Wydawało się już – ba, miewało się wręcz pewność - że telewizja to potężna, lecz uparcie mroczna siła, która z nieubłaganym determinizmem służy lansowaniu jedynie zjawisk w rodzaju rozmaitych Big Brotherów czy Lepperów.Ale niespodziewana popularność, jaką osiągnęła dzięki niej Irena Staniek, bohaterka programu ˝Droga do gwiazd˝, wydaje się poważnie zachwiewać tą jakże poręczną, apokaliptyczną teorią. Nieznośna niejednoznaczność coraz większej ilości otaczających nas zjawisk – w mediach osiągająca stan pleniącego się chaosu informacyjnego, zaś w sztuce zawzięcie postmodernistycznego splątania kierunków i pomieszania wartości - słusznie irytuje zwolenników prostych i przejrzystych teorii funkcjonowania świata. Pomimo licznych apeli, rzeczywistość ciągle jeszcze nie jest zakazana, więc pozostaje nam albo przepisać się gdzie indziej (alternatywne, wirtualne krainy fantazji i marzeń czekają z otwartymi ramionami), albo próbować jakoś pojąć, ogarnąć świat nie taki, jaki sobie wymyślamy, ale taki, jaki jest. Co nie znaczy, że zaakceptować. Tym bowiem różnimy się od innych zamieszkujących tę planetę gatunków, że lubimy mieć do wyboru. Że równie chętnie mówimy ˝tak˝, jak i ˝nie˝. Że stać nas na wyniosłe, chłodne milczenie i na żarliwy niczym modlitwa śpiew. Wprowadzanie do naszych mieszkań, sadzanie przy domowych ogniskach, przy zastawionych wieczerzą stołach bohaterów seriali, gwiazd reality show czy parlamentarnych mówców wydaje się ze strony telewizji wystarczającym nietaktem, by ostatecznie zerwać stosunki i radykalnym gestem wyjąć wtyczkę z gniazdka. Cóż jednak czynić, kiedy za chwilę pojawia się na ekranie Adam Małysz albo Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy pod dyrekcją Jurka Owsiaka? Jak uporać się z faktem, że głos triumfatorki popularnej ˝Drogi do gwiazd˝, choć ani nie profesjonalnie kształcony, ani nie obwożony po największych filharmoniach świata, naprawdę brzmi jak światłem zasiał? Stomatologia i koloratura Chyba w żaden inny sposób, bez udziału równie masowego środka przekazu, taka historia, taki sukces, taki łaskawy kaprys losu nie byłby możliwy. Oto zwykła czterdziestoparoletnia mieszkanka Katowic, jak Pan Bóg przykazał matka dzieciom i żona mężowi, z zawodu optyk, a później pomoc stomatologiczna, okazuje się posiadaczką sopranu koloraturowego o fascynującej, głębokiej barwie i nagrywa płytę dla koncernu Sony Music, która sprzedaje się w ponad piętnastotysięcznym nakładzie. Koleje życia Ireny Staniek to przekonujący dowód na to, że lepiej późno niż wcale. I że tak naprawdę nigdy nie ma ˝późno˝, kiedy zaczyna się nowe życie. A na początku wszystko było bardzo po staremu. Ubogie dzieciństwo w jednej z dzielnic Katowic, wczesna śmierć ojca, nie rozumiejący potrzeb dziewczynki ojczym. I żadnych szans na rozwijanie muzycznych uzdolnień. Tak naprawdę to nikt ich nawet nie zauważył. Potem, po rozpoczęciu dorosłego życia i założeniu własnej rodziny, pod względem materialnym zrobiło się już lepiej, ale obowiązki żony i matki, przy jednoczesnej pracy zawodowej, skutecznie tłumiły ukryty talent. Sama jego właścicielka, owszem, żywiła co do siebie i swego gardła jakieś niejasne podejrzenia, ale pełne spraw i zajęć codzienne życie nie pozwalało ich sprawdzić. Tak jakby całe lata nosiła za pazuchą gruby plik banknotów, ale przez cały czas miała zbyt zajęte ręce, by grzebać po kieszeniach. Pierwsza zmiana w życiu Ireny Staniek nastąpiła, kiedy za namową telewizyjnej dziennikarki, która regularnie odwiedzała dentystyczny gabinet, zapisała się do lokalnego chóru. Sytuacja finansowa rodziny poprawiła się wtedy na tyle, że mogła zrezygnować z pracy, zająć się domem i mieć więcej czasu dla siebie. A czas ten zaczęła w całości poświęcać śpiewaniu. W chórze poznała podstawowy repertuar muzyki klasycznej, zaś niedługo miała okazję zaprezentować się publicznie. Stało się to w Filharmonii Śląskiej podczas uroczystych obchodów dwudziestolecia pontyfikatu Jana Pawła II, a więc przy pełnej, w dodatku złożonej w dużej części z kościelnych dostojników i wysokich urzędników państwowych, widowni. Jej występ został przyjęty z ogromnym entuzjazmem, wielka sala Filharmonii huczała od braw. Ale chwila szczęścia została zmącona kroplą goryczy: skoro posiadała całe życie tak niezwykły talent, to czemu przez tyle lat nie zrobiła z nim nic. Jednak zrobić coś z talentem w ogóle - a w wieku, kiedy wszystkie życiowe karty wydają się rozdane, a podarki od losu rozdzielone, już szczególnie – okazuje się sprawą niełatwą. Nastąpiło jeszcze kilka pojedynczych występów na lokalnych imprezach, wyjazd do Paryża na zaproszenie znajomej Francuzki i krótki recital w jednym z tamtejszych kościołów, nieodmiennie entuzjastyczne reakcje publiczności, ale wszystko to były zaledwie półamatorskie próby, bez perspektyw kontynuacji, bez nawiązania żadnych zawodowych kontaktów, całkiem bez echa – mimo że głos pani Ireny potrafił wspiąć się aż tak wysoko i wybrzmiewać w powietrzu aż tak długo. Na szczęście nie jest za późno Znowu minęło parę monotonnych, bezbarwnych lat, aż w życiu Ireny Staniek pojawiła się telewizja. A dokładnie program ˝Droga do gwiazd˝, do którego eliminacje odbywały się w Katowicach. No i zaczęło się na dobre: błyskawicznie pokonane eliminacje, brawurowe wykonanie na oczach widzów z całej Polski piosenki ˝Time I Said Goodbye˝ z repertuaru Andrei Bocellego, zachwyt jurorów, w tym Ewy Bem i Włodzimierza Korcza, spontaniczny wybuch radości prowadzącego program Zbigniewa Wodeckiego, a potem rosnąca popularność i propozycja od Sony wydania płyty, która w okresie Świąt weszła na szczyty bestsellerów, dystansując rockowe i dyskotekowe przeboje. Zestaw nagrań na albumie, zatytułowanym równie bezpretensjonalnie, co niewątpliwie szczerze ˝Jestem szczęśliwa˝, skompletowany został wyraźnie z myślą o telewizyjnych wielbicielach wokalistki. Balansuje on zgrabnie między popularną klasyką a klasycznym popem. Z jednej strony mamy więc lekkostrawnie zaaranżowane wersje ˝Summertime˝ George´a Gershwina, ˝Adagia g-moll˝ Thomaso Albinoniego czy – powtarzanego na tego typu płytach z jakimś maniackim uporem - ˝Ave Maria˝ J.S. Bacha w wersji Charlesa Gounoda, z drugiej zaś takie standardy, jak ˝Power Of Love˝ śpiewane kiedyś przez Jennifer Rush, ˝Ever Forever˝ Demisa Roussosa albo polska wersja ˝Przetańczyć całą noc˝ z musicalu ˝My Fair Lady˝. Do tego dodano dwa akcenty czysto polskie: utwór ˝Człowieczy los˝ z repertuaru Anny German˝ i kolędę ˝Lulajże Jezuniu˝ oraz, oczywiście, główną przyczynę powstania albumu i całego zamieszania wokół Ireny Staniek, czyli ˝Time I Said Goodbye˝ Bocellego. A całe zamieszanie narobiło się za sprawą telewizji, która, jak się okazuje; potrafi wylansować nie tylko dławiących się własną arogancją polityków i ciągnących za sobą duszną atmosferę żenady gwiazdorów rozrywki, ale także dać szansę ukrytym pośród nas ludziom, o których autentycznych talentach w inny sposób byśmy się nie dowiedzieli, a oni sami by ich nie spożytkowali. Dać szansę wcale nie na sukces, tylko po prostu na szczęście. Bo na nie – jeżeli w końcu przychodzi - nigdy nie jest za późno. Maciej Woźniak *Za płyty i życzliwość podziękowania dla Stoiska Muzycznego ˝Swing˝ w Domu Handlowym TSS na I piętrze.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze