Z reżyserem Zbigniewem Czeskim rozmawia Lena Szatkowska.Przez lata przychodziła publiczność do Operetki Warszawskiej na Artemską, Polańską, Wojnickiego. Dzisiaj w dawnych budynkach operetki powstały teatry muzyczne, wystawiające głównie musicale, a klasyczną operetką można zobaczyć tylko w Lublinie albo w Płocku. Czyżby nastąpił zmierzch podkasanej muzy? - Trzeba wyjaśnić pewne nieporozumienie. Operetka to jest forma muzyczna, a teatr muzyczny daje większą możliwość repertuarową. Może grać i operetki i musicale i nawet opery. Właściwie już się operetek nie pisze. I myślę, że teatr muzyczny XXI w. będzie opierał się na musicalach. Nie znaczy to całkowitego odejścia od dawnej formy. Opera na pewno będzie wieczna. A operetka? Dużo jeździłem po świecie i stwierdzam, że w strefie niemieckojęzycznej operetka klasyczna ma ogromne powodzenie i przychodzi na nią również dużo młodych ludzi. W Polsce, cóż, zniszczono legendę muzycznej sceny, jaką była operetka gliwicka. A Roma? - To już inna scena. Przyszedł nowy dyrektor, okazało się, że orkiestra niepotrzebna, soliści niepotrzebni, chór zbędny, bo ci z ulicy lepiej śpiewają. I ludzie przestali chodzić. Jak można zrobić najpiękniejszą operetką “Zemsta Nietoperza” w przedziale kolei transsyberyjskiej? Żeby zrobić porządny musical potrzebne są duże pieniądze. - To prawda. Jesteśmy za biedni. Żadnego teatru w Polsce nie byłoby stać na wystawienie “Nędzników”. Wymaga to ogromnych chórów, wielu solistów, baletu, orkiestry i w dodatku obwarowane jest sprawami autorskimi tego typu, że trzeba zagrać 150 spektakli w ciągu sezonu. Są ogromne tantiemy. Nawet barykada w spektaklu obłożona jest patentem. Trzeba ją idealnie zrobić tak, jak zrealizowali ją twórcy, którzy posiadają prawa do spektaklu. Naszych teatrów jeszcze na to nie stać. Szkoda, bo jest w tej chwili kilka wydarzeń światowych, choćby cała doskonała twórczość Webera, którą chciałoby się pokazać. To są wybitne dzieła, które muszą śpiewać zawodowi śpiewacy. Tego amatorsko się nie zaśpiewa. Bywa, że pisane do operetek libretta nie są literacko dobre, stąd być może wynika znużenie i odchodzenie od tej formy muzycznej widza młodego. To prawda, są tłumaczone bardzo dawno. Nie wszystkie teatry stać na nowe, współczesne tłumaczenia. Moim zadaniem jako reżysera spektaklu jest dokładne zaznajomienie się z muzyką, z librettem, trzeba zrobić skróty, które nie przeszkodzą akcji, tylko ją podkreślą. Nie ma takiej możliwości, żeby spektakl trwał pięć godzin. Mam zasadę, że dużo poświęcam czasu na próby czytane. Zdarza się, że ludzie, którzy mają wspaniały dorobek w teatrach muzycznych (czasami są to duże nazwiska), mają jednak pewne zaległości jeśli chodzi o aktorstwo i ruch sceniczny. Teatr muzyczny to jedna z najtrudniejszych dyscyplin. Trzeba znakomicie śpiewać - to jest podstawa, ale trzeba też wyglądać, co jest bardzo ważne. Trzeba się umieć ruszać, tańczyć i porządnie podać tekst. Tu zaczynają się problemy, bo szkoły przygotowujące wokalistów nie mają dobrych pedagogów. Każdy chciałby stanąć w punktowym świetle i zaśpiewać pięknie. A to już nie wystarczy. Nawet w teatrze operowym. Proszę zobaczyć filmy Zefirellego - aktorstwo na najwyższym poziomie. Jest pan łagodny na scenie, czy krzyczy na wykonawców? - Ja w ogóle nie podnoszę głosu, wyłącznie tłumaczę. Jeśli widzę, że aktor nie rozumie, to wchodzę i pokazuję sam. Żartuję, że złożyły się na to lata doświadczeń. Z wykształcenia jestem aktorem, grałem w wielu filmach, choć nie były to wydarzenia ani wielkie role. Pracowałem długo w teatrach dramatycznych, potem zrobiłem reżyserię i poświęciłem się jej bez reszty. Pracowałem w wielu teatrach w Polsce, także w teatrze telewizji, robiłem kilka razy Opole. Przy Teatrze Rozrywki w Chorzowie założyłem studio, które kształciło dla tego typu teatru młodych ludzi. Wszyscy liczą się w teatrach w Polsce i za granicą. Również Janusz Józefowicz jest z mojego studia. Od kilku sezonów robi pan spektakle z Jackiem Bonieckim. Jak się panowie spotkali? - Przygotowywałem w Operze w Krakowie “Wiedeńską krew” i dyrektor zaproponował, żeby być kierownikiem muzycznym u pana Bonieckiego. Tak zaczęła się stała współpraca. Dobrze się rozumiemy, ponieważ pracujemy na podobnych częstotliwościach. Pierwsze spotkanie było co prawda dość dramatyczne, dyrektor Boniecki był bardzo zajęty i nie mógł przyjechać na wcześniejsze próby a ja już byłem na etapie budowania sytuacji i musiałem sam zdecydować o skrótach muzycznych. Jak pani wie, dyrygenci kochają każdy tekst napisany przez kompozytora, ale Jacek Boniecki zaakceptował moje skróty, bo w ten sposób tempo inscenizacji zostało utrzymane. Jak udaje się panom angażować wielkie nazwiska solistów? - Są takie role, dla których nie ma na etacie solistów, ale my nie sprowadzamy na występy gościnne, ci ludzie współpracują z nami na stałe. Wielcy śpiewacy chcą pracować z dyrektorem Bonieckim. Jemu się nie odmawia. Soliści wiedzą, że występ pod jego batutą daje sukces. Soliści mają etaty w teatrach, ale są z nami związani na stałe. Pani Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak jest wielką solistką Opery we Wrocławiu, gdzie gra główne role, ale śpiewa także u nas w “Baronie Cygańskim”. Kiedy pytałem muzyków, dlaczego chcą przyjeżdżać do Płocka z końca Polski, za niewielkie pieniądze, odpowiadali, że z Bonieckim to się muzykuje, a gdzie indziej się gra. I tak teraz również w Lublinie. Do Mozarta trzeba było stworzyć zupełnie inną orkiestrę i Boniecki to zrobił. 26 i 27 kwietnia zobaczymy na płockiej scenie Teatr Muzyczny z Lublina z “Baronem Cygańskim” Johanna Straussa w pana reżyserii i inscenizacji, kierownictwo muzyczne Jacek Boniecki. Kto wystąpi w tej specyficznej operze komicznej. - Będzie czołówka polskich śpiewaków. Saffi zaśpiewa pani Marta Abako, na zmianę z Joanną Horodko z Teatru Wielkiego w Łodzi. Tytułowy baron (Barinkay) to Tomasz Janczak - pierwszy tenor we Wrocławiu, grający na zmianę z Ryszardem Wróblewskim, Teatru Wielkiego w Warszawie. To jest opera buffo z wątkiem lirycznym, dramaturgicznym, jest miłość ale i nurt komediowy. Pokażemy ją także w innych miastach w Polsce. Wyjazdy są dzisiaj koniecznością. - Trzeba publiczności szukać i trzeba pojechać do ludzi, proponując teatr muzyczny tam, gdzie go nie ma. Płock traktujemy jako naszą scenę. Tu jeździmy z każdą sztuką, pracujemy wspólnie z orkiestrą płocką, a przede wszystkim łączy nas nazwisko Jacka Bonieckiego. Mój zespół wyjazd do Płocka traktuje jako święto. Wszyscy czekają na tę chwilę. Nam się tu szalenie dobrze gra, ale też dajemy tylko rzeczy dobre. Bez przesady mogę powiedzieć, że orkiestra jest na poziomie europejskim, a chór stanowią młodzi ludzie z pięknymi głosami. To wygląda i brzmi. O randze tej sceny zaczyna świadczyć fakt, że mamy stosy propozycji od solistów i muzyków, ale nie mamy etatów ani mieszkań. Jakie są stawki dla wykonawców? - Młodej solistce możemy zaproponować 600 zł. Jeśli to jest aktor etatowy i zrobi normę, to może otrzymać 200 złotych za kolejne przedstawienie, a jeśli występuje gościnnie to już sprawa negocjacji (400-500 zł). ... To nie są zarobki gwiazd koncertów rocckowych. - Po dwóch latach mają wille, samochody, ochroniarzy, ale szybko znikają. Są oczywiście wyjątki. Maryla Rodowicz jest jedną z najwybitniejszych wokalistek od lat na topie. Ma zawsze przygotowany repertuar, śpiewa czyściutko. To jest pełny profesjonalizm i powinna zarabiać każde pieniądze. Teatry trzeba dotować. - Jeśli nie będzie pieniędzy, to wszystko padnie. Wpływy z biletów są żadne i wszystkie teatry na świecie są subsydiowane. I Opera w Nowym Jorku i Filharmonia Krakowska. Żeby spektakl był zyskowny, bilety musiałyby kosztować 100, 150 zł, chyba, że wynajmie się salę na 1000 miejsc i gra się przez pięć lat. Co zobaczymy w Lublinie i w Płocku w przyszłym sezonie? Niespodzianką będzie “Carmen”, na którą już zapraszam. Dziękuję za rozmowę. Fot. z programu Teatru Muzycznego w Lublinie “Baron Cygański”.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze