To wyjątkowy spektakl w repertuarze płockiego teatru, skrojony na przebudowaną Małą Scenę. Wąski podest biegnie przez środek od biurka do drzwi. Na biurku książki, notatki, pod nim zmięte kartki niepotrzebnych wierszy. Za chwilę poeta stworzy słowa – głosy. Zburzy naszą równowagę, przywoła wypierany ze zbiorowej pamięci świat zła, katów i ofiar. Witamy w obozie Weimar-Buchenwald.
Reżyser Marek Mokrowiecki nie boi się poezji. Po Broniewskim, Stachurze, Twardowskim zainscenizował „Głosy” Bohdana Urbankowskiego – in memoriam. To najważniejsze wiersze w dorobku zmarłego niedawno poety, dramaturga i filozofa. O tym, jak dużą wagę do nich przywiązywał, świadczy fakt, że na przestrzeni wielu lat ciągle powracał do tematu. „Głosy” powstawały w różnych okresach – od pierwszych wydań uhonorowanych Nagrodą Czechowicza i Łódzkiej Wiosny Poetów, poprzez Nagrodę Trakla, do ostatniej edycji w oficynie PIW (2018). Stanowią zbiór doświadczeń wielu ludzi, lecz autor szukał w nich także odbicia losów ojca, oficera AK, który wywieziony po powstaniu z Warszawy został zamordowany w Leitmeritz. Był też więźniem Buchenwaldu.
„Czasami mi się wydaje, że moje wiersze są takim snem, który wrócił, który wzrastał ze mną, i który zacząłem sam sobie wyjaśniać, by się od niego uwolnić” – mówił autor.
Reklama
Dopełnieniem „Głosów” stał się dramat o dziecku Buchenwaldu, ukrywanym w obozie pośród chorych pod tytułem „Chłopiec, który odchodzi”, wystawiony w płockim teatrze w 1984 r. w reżyserii Urbankowskiego i Stępniaka. Głos „Chłopca” usłyszymy i w inscenizacji Mokrowieckiego – w przejmującej modlitwie do Anioła Stróża i głuchej skardze przed komorą gazową: „Ja przecież byłem grzeczny!”.
Z tamtego spektaklu Mokrowiecki przeniósł też pokaz mody. Komentują go dwaj obozowi funkcjonariusze. Panie i panowie w eleganckich kostiumach już noszą w sobie tragedię. Za chwilę kolejny transport wyrzuci ich i walizki na rampę. Staną na obozowym placu z dębem Goethego pośrodku i z „sześciu chudych dość häftlingów nie pozostanie nikt”.
Z głosów wielu postaci niełatwo spleść sceniczną, ponad godzinną opowieść o obozowym piekle. Reżyserowi się to udało. Z obszernego tomu (ponad 400 tekstów) wybrał wiersze z I części, fragmenty listów, notatki, wpisy do urzędowego dziennika, nawet donosy albo listy przewozowe z instrukcją dla transportu więźniów polecające maksymalne „ścieśnianie”.
W „Głosach” mówią do nas postacie autentyczne – jak Gadziński nazywany też w obozie doktorem Polakiem (chociaż nie posiadał wykształcenia lekarskiego, ratował więźniów przez zmianę nazwisk) – lub anonimowe. Czasami głos składa się z kilku życiorysów (nauczyciel Mikołajczak z bytomskiego liceum to także polonista Jan Zygmunt Jakubowski, który w obozie recytował Mickiewicza i fragmenty „Trylogii”).
Różnorodność poetyk ułatwiła fabularną konstrukcję przedstawienia, które i w treści i formie odbieramy jak współczesny tekst. Włączenie w buchenwaldzki apokryf narratora – poety, który oddaje głos ofiarom, ale i katom, skraca odległość pomiędzy pokoleniem Zagłady, a naszym światem. „Poeta pamięta” - mówił Miłosz, a Urbankowski dodaje - „Tyle z nas ocaleje, ile ocalą inni”. Jest w tym przesłaniu coś z romantycznego mitu więziennej sceny Mickiewiczowskich „Dziadów”. A to przecież Mickiewicz wiódł spór z Bogiem o zło, dobro, prawdę i kłamstwa. Wtóruje mu autor „Głosów”: „nie ma Boga Aniołów nawet szczyt Ettersbergu jest tylko/ złudzeniem we mgle mgła jest” („Dekalog Jana Izydora, häftlinga”).
Tekst, scenografia (Krzysztof Małachowski), choreografia (Małgorzata Fijałkowska) i światła tworzą przejmujące, choć kameralne przedstawienie. „Głosy” to kreacja zbiorowa z dobrymi rolami. Występują: Barbara Misiun, Magdalena Tomaszewska, Katarzyna Wieczorek, Adam Gradowski, Henryk Jóźwiak, Aleksander Maciejczyk, Marek Mokrowiecki, Mariusz Pogonowski, Dariusz Poleszak-Hass, Sylwia Lewandowska. Reflektor z obozowego placu zagarnia na apel wszystkich, także widzów siedzących bezpiecznie po drugiej stronie rampy. Opuszczając teatralną salę, zostajemy z trudnymi pytaniami, na które spektakl nie przynosi odpowiedzi. Dźwięczy w uszach refren piosenki „O mój miły Augustynie”, który aktorka (Magda Tomaszewska) łączy z obozowymi dramatami, przechodząc od milczenia do krzyku.
„Głosów” nie da się oglądać obojętnie.
Fot. Waldemar Lawendowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze