Reklama

Iwonka, Kasia, Małgosia

25/03/2005 10:08
Jan i Janina Woźniakowie zawsze marzyli o dużej rodzinie. W 1982 roku na świat przyszła Ania. Po pięciu latach cieszyli się, że będą mieli drugie dziecko, po cichu marząc, że to będzie chłopiec. Ponieważ czasy były ciężkie, zanim dziecko się urodziło, zamówili komplecik do chrztu. Kilka tygodni później zamówili drugi, dwa tygodnie przed porodem dowiedzieli się, że na świat przyjdą trzy córeczki i trzeba pomyśleć o trzecim kompleciku.
– Na pewno to był dla nas wszystkich szok, ale chyba większy dla innych – wspomina dziś Jan Woźniak. – Mieszkaliśmy w domu bez wody, gdzie trzeba było palić w piecach, a tu taka niespodzianka. Wszyscy mnie wtedy pocieszali, a niektórzy nawet mówili, że współczują. Wkrótce mieliśmy dostać ze spółdzielni nowe mieszkanie, ale tylko M3. Tymczasem nas było sześć osób, a trojaczki potrzebowały bardzo dużo miejsca. Na szczęście wtedy pracowałem na stadionie, który podlegał Petrochemii, a żona w Szpitalu Miejskim. Obie firmy, przez cały rok bardzo nam pomagały.
Przede wszystkim od powrotu do domu, pieluchy (nie było przecież pampersów) prane były w petrochemicznej pralni. Butelki z mlekiem przyjeżdżały prosto ze szpitala. Dziewczynki dostały od Kombinatu książeczki mieszkaniowe z pełnym wkładem, dzięki czemu ich start w dorosłe życie będzie ułatwiony. Książeczki tylko czekają na usamodzielnienie się dziewczynek.
Ale najważniejsze było to, że dzięki dyrektorowi Władysławowi Wawakowi z Petrochemii, wkrótce dostali nowe mieszkanie M5 z puli zakładowej. Pierwsze święta Bożego Narodzenia cała rodzina spędziła już w przytulnym, a co ważniejsze urządzonym mieszkaniu. Bo koniec lat osiemdziesiątych to w biografii wielu rodzin puste półki i kolejki po wszystko.
– Mieliśmy dużo szczęścia, że mogliśmy liczyć na pomoc – opowiada Janina Woźniak. – Szpital podarował nam pralkę automatyczną, pisaliśmy podania do sklepów i wszędzie umożliwiano nam zakupy bez kolejki. Udało nam się załatwić taki cichy przywilej, że mogliśmy kupować poza kolejnością i choć na wszystko były kartki, to łatwiej było upolować coś dobrego. Na dodatek wszystko sprzedawano w limitowanych ilościach, trudno było za każdym razem się tłumaczyć, że mamy trojaczki i starszą córkę. Mogliśmy też liczyć na pomoc znajomych, rodziny, dzięki temu przetrwaliśmy najtrudniejsze pierwsze miesiące. A ja wtedy niemal wcale nie spałam. W dzień przychodzili goście oglądać dziewczynki, a w nocy zwykle one były głodne. Jak jedna kończyła jeść, to druga odzywała się, że chce. Praca była na okrągło, mimo pomocy z pieluchami i z mlekiem.
Dziś dziewczyny są już dorosłe. Ania, pięć lat starsza od sióstr, pracuje w banku i kończy studia menedżerskie na Uniwersytecie Warszawskim. – Dobrze pamiętam ten dzień, kiedy dowiedziałam się, że mam trzy siostry. Obudziła mnie babcia i powiedziała o tym. Wcześniej byłam sama, a tu nagle w domu pojawiły się trzy ważniejsze ode mnie istotki. Dziś jest normalnie, jak w rodzinie. Co prawda trochę sobie czasami przeszkadzamy i na pewno wszystko trzeba sobie wywalczyć, ale jest wspaniale. Marzę, żebyśmy mieli domek z ogródkiem i czasami o odrobinie prywatności.
Najstarsza z trojaczków jest Iwonka, średnia – Kasia i najmłodsza – Małgosia. Wszystkie chodzą teraz do III Liceum, do jednej klasy. Nigdy nie były do siebie podobne, no może Kasia i Małgosia mają zbliżony typ urody, raczej nigdy nie ubierały się jednakowo.
– Pamiętam jak wszystkie poszłyśmy do I klasy szkoły podstawowej w jednakowych, różowych sweterkach – śmieje się Iwonka. – To chyba był ostatni raz, kiedy wyglądałyśmy tak samo. Mama tłumaczy, dlaczego nigdy nie ubierała dziewczynek jednakowo – To było dla własnej wygody. Zawsze miały różne kolory ubrań. Inaczej ubieranie się rano do przedszkola trwałoby w nieskończoność.
Dziewczyny nie tylko inaczej się ubierają, ale różnią się między sobą. Łączy je to, że są humanistkami. Wolą pisać niż liczyć, a ich ulubionymi przedmiotami są historia i język polski. Do szkoły każda przygotowuje się sama, nigdy nie odrabiały za siebie lekcji, nigdy nie zamieniały się przy odpowiedzi. Mają też różne charaktery i upodobania.
Gosia jest typową domatorką, a cały wolny czas spędza przy komputerze. Marzą jej się studia na historii. Iwona jest najbardziej uparta i zdecydowana, próbuje podporządkować sobie siostry. Jest zakochana w archeologii i zdecydowana skończyć studia w tym kierunku. Kasia jest najgłośniejsza, wszędzie jest jej pełno, ale jak się uczy, to musi być cisza. Może tylko grać muzyka. Małgosia jest rodzinną artystką. Maluje, nie bierze udziału w konkursach, maluje dla siebie. Chciałaby studiować historię sztuki.
Iwona i Kasia nie jedzą mięsa, z wyboru. Nie jest to żadna filozofia, po prostu nie jedzą. Rodzina to zaakceptowała, przyzwyczaiła się, najbardziej przeżywa to babcia, która nie wierzy, że można nie jeść mięsa. A dziewczyny same potrafią sobie przygotować najróżniejsze dania, zaś w domu gotuje się dwa obiady. Dla Iwonki i Kasi, i dla reszty.
Każda z nich jada inne pieczywo, pije inne napoje. Na szczęście mają blisko zaprzyjaźniony sklep, gdzie sprzedawczyni doskonale zna ich upodobania. Ich wspólną pasją, którą podzielają także rodzice i Ania, są wycieczki. Mogą być piesze, jak te ze szkolnym PTTK, mogą rowerowe albo samochodowe. Co prawda do jednego samochodu się nie zmieszczą, ale to żaden problem. Chętnie jeżdżą też pociągami. Byle podróżować.
Są bardzo zżyte ze sobą, współpracują, pomagają sobie wzajemnie. Oczywiście zdarzają się też nieporozumienia, ale kiedy tylko rozstaną się na krótko, bardzo za sobą tęsknią.
Nie nadużywają samodzielności, którą dostały od rodziców. Jest z nimi zawsze kontakt, każda ma telefon i wie jak ważne jest to, by rodzice wiedzieli gdzie są.
Ten rok jest dla całej rodziny Woźniaków ważny. Wszystkie dziewczyny pójdą do wyborów, trojaczki po raz pierwszy. Co prawda nie interesują się polityką, ale każda ma jakieś swoje sympatie. W tym roku też przed nimi matura i kolejne, życiowe wybory. To również ważny rok dla rodziców. Będzie 25 rocznica ślubu Jana i Janiny. Babcia Wandzia już obiecała wspaniałą imprezę i zjazd rodzinny.
Pomoc i zainteresowanie trojaczkami skończyło się po pierwszym roku ich życia. Cały obowiązek wychowania córek i troszczenia się o nie, spadł na rodziców. Nikt nie ma wątpliwości, że spisali się znakomicie. Dziewczyny dobrze się uczą, mają zapewniony start życiowy i ogromne plany na przyszłość. I są szczęśliwe, bo wiedzą, że mogą zawsze liczyć na rodziców i na siebie.
Jola Marciniak

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości