Szok. Generał Czesław Kiszczak, jeden z najsumienniejszych wysokich komunistycznych funkcjonariuszy, szczególnie zasłużony w końcowym okresie agonii PRL-u, architekt cudownej okrągłostołowej transformacji ustroju, został skazany prawomocnym wyrokiem sądu na cztery lata pozbawienia wolności w zawieszeniu (łaską amnestii skróconego do lat dwóch) za zbrodnie stanu wojennego. Sąd uznał generała winnym śmierci 9 górników z kopalni “Wujek” (najmłodszy miał 19 lat) na tej podstawie, że ten przekazał w specjalnym szyfrogramie z 13 grudnia 1981 roku swoje uprawnienia w zakresie decyzji o użyciu broni palnej dowódcom oddziałów i pododdziałów MO, i uprawnienia te znalazły zastosowanie podczas brutalnej pacyfikacji kopalń “Wujek” i “Manifest Lipcowy” przez oddziały ZOMO w pierwszych dniach stanu wojennego.
Wyrok sądu ma niebagatelne, moim zdaniem, znaczenie dla interpretacji pewnych faktów, które miały miejsce w końcowym etapie historii PRL-u. Jeżeli bowiem generał Kiszczak jest winien tej zbrodni, to jest winien od początku, czyli od roku 1981. Był wtedy szefem MSW, o czym wiedziano powszechnie. Wiedzieli o tym czołowi działacze, nazwijmy to bezstronnie, ówczesnej solidarnościowej opozycji. Wydaje się, że opozycja ta miała nadzwyczajne wyczucie w tej sprawie i wyprzedziła zawisłe i niezawisłe sądy o 20 i parę lat w ocenie faktów. Przejawem takiej pewności może być niewątpliwe oddolne, czyli zrodzone w środowisku najbliższym pomordowanych, parcie do wyjaśnienia sprawy i sprawiedliwego ukarania winnych zbrodni. Jeżeli zatem generał jest winien tych zbrodni o charakterze nie tylko politycznym, ale kryminalnym, to był ich winien już na 8 lat przed okrągłym stołem i podczas okrągłego stołu,
Znaleźli się rzecz jasna wybielacze uniwersalni, którzy tej winy nie widzieli ani przed okrągłym stołem, ani po nim. Nie chcą jej widzieć i dzisiaj, stąd głosy dyskretne, prawie niezauważalne, że jest to tylko proces polityczny, a generał był i pozostanie “człowiekiem honoru”. Nie dziwi taka postawa, zwłaszcza gdy się zauważy, że owi wybielacze ciemnych plam PRL-u znaleźli się z łaski generała właśnie pośród “konstruktywnej opozycji” jako jedynie godni, spośród różnych postaci ówczesnej opozycji, dopuszczenia do tego, by pić bruderszaft w Magdalence ze zbankrutowanymi do cna utrwalaczami władzy ludowej. Kto zatem w świetle wyroku przygotował okrągły stół, z kim “konstruktywna opozycja” prowadziła wówczas rozmowy? To ciekawe pytanie.
Tymczasem ten wyrok, który w odczuciu rodzin ofiar jest zaledwie czymś w rodzaju “nagrody pocieszenia”, a nie rzeczywistej sprawiedliwości, ma jeszcze jedno znaczenie. Jest pierwszą po roku 89 próbą wyegzekwowania odpowiedzialności od człowieka ze szczytów komunistycznej władzy za zbrodnie popełniane w majestacie “PRL-owskiego prawa”, jest próbą podważenia zasadności doktryny “mniejszego zła”, którą wysocy funkcjonariusze komunistycznego państwa usprawiedliwiali swe niecne czyny. Jest wyrazistą próbą rozjaśnienia tego, co tak skrupulatnie i chyba skutecznie próbowano zaciemnić, zamazać, by wyeliminować jasne kryteria pozwalające rozpoznać prawdziwe oblicze tamtego systemu i ludzi nim kierujących. Przypomina prawdziwe oblicze PRL-u, prostuje uładzone przez wielu sprzymierzeńców, także ze środowisk dawnej opozycji, wyobrażenie tamtego państwa, jego aparatu władzy, represji i oddanych sprawie funkcjonariuszy bezpieki i jej agentury. Te wykrzywione wizerunki stawiały często w gorszym świetle ofiary systemu niż ich oprawców. Dokopywanie się prawdy to zadanie trudne, ale nie bezcelowe. Naród, który traci pamięć o swojej przeszłości, traci sumienie. Tak mówił Zbigniew Herbert i nie mówił od rzeczy.
Wiesław Kopeć
* Informujemy, że redakcja nie musi się utożsamiać z poglądami zawartymi w felietonach. W tym gatunku dziennikarskim ich autorzy wyrażają własne zdanie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze