Reklama

Hamlet uwikłany

31/10/2012 12:58
Spektakl zaczyna się przy pełnych światłach, dlatego od razu widać urodę sceny. Przecina ją sieć, przywodząca na myśl gotyckie zamkowe sklepienia, może nawet sieć intryg i zła, w którą uwikłani zostali bohaterowie. Sieć – metafora – główny element świetnej scenografii, zaprasza widzów na mroczny duński dwór…
Na Hamleta czekaliśmy długie lata. Nie było pomysłu, brakowało aktora do głównej roli, wreszcie – żaden z dyrektorów ani gościnnych reżyserów nie chciał zmierzyć się z Szekspirowskim arcydziełem. Kiedy przyszedł Sebastian Ryś, już po pierwszej roli w sztuce Trzech mężczyzn w różnym wieku zwrócił na siebie uwagę. I oto mamy Hamleta. Dyrektor Marek Mokrowiecki sam grał kiedyś duńskiego księcia. W wakacje pojechał na zjazd Hamletów do Gdańska, żeby przesiąknąć magią Szekspira. Postanowił osobiście zmierzyć się z klasyką światowego dramatu i oto mamy reżysera.
Płocka realizacja była jednocześnie i teatralna, w dobrym znaczeniu, i metaforyczno-artystyczna. Scenografia znakomicie podkreśliła kameralny charakter spektaklu, zapowiedziała jego nowoczesny klimat, ograniczyła wielką przestrzeń sceny. Jej nie mniej zaskakującym elementem jest piaskownica na placu zabaw. W piasku wala się kilka niepotrzebnych, wyrzuconych lalek. To tu szalona Ofelia przesypuje ziarenka jak w klepsydrze, a wczesniej spotyka się z Hamletem. To będzie też grób. Zanim grabarze zaczną go kopać, z papierowej torby wyjmą butelkę. W jakimś momencie to miejsce zostanie szczelnie otoczone troskliwymi żałobnikami, którzy uczestniczą w pogrzebie Ofelii. Grabarzom przewodzi Marek Walczak. Ma dobry epizod (gra nawet na organkach i śpiewa balladę w typie dziadowskim). Kiedy na dworze zjawia się trupa aktorów, przed siecią rozkłada się dla nich pomost – znakomity pomysł, bo odtąd grają na nim wszyscy, robi się piętro, a scena się zmniejsza. Czasem oczywiście trzeba z niego zejść do piaskownicy czy na proscenium. Jest jeszcze jakby studnia-symbol, do której zagląda Hamlet. Fortynbras umywa tam ręce, a Gertruda widzi ducha.
Hamlet w reżyserii Marka Mokorowieckiego jest nowoczesny, tak jak język przekładu Barańczaka. Zaczyna się, gdy na dwór ojca powraca, ubrany w dżinsy i sweter Wysockiego, młody książę. Czasem Sebastian Ryś gra bez swetra i chodzi boso. Skupia na sobie wzrok. Z rolą poradził sobie nieźle. Na początku trochę nieśmiały i niepewny, w którą stronę pójść: bohatera romantycznego (gdy mówi znane monologi) czy młodego, prywatnego chłopaka. W drugim akcie wszedł w zaproponowaną konwencję. Na plus reżysera przemawia to, że całą opowieść prowadzi dość konsekwentnie. Bez wątpienia sposób inscenizacji wyznaczyła scenografia. Na scenie najczęściej panuje mrok. Kostiumy muszą się jakoś odznaczać. Co ciekawe, Duch Ojca to głos i projekcja. Zrezygnowano z aktora.
Spektakl trwa dwie godziny, sporo tekstu wycięto, choćby z roli Poloniusza, ale dzięki skrótom przedstawienie zostało ładnie zakomponowane. Składa się z dialogów i monologów, scen zbiorowych, czasem na scenie spotyka się dwóch, czasem trzech aktorów. To wymaga od aktorów dobrego warsztatu. W swojej koncepcji Mokrowiecki podkreśla, że jednak jesteśmy w teatrze, gdzie się udaje, gdzie aktorzy wędrowni grają komedię dell’arte, albo niemą scenę z teatru japońskiego. Teatr w teatrze zawsze się podoba, zawsze jest ciekawy. Aktorzy wędrują od początku spektaklu, by wreszcie – zapowiadani przez Hamleta – zjawić się na dworze i przy pomocy swojej sztuki zdemaskować zło. Oczywiście każdy reżyser musi spektaklowi dodać nieco ze swojej osobowości. Więc pojedynek Laertesa z Hamletem wygląda jak telewizyjne show. Obaj w białych strojach wyglądają jak adepci którejś ze sztuk walk. Po trafieniu – gong i czerwone światełka. Dziewczyny – fanki, które w innych scenach tworzą dwór, z piskiem rzucają się na championa, chcą go ucałować, przytulić, proszą o autografy. I rozlega się We are the champions. To chyba ukłon w stronę młodej puliczności, bez którego mogłoby się obejść. Po przybyciu Fortynbrasa kryminalni i wojskowi czerwoną taśmą znaczą miejsce zbrodni. Co niepotrzebne wrzucają do piasku. Trafia tam też kilka kos powstańców kościuszkowskich. Może Fortynbras przywiózł je z wyprawy do Polski?
Konsekwentnie swoją rolę buduje Jacek Mąka. W jego wydaniu Klaudiusz to zwyczajny władca, który nie pisze w cv, że jest zamieszany w zbrodnię. Kiedy Hamlet to odkrywa, budzi w nim sumienie. W przejmującej modlitwie król prosi o wybaczenie. Ale to tylko chwila słabości. By ocalić głowę, wymyśla zabójstwo Hamleta. Partnerująca mu Gertruda (Hanna Zientara) najbardziej przekonuje w chwili, gdy odkrywa zło. Tę dwójkę ubrał scenograf w kostiumy niby królewskie, świecące jak rozwieszona nad sceną rozeta. Gdy Gertruda zdziera perukę, jest autentyczna. Katarzyna Anzoge jako Ofelia naprawdę sobie poradziła, chwilami poruszyła. Niektóre kwestie zaśpiewała.
Reżyser sięgnął po różne media i różne, choć nie nowe, pomysły. Akcję przysunął do widowni. Ofelia podchodzi do publiczności, Hamlet schodzi na scenę z poziomu ostatnich rzędów, czasem aktorzy grają też na balkonie. Hamlet zabija Poloniusza z pistoletu. W finale, w czarnym długim płaszczu, z czymś w rodzaju szalika albo biało-czerwonej flagi w ręku, przychodzi Fortynbras – nie ten z Trenu Herberta. To najeźdźca. Wrócił z wyprawy na Polskę, każe posprzątać trupy i wprowadza swój porządek. Hamlet w wykonaniu naszych aktorów jest poprawny, jest ciekawy, ma świetną scenografię. Ale trochą magii mu zabrakło.
Lena Szatkowska
fot. Dariusz Ossowski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo Tygodnik Płocki




Reklama
Najnowsze wiadomości