Los wyposażył go szczodrze. Miał urodę, ogromny czar osobisty, intelekt, talent plastyczny. Żył krótko.Nie z własnego wyboru z dala od centr artystycznych lecz w sanatorium, w Bukowcu koło Kowar, które stało się jego domem, pracownią, wreszcie miejscem przedwczesnego odejścia. W 30 rocznicę śmierci Józefa Gielniaka Płocka Galeria Sztuki prezentuje linoryty i mezzotinty artysty, które pochodzą z kolekcji zaprzyjaźnionego z Gielniakiem Wojciecha Siemiona. Ekspozycja pokazuje sławne cykle grafik Gielniaka: Sanatoria, Improwizacje, Improwizacje dla Grażynki. Stanowią rodzaj osobistego pamiętnika, w którym subtelna opowieść o cierpieniu, walce i upadku łączy się z optymistyczną wiarą w trwanie świata, w moc natury, jej witalizm. Choroba bardzo ograniczyła możliwości wypowiedzi plastycznej artysty. Po wielu próbach wybrał linoryt, tworząc najczęściej w pozycji leżącej, z aparatem tlenowym, gdyż zrobienie wielkich formatów było niemożliwe. W tej technice osiągnął efekty niezwykłe i nietypowe dla tego gatunku grafiki. Jego sztukę podziwiano i opisywano przyrównując jej atmosferę do klimatu dzieł Brunona Schulza i Franza Kafki. Gielniak określał przedmiot swoich rycin jako „Bardzo złożony i nie całkiem widzialny. Tworzył dzieła własne, ale jednocześnie uniwersalne. Tematy czerpał z otaczającej go sanatoryjnej rzeczywistości, ze świata przyrody ale także włączał bogaty świat wyobraźni i psychiki. Znakomicie połączył to, co rzeczywiste, z tym co nierealne i abstrakcyjne. Poetycki klimat jego dzieł, wynikający także z rozległych lektur (czytał książki filozoficzne, uwielbiał „Czarodziejską Górę” Manna, fascynował się wierszami Grochowiaka) sprawiły, że miał przyjaciół wśród malarzy i poetów. Przyjaźń łączyła go z Ignacym Witzem, Jerzym Stajudą, Jerzym Pankiem, Tadeuszem Brzozowskim, Jerzym Nowosielskim i Wojciechem Siemionem. Mimo odosobnienia interesował go otaczający świat. W katalogu do płockiej wystawy znajduje się wspomnienie Wojciecha Siemiona, swoisty komentarz do pracy Bez tytułu (mezzotinta z 1968 r.) – Musiałem zrobić tę pracę. Przecież tędy, obok Sanatorium, Tamtej Nocy przeszło Coś. Tędy szły polskie zagony pancerne na granicę czechosłowacką. Całą noc zgiełk, szum motorów. Wszyscy słyszą, ale nikt nic nie wie. I o świcie wszystko ucichło za górami. Zniknęli za górami. Jak duchy. Ależ ile narobiły te duchy hałasu. Niepokoju w duszach. To straszne. Wszystko słyszysz i nic nie wiesz. Tak jak przygotowania do operacji. Podpisujesz, że się zgadzasz. Układają cię. Wiesz niby co cię czeka, a nic nie wiesz. Jeszcze tylko słyszysz. Że przewożą, że układają instrumenty, ale już nie masz siły, żeby zobaczyć. Wiesz, że to operacja... Tak, mógłbym to nazwać „Operacja”. Przecież w polskim języku może być „operacja szpitalna”, albo „operacja wojskowa”, czy wojenna”, (...) Nie mogłem nie zanotować tamtej sierpniowej nocy, mej niezgody na taką „LIBERTE”. W Sanatorium odwiedzał Gielniaka znakomity plastyk Stanisław Dawski. W Sanatorium Gielniak założył rodzinę, ożenił się z pielęgniarką Grażyną, której dedykował Improwizacje dla Grażynki, tu urodził się jego syn. Odmierzony skąpo czas pracy (1956-1972) starał się wykorzystać maksymalnie. W ciągu 15 lat wykonał 68 prac, łącznie z ekslibrisami. Te, dedykowane przyjaciołom ze świata artystycznego znajdują się na płockiej wystawie. Przybyły na wernisaż Wojciech Siemion przypomniał również dedykowane Gielniakowi wiersze Stanisława Grochowiaka. Płocki grafik Jerzy Mazuś, laureat złotego i brązowego medalu konkursu graficznego im. Józefa Gielniaka opowiedział o technice linorytu i o warsztacie pracy artysty grafika. (lesz) Fot. Dariusz Ossowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze