowacką. – Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że kiedy była jeszcze Czechosłowacja, wtedy obaj razem prowadzili mecze. Potem, ta para też się rozpadła, ale ja mogłem poznać dobrze trzy ligi. Moim ostatnim meczem była ½ finału Pucharu Polski kobiet Vitaral Jelfa Jelenia Góra – Nata Gdańsk, w Zamościu. Na swoim koncie, po 30 latach sędziowania, mam parę tysięcy spotkań, sporą wiedzę na ten temat i ogromne doświadczenie. Jakim trzeba być sędzią, by odnieść takie sukcesy? Przede wszystkim trzeba mieć do tego żyłkę, sporo talentu, do tego dodać ciężką pracę, partnerów i trochę szczęścia. A także trafiać na odpowiednich ludzi. W moim życiu taką ważną rolę spełnił Mieczysław Kamiński, legendarna postać w polskiej piłce ręcznej i wśród sędziów, przewodniczący Komisji Sędziowskiej, który był również moim wychowawcą i wykładowcą na uczelni. Wielkim przyjacielem mojej 30-letniej przygody z gwizdkiem była i jest moja żona, Maria – to dzięki jej życzliwości i pomocy mogłem tyle jeździć po świecie. Marek Szajna jest teraz sekretarzem generalnym Związku Piłki Ręcznej w Polsce, Jacek Wróblewski jest nauczycielem wychowania fizycznego w Zespole Szkól Ochrony Środowiska w Płocku, obaj są delegatami Europejskiej Federacji Piłki Ręcznej.. Jola Marciniak Fot. archiwum
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości